Pani Łucjo, pani nadaje się najpiękniej!

Czyli ludzie dla miasta, czy miasto dla ludzi?

Kocham morze. Po Dżokera wyciągnęłam rękę z powodu przyciągającej wzrok okładki. Utrzymana w klimacie retro, oddaje klimat powieści napisanej wystylizowaną, przedwojenną polszczyzną, dziś już tak archaiczną.

Nastawiona na wytęskniony morza szum i ptaków śpiew, przeczytałam spokojnie prolog, a potem trzy pierwsze rozdziały. Są książki, które zapadają w pamięć na długo; książki, o których chce się opowiadać, wracać do nich z przyjemnością równą wsuwania zimnych stóp w ciepłe bambosze. Dżoker do tej kategorii nie należy. Od początku nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że główni bohaterowie są płascy, matowi i bardzo ciężko było mi przeżywać ich rozterki, o emocjach nie wspominając. Zupełnie, jakby stanowili oni zaledwie tło dla rozbudowującej się Gdyni lat trzydziestych ubiegłego wieku, a nie odwrotnie. Kronikarskie, rzemieślnicze podejście autora do wnikliwych opisów miasta, trochę odebrało Łucji, Krzysztofowi, Konstantemu i Adamowi, trójwymiarowości.

Akcja książki rozpoczyna się na półmetku dwudziestolecia międzywojennego, kiedy świat oddycha po wojnie, nie spodziewając się, że niespełna dekada dzieli go od kolejnej. Łucja, młodziutka, śliczna pracownica gdyńskiej poczty, patrzy w przyszłość z optymizmem. Adorowana przez wielu mężczyzn, szczególnie zaś przez rówieśnika Adama Grabskiego, cieszy się pracą i nowym mieszkaniem; zaś Adam robi co może, aby zdobyć jej względy. Razem z Łucją wikłamy się w osobliwy trójkąt miłosny, jako że dziewczynie zupełnie kto inny wszedł pod skórę – starszy od niej Krzysztof, weteran wojny z bolszewikami, kierowca i przemytnik. Czytelnik nie musi się specjalnie wytężać, aby wiedzieć, że awanse Grabskiego zostaną przez Łucję odrzucone, mimo że ten dwoił się i troił, aby zauważyła w nim mężczyznę, nie tylko przyjaciela. W oczach dziewczyny „zbój” Krzysztof, w przeciwieństwie do Adama, od razu stał na wygranej pozycji.

Jednakże perypetie miłosne głównych bohaterów, jak wspomniałam, stanowią zaledwie luźny wątek utkany wokół potężnej osnowy historii przedwojennej Gdyni – jakby zabrakło nieco równowagi. Dialogi, choć napisane językiem z epoki, zdają się być poniekąd skostniałe, przez co odbierają postaciom energii i żywotności. Czytając Dżokera pogubiłam się w gąszczu szczegółowych opisów ulic, miejsc; w mnogości nazwisk i tematów pobocznych. Miałam wrażenie, że autor napisał pean na cześć miasta, który równie dobrze mógł być kroniką lub reportażem, niekoniecznie zaś książką obyczajową.

Muszę jednak przyznać, że pokochałam dwójkę postaci drugoplanowych, jako że wydawali się prawdziwie żywi i pełnokrwiści – Lucynkę, energiczną wielbicielkę motocyklizmu i Stana Kopecky’ego.
„Było ich dwóch. Zwalisty goryl z nalaną, czerwoną i niestarannie ogoloną twarz; do tego w przykrótkich spodniach, przytrzymywanych na opasłym brzuchu czarnymi szelkami. Oraz kędzierzawy blondynek, dość drobny i noszący się zdecydowanie elegancko; miał otóż na sobie garnitur w żółtawe prążki, z równie żółtawą chusteczką w butonierce.
Goryl, jako się rzekło, długo milcząc i nie wstając z łóżka, wpatrywał się w Krzysztofa. Ten zaś zrozumiał: popełnił błąd, zbyt prędko rozwożąc zdobyte przez Kota trunki. Za łatwo to szło, ot co!”
Na ich tle polubiłam nawet Konstantego vel Kota, który zaczął mi się jawić (dopiero po przeczytaniu kilkunastu rozdziałów) jako bohater o ugruntowanej wizji sposobu na życie, taki hardy cwany chłop z honorem.

Po lekturze Dżokera odczucia miałam (i nadal mam) ambiwalentne. Posądzałam samą siebie o daleko posuniętą czytelniczą indolencję, żeby tylko nie poddawać książki krytyce. Mogę jedynie domyślać się, ile serca i energii autor włożył w napisanie powieści; ile czasu zajęło mu wnikliwe czytanie materiałów źródłowych, przeglądanie archiwów. Ogromnym plusem Dżokera jest – widoczna jak na dłoni – miłość Michała Piedziewicza do Gdyni; pisze o niej jak o kochance, którą właśnie pieści. Z każdego zdania wyłania się sentyment autora do jego rodzinnego miasta, a to jest piękne. Mimo to brakuje mi w jego powieści krzywizn, energiczniejszych zwrotów akcji było zdecydowanie za mało i być może to budziło mój niedosyt. Czytanie powieści Piedziewicza przypominało mi drapanie łyżeczką po skorupie lodu i nijak nie mogłam odkryć, czy coś ciekawszego kryło się pod ową skorupą. Książki nie ratują nawet archiwalne zdjęcia, które z zasady miały uczynić ją bardziej atrakcyjną dla czytelnika – szczególnie niepochodzącego z Gdyni.

„Urodziłem się zbyt późno, żeby zaliczać się do pokolenia które zmieniało historię”, mówi o sobie autor i to chyba tłumaczy powstanie Dżokera.

Michał Piedziewicz, rodowity gdynianin, który Pomorze „zdradził” dla Krakowa, ma na swoim koncie także powieści Domino i Dakota, będące kontynuacją Dżokera. Wszystkie trzy książki powstały w cyklu Gdynia. Miasto cudów.

Magdalena Czmochowska

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here