Do Stulatka, który wyskoczył przez okno i zniknął zachęcił mnie sentyment do skandynawskich autorów. Buszowałam między regałami w ulubionej księgarni i trafiłam na ostatni egzemplarz książki; zupełnie jakby czekała właśnie na mnie. Z mglistych wspomnień z trailerów filmu wykoncypowałam, że podczas lektury uraczę się dawką dobrego humoru i nie zawiodłam się.

Powieść Jonasa Jonassona mocno łapie za dłoń, pytając „Gotowi na przygodę?”. Dałam się poprowadzić przez czas i świat oglądany oczami nietuzinkowego staruszka, Allana Karllsona. Główny bohater jest typem, którego na dzień dobry należy pokochać, bo inaczej po prostu nie wypada. Poznajemy go w chwili, gdy w dniu swoich setnych urodzin, w miękkich kapciach wymyka się z domu spokojnej starości wprost na rabatę. Allan za nic ma przyjęcie urodzinowe i znamienitych gości, z radnym gminy na czele, przybyłych, aby celebrować tak wyjątkową rocznicę. Bo jak można chcieć być karmionym kaszką codziennie o tej samej godzinie? Jak można chodzić spać w porze, którą personel domu spokojnej starości uważa za stosowną? Jak można żyć od reguły do reguły, gubiąc się w gąszczu zasad, nawet jeśli ma się sto lat? I do tego te uwłaczające zakazy oglądania telewizji po dwudziestej trzeciej, palenia i – co najgorsze – spożywania alkoholu.

Nie, to zdecydowanie nie była bajka Allana.

W chwili, gdy jego miękkie kapcie dotknęły rabatki pod oknem, zaczęła się wspaniała przygoda zażywnego staruszka, choć jemu samemu wydawało się, że jedynym kierunkiem, który go w tamtej chwili interesował, był sklep monopolowy.

Jak cudownie określił to sam autor: „Poczucie humoru w połączeniu z dystansem do samego siebie, zawsze sprawia, że świat staje się lepszym miejscem. Zaś mój stulatek, Allan Karllson, dodałby do tego jeszcze butelkę wódki, aby obraz uczynić kompletnym”.

Fabuła powieści zaskakuje, choć nasuwa oczywiste skojarzenia z Forrestem Gumpem Winstona Grooma. W obydwu przypadkach odbywamy fascynujący lot tunelem czasu i lądujemy w miejscach, w których bohaterom nie skrzypiały kolana, a ich skronie nie były przyprószone pierwszymi pasmami siwizny. Allan, tak jak i Forrest, w zaskakujących okolicznościach poznawał osobistości ze świecznika. Zamiłowanie stulatka do materiałów wybuchowych w połączeniu z osobowością poszukiwacza przygód zaprowadziły go na kolację z prezydentem Trumanem, w ramiona towarzysza Mao i na zakrapianą kolację ze Stalinem, która skończyła się co prawda drobną katastrofą, ale Allan do katastrof i nagłych zwrotów akcji w swoim życiu był przyzwyczajony. Przecież niemalże przeszedł Himalaje zimą i to na piechotę, a to, co się stało później we Władywostoku, to w sumie drobiazg w porównaniu z tym, że właśnie był w drodze do Korei Południowej, za towarzysza mając brata Alberta Einsteina.

Allan przeżył swoje życie intensywnie, wyrywając się z wielu opresji dzięki swojemu talentowi do konstruowania bomb i poczuciu humoru. Jego podejście do życia, rzeczywistości i nagminną niechęć do politykowania i rozmowach o religii śmiało można określić mianem luzackiego. Myślę, że każdemu z nas żyło by się łatwiej, gdyby odważył się wziąć przykład z Allana Emmanuela Karllsona i po prostu brać to, co daje mu życie. Byleby towarzyszyła temu zacna okowita i towarzystwo niezawodnych przyjaciół. Na przykład takich, jakich Allan poznał zupełnie niechcący, kiedy nogi w miękkich kapciach poniosły go nie do monopolowego, ale na dworzec autobusowy w sennym miasteczku Malmkoping. Gdyby tylko staruszek nie umknął z ciężką walizką pozostawioną przez podejrzanie wyglądającego typka… to nie poznałby drobnego złodziejaszka, ani niedoszłego magistra wielu specjalizacji, o rudowłosej piękności, która klęła jak szewc i hodowała słonia, nie wspominając.

Powieść Jonasa Jonassona aktywowała w moim mózgu obszary odpowiedzialne za dobre samopoczucie, a każdy przeczytany rozdział prowokował do chichotu. „Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął” jest idealną lekturą na jesienne wieczory, na depresyjnie krótkie dni i wiatr gwiżdżący za oknem. Trudno nie chcieć poznać kogoś, kto „chyba tylko na dwóch rzeczach zna się lepiej od innych. Pierwsza, to jak się robi wódkę z koziego mleka, a druga to jak zmajstrować bombę atomową”.

Autor, do tej pory uhonorowany dziesięcioma nagrodami literackimi, ma dla nas przesłanie:

„Wojna jest zła. Jako i fanatyczna religia. I despotyczni politycy z przesadnymi opiniami o nich samych. Wszyscy bylibyśmy lepsi, gdybyśmy traktowali siebie trochę mniej poważnie. Po prostu bądźmy mili dla innych i bawmy się dobrze. Ach i nie zapominajmy o nieszkodliwych kłamstewkach, które dodają wydarzeniom pikanterii. Bo jak mawiał mój dziadek – Jeśli zawsze będziecie trzymać się prawdy, to nikt nie będzie zawracał sobie głowy słuchaniem.

Zanim wydałem moją pierwszą książkę, dziadek był już szczęśliwy w niebie. Wiem, że byłby ze mnie dumny wiedząc, że Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął został przetłumaczony na czterdzieści pięć języków i opublikowany w czternastu milionach egzemplarzy. Co mnie, jako autora, czyni czymś na kształt globalnego fenomenu. Jak to się stało? Jestem raczej oszołomiony, ale zadowolony faktem, że rzeczy są, jakie są i będą, jakie będą”.

 

Magdalena Czmochowska

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here