Obiecałam sobie, że do urodzin, które przypadają w kwietniu, zrzucę osiem kilogramów. Kilka wnikliwych i krytycznych spojrzeń w lustro upewniło mnie, że muszę się naprawdę sprężyć, jeśli chcę osiągnąć wymarzony cel.
Jako kobieta, która na dietach zjadła zęby i ciągle borykała się z efektem jo-jo, nie miałam pojęcia, co zrobić, żeby tym razem udało mi się pozbyć upiornego balastu i – co więcej – utrzymać wagę. A wiadomo, że bez dobrego początku można zniechęcić się już na starcie. Szczęśliwym trafem w moje ręce wpadła „Mała czarna” autorstwa Lauren Slayton.
To nie jest kolejna książka o diecie, tylko przejrzysty poradnik o unikaniu dietetycznych pułapek, rozpisany w dziesięciu prostych krokach. Po lekturze „Małej czarnej” natychmiast zajrzałam do lodówki i próbowałam przypomnieć sobie jakie błędy żywieniowe popełniłam w ciągu ubiegłego tygodnia (miesiąca? roku? dekady?), ponieważ autorka wbiła mnie w potężne i słuszne wyrzuty sumienia. Ale jak sama Lauren pisze: „Brakującym ogniwem w osiągnięciu dietetycznego sukcesu jest przewidywanie przeszkód uniemożliwiających właściwe odżywianie się. Zacznij od podstaw, czyli od dziesięciu kroków do smukłości i krótkiej listy, czego absolutnie nie wolno ci robić”.
Drogie Czytelniczki, jeśli jednym z Waszych postanowień noworocznych było zrzucenie nadprogramowych kilogramów, „Mała czarna” powinna stać się Waszym must have, czymś obowiązkowym jak błyszczyk czy chusteczki higieniczne w torebce. Jak wygodne buty treningowe, chociaż najlżejsze hantle i precyzyjnie rozpisana lista zakupów. Bo widzicie, pies jest pogrzebany w kompulsywnym kupowaniu tego, co nasze głodne oczy wypatrzą na półce i zazwyczaj jest tak, że z zakupów wracamy nie dość, że z cieńszym portfelem, to jeszcze torbą zupełnie niepotrzebnych rzeczy. Chipsy? Kupiłam, bo mąż lubi coś pochrupać wieczorem. A ja? No, może skubnę dwa albo trzy, przecież nic się nie stanie. Otóż stanie się, drogie Czytelniczki – odłoży się to w postaci kolejnego nieestetycznego wałeczka na brzuchu.
Lauren ma na to świetną radę: „Nie kupuj tego, czego nie ma na liście”. Koniec, kropka. Bo czymże są chipsy dla męża, jeśli nie pułapką dla nas? Jeśli będziecie wiedziały, czego unikać, wygracie batalię o smukłą sylwetkę. Ponadto autorka, która jest jedną z najsłynniejszych nowojorskich dietetyczek, dzieli się z czytelniczkami naprawdę łatwą do osiągnięcia zasadą dziesięciu kroków. Wśród nich znajdziecie zapewne mądrości powtarzane przez Wasze mamy i babcie, tj. „Śniadanie to podstawa”; nie należy absolutnie pomijać tego posiłku, bo dostarcza nam paliwa na resztę dnia. Lauren przekonuje, że trzeba je zjeść nie później niż dwie godziny po przebudzeniu i powinno składać się z protein. Dobrze jest także zażywać suplementy, które w naturalny, acz wzmocniony wysiłkiem fizycznym, sposób pomagają spalać tłuszcz. Nie wolno zaniedbywać odpowiedniego nawodnienia organizmu. Niechaj w kąt pójdą napoje gazowane słodzone aspartamem czy cafe latte z tłustym mlekiem. Zamieńmy je na wodę i zieloną herbatę. Nie lubicie zielonej herbaty? Nic nie szkodzi, są jeszcze herbatki ziołowe. Autorka lobbuje, aby jak najczęściej jeść ryby, minimum cztery razy w tygodniu. Tylko niech to nie będą ryby smażone w głębokim oleju, w grubej warstwie panierki, bo wtedy cały plan odchudzania weźmie w łeb – pieczmy je, opiekajmy na grillu. Pamiętajcie także, drogie Czytelniczki, że owoce, oprócz tego, że mają wiele witamin, są także bardzo słodkie, co zamienia je w kolejną żywieniową pułapkę i jeśli nie możecie obyć się bez nich, niech będzie to jeden dziennie i to najlepiej „bezpieczny”, jak np. grejpfrut, maliny czy truskawki (po kubeczku) z uwagi na odpowiednią zawartość błonnika i niski indeks glikemiczny.
Autorka nie mówi nam wyłącznie, co jeść, ale także kiedy. Jeśli pójdziemy za jej radą, by po osiemnastej zamykać lodówkę i najlepiej udawać, że nie istnieje, wówczas zrobimy kolejny krok naprzód.
W „Małej czarnej” Lauren Slayton zdradza, co należy robić, aby nie zakończyć przyjęcia urodzinowego z drugą dokładką tortu na talerzyku, a na wakacjach nie zajadać się jakże kuszącymi specjałami lokalnej kuchni. Autorka dobrze wie, jak łatwo uczynić odstępstwa od diety w podróży, na weselu czy podczas obfitej uroczystej kolacji świątecznej. Jeśli otaczają Was koleżanki czy rodzina, która natarczywie usiłuje Was przekonać „Spróbuj, nic ci nie będzie. Tak się napracowałam przy tej sałatce / torcie makowym / gulaszu, że nie możesz nie spróbować”, nauczcie się grzecznie odmawiać. Jeden skręt z wybranego kursu naprawdę może sprowadzić nas na manowce. A tego przecież nie chcemy, prawda? Inną kwestią jest nagradzanie siebie jedzeniem i wystawianie na kulinarne pokusy w restauracjach. Lauren doskonale wie, że my, kobiety, zazwyczaj mamy „słabą silną wolę” i mówi wprost: „Wybierz sobie nagrodę. Ale tylko jedną z dozwolonych; obiad, kieliszek wina, deser. Pamiętaj, tylko jedną. I niech to nie będzie codzienna rutyna”. Muszę przyznać jej rację. Chyba lepiej zamiast pączka w ramach nagrody za dobrze wykonaną pracę zrobić sobie smoothie z pietruszki albo kupić nową szminkę.
Planuj, przynieś i przygotuj. Powtarzajmy sobie to jak mantrę, a następnie wprowadźmy w życie jako codzienny nawyk. Drogie Czytelniczki, czas postawić na zdrowie, czas wydobyć nasze lepsze ja ze skafandra tłuszczyku, czas na odkrycie kobiecości w wysmuklonym ciele.
Co prawda autorka sugeruje, jakie produkty nabywać, aby zamienić je w zdrowe posiłki i przekąski. Nie jestem jednak pewna, czy są dostępne w polskich sklepach. Wystarczy jednak pobuszować wśród regałów ze zdrową żywnością lub rozejrzeć się w sklepach internetowych, a jestem przekonana, że znajdziemy tam coś dla siebie.
Przypomniało mi się, co zawsze powtarzała moja wspaniała babcia, a czego nauczył ją ojciec: „Śniadanie zjedz sama, obiadem podziel się z przyjacielem, a kolację oddaj wrogowi”.
Na koniec zaś najważniejsza wskazówka od Lauren Slayton:
Nie ma negocjacji.
Nie ma wymówek.
Nie ma wyjątków.
Lauren Slayton jest założycielką renomowanej organizacji Foodtrainers, która pomogła stoczyć wygrane walki z nadwagą tysiącom kobiet.
Nie traćmy czasu, traćmy kilogramy!

Pozdrawiam znad talerza gotowanej brukselki.

 

Magda Czmochowska

 

5.00 avg. rating (99% score) - 1 vote

2 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here