Jedna kobieta. Kilka imion. Pasażerka. Oprócz tego wielki huk, niesamowity łomot. Obok schodów bezwładne i wyglądające na kompletnie martwe, ciało. Nie ma nic poza krwią i unoszącym się smutkiem. Dopiero wtedy pojawia się panika. Co tak naprawdę się wydarzyło?

Czy Tanya Dubois jednak zabiła swojego męża?

Czemu kobieta, która stoi nad zwłokami ukochanego, popija alkohol i zastanawia się nad zaistniałą sytuacją? Dlaczego nie ma pojęcia, czy to ona zepchnęła go ze schodów? Ogarnięta strachem postanawia wybiec z domu, uciec jak najdalej się da, na oślep. Tym samym odbiera sobie wybór, bo ucieczka jest jednoznaczna z przyznaniem się do winy. Nie pozostaje jej nic innego, jak szukanie nowych miejsc, zmienianie tożsamości, mylenie tropów i wprowadzanie policji w błąd. Czas upływa, a ona nabiera coraz większej pewności, że jest niewinna, ale… co zrobić i jak zebrać dowody, które to potwierdzą i oczyszczą ją z zarzutów?

Ach, cóż to za fascynująca książka!

Nareszcie trafiłam na coś, co nie przypomina ckliwego, nudnego romansu, który odrzuca czytelnika w pierwszym rozdziale. Jak zwykle spodziewałam się czegoś innego, ale to, co dostałam od Lisy Lutz przeszło moje najśmielsze oczekiwania.

Zacznijmy najpierw od głównej bohaterki, którą – o ironio – nie wiadomo nawet jak nazwać. Kobieta przybiera bowiem mnóstwo fałszywych tożsamości, raz jest Tanyą, potem Amelią, by za chwilę stać się Debrą. I tak dalej, i tak dalej. Określeń na nią jest mnóstwo, nie wiadomo na dobrą sprawę, z którym sama bohaterka utożsamia się najbardziej. Opisuje swoje działania krok po kroku i skrupulatnie informuje odbiorcę o wszystkim, co dzieje się w jej życiu po śmierci męża.

Towarzyszymy jej w przeprowadzkach, spiskach, nowych znajomościach, które – pomocne lub nie – wiodą ją przez labirynt kłamstw i intryg.

W pewnym momencie czytelnik przestaje rozumieć, co jest prawdą, a co fikcją, która powstaje po to, by nie wyjawiać wszystkich sekretów bohaterki za jednym zamachem. Kim ona jest i czy tak naprawdę zabiła? Jak wyglądała jej przeszłość i po co o niej wspomina? Jaki to wszystko ma związek z tym, co aktualnie dzieje się w jej życiu? Dlaczego jej psychika jest tak skomplikowana, że jednocześnie ciekawi i odstrasza? Na te pytania odpowie Wam „Pasażerka”

Jak już wspominałam, książka to miazga, naprawdę. Zaciekawia od samego początku, nie ma w niej czasu na nudę, odłożenie na bok, by ugotować obiad albo posprzątać.

Jedno jest pewne: zaczynasz czytać i nie chcesz skończyć.

W pewnym momencie stajesz się jej częścią, nie potrafisz myśleć o otaczającym Cię świecie. Jesteś z Tanyą, jej kłopotami, zmienianiem położenia i wiszącym wyrokiem, który powoli staje się jej przyszłością. Czytania nie chce się przerwać, styl autorki jest do tego stopnia świetny, że przewraca się kartki z prędkością światła i pragnie się tylko więcej i więcej. Wiadomo od razu, że kobieta ma nieciekawą przeszłość, ale już sam fakt, że wszystko nie zostaje zdradzone na początku, sprawia, że tym bardziej nie można przerwać lektury. Czytelnik jest ciekaw, co tak naprawdę się wydarzyło i dlaczego Tanya/Amelia/Debra w momencie znalezienia ciała męża reaguje paniką i ucieka. Czy stoją za tym jakieś traumatyczne przeżycia?

Jest tylko jeden element, który troszkę mi przeszkadzał.

Mowa tutaj o „listach”, tudzież „mailach”, które pojawiają się w trakcie fabuły i przeplatają nam rozdziały „Pasażerki”. Osobiście wybijało mnie to z rytmu, bo przerywały bardzo często najciekawsze wątki, przez co odbiorca może odczuwać frustrację. Jednak jest to drobny minus wśród ogromu plusów, które doceniam i szanuję – jako czytelnik i recenzent.

Bardzo ciekawie zostają wykreowane postacie drugoplanowe i wątki poboczne. Każdy z bohaterów niesie ze sobą kolejny element układanki, historię, która łączy się z życiorysem quasi-morderczyni. Nie zmienia to jednak faktu, że całość komponuje się wyśmienicie i nie ma tutaj miejsca na nudę. Powieść czyta się z wypiekami na twarzy, a opis psychiki Tanyi również nie pozostawia pola do krytyki.

Narracja nie jest monotonna, każdy jej detal jest potrzebny do prawidłowego zrozumienia historii.

Końcówka zaskakuje tak, że kończyłam czytanie w środku nocy, i to z otwartą buzią. Nie obchodził mnie fakt, że trzeba wstać z samego rana na uczelnię, będę nieprzytomna i mało skoncentrowana na codziennych obowiązkach, po prostu musiałam wiedzieć, jak się skończy! Doczytać to, co ciekawi już od samego początku.

Śmiało mogę stwierdzić, że to najciekawsza książka, jaką miałam przyjemność przeczytać w tym roku (a trochę ich było, uwierzcie). Nie mam jej nic do zarzucenia. Widać doskonale, że fabuła jest przemyślana, dopięta na ostatni guzik, a Lisa Lutz wykonała swoją pracę najlepiej, jak się dało.

„Pasażerka” odpoczywa aktualnie na mojej „TOP półce”, bo osobiście uważam, że właśnie tam jest jej miejsce.

Myślę, że po jakimś czasie do niej wrócę, by jeszcze raz przeżyć tę niesamowitą przygodę. Lubicie książki, które nie pozwalają się nudzić i spać po nocach? Ta jest właśnie dla Was! Miłej lektury, Kochani!

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here