Re:tusz”, którego autorem jest Kuba Witek, to jedno wielkie, bardzo szczere i emocjonalne wyznanie. Spowiedź młodego mężczyzny zakochanego w muzyce i uzależnionego od narkotyków. „Re:tusz” jest dowodem na to, że jeśli sięgnie się dna, to można się też od niego odbić.

Poznajcie Kubę

Buntowanie się było zresztą jedną z moich ulubionych czynności. Wynikało to zapewne z tego, że moi rodzice rozwiedli się, gdy miałem dziewięć lat. Od tej pory wychowywała mnie tylko mama. Ojciec miał wtedy poważne problemy z alkoholem i zdecydowanie nie służył za dobry wzorzec. Był zresztą tak skupiony na sobie, że mało się interesował mną i moją młodszą siostrą. Miałem z tego powodu duży problem z uznawaniem autorytetu nauczycieli, dyrektorów, księży – kwestionowałem wszystko, co mówili i byłem strasznie uparty.

Wzorców do naśladowania i akceptacji, często nieświadomie, szukałem więc głównie u starszych kolegów, z którymi czułem dużo silniejszą więź, niż z chłopakami w moim wieku. Ważną rolę w moim życiu odgrywały również moje ulubione składy hip-hopowe, w których twórczości odnajdywałem bardzo dużo siebie. Wiele z nich opowiadało o problemach podobnych do moich, frustracji i bezsilności spowodowanej dorastaniem w trudnym otoczeniu.

I cóż w tym nadzwyczajnego?

Może się wydawać, że nic. Ot, chłopak wychowany bez męskich wzorców, który właśnie wkracza w nowe licealne środowisko. Może się także wydawać, że dla mnóstwa dzieciaków dorastających w rozbitych rodzinach, brak jednego rodzica nigdy nie okaże się taką traumą i spokojnie wejdą w dorosłość. Kuba też mógł. Bo brak ojca to jedno, a uzależnienie to drugie. A może Kuba właśnie nie mógł z tą swoją ukrytą wrażliwością? Przecież życie to ciąg wydarzeń, a jedna decyzja ciągnie za sobą kolejną i wszystko, co nas spotyka, ma na nas wpływ. Rozwód rodziców, czyjaś śmierć, nagłe zawalenie planów, porażka, sukces, który może uderzyć nam do głowy jak francuski szampan. Wszystko. Po prostu wszystko.

Nastolatek, hip-hop i blanty

Jeśli pomyślimy o tym, że dano nam tylko jedno życie, to powinniśmy wykorzystywać każdą sekundę, aby przeżyć je jak najlepiej, głęboko, intensywnie. Wartościowo. Ale co o wartości życia może wiedzieć dzieciak u progu tak bardzo szeroko pojętej dorosłości? Mieć naście lat, to mieć jeszcze siano w głowie i mgliste pojęcie o tysiącu spraw, prawda? Kubę poznajemy, kiedy zawala egzamin poprawkowy i nie dostaje się do wymarzonego liceum w Kielcach. Przerażony widmem zawodówki, zaczyna naukę w liceum im. Sienkiewicza i od razu wyczuwa, że nie złapie kontaktu z rówieśnikami. A jednak poznaje Łukasza i inne muzyczne bratnie dusze. Poznaje smak marihuany i wagarów. Jego myśli krążą wokół hip-hopu, jointów i hip-hopu. A potem znowu wokół blantów i muzyki. Nastoletni Kuba zaczyna wycieczkę do miejsca, w którym nieuchronnie wszystkie sprawy kończą się po prostu źle.

Cudowna mama

To, co uderzyło mnie w „Re:tuszu”, to niesamowita relacja między Kubą, a jego rodzicielką. Liberalna, pomocna, choć może nie do końca świadoma poczynań syna, jest osobą, na którą Kuba naprawdę mógł liczyć. Co więcej! Ze szczerością przyznał się do palenia trawki, problemów z dilerem i pożyczaniem pieniędzy od lichwiarza. Gdybym to ja miała naście lat i takie brzydkie sprawy za uszami, dostałabym porządny ochrzan i szlaban, ot co. Nie mogłabym liczyć na wyrozumiałość, a jedynie na potępienie. Mama Kuby wyciągała do niego rękę, choć stawała się coraz bardziej nieufna, czemu absolutnie nie można się dziwić. Zaś Kuba, jak każdy uzależniony (także od amfetaminy), potrafił doskonale ściemniać i tak naginać rzeczywistość, że wydawała się jedynie nieodpowiedzialnymi wybrykami nastolatka.

Kiedy powiem sobie „dość”

No właśnie, kiedy? Kiedy nadchodzi ten przełomowy moment, w którym człowiek łapie się za głowę i myśli „Cholera, co ja robię? Dlaczego marnuję swoje życie?”. Może kiedy do drzwi stuka policja? A może wtedy, kiedy pierwszą myślą po przebudzeniu i ostatnią przed snem, jest myśl o tym, żeby znowu zapaść się w narkotyczną rzeczywistość jak w miękką poduszkę? Co trzeba zrobić, żeby z zawiązanymi oczami znaleźć się przed ścianą i czekać na egzekucję? Zawalić szkołę? Jasne! Wykradać mamie kasę z portfela? No pewnie! Patrzeć, jak płacze i dostać nagłego ataku śmiechu? Oczywiście! Kłamać, oszukiwać i nie poznawać w lustrze siebie, tego napuchniętego ćpuna, który przegwizdał wszystkie szanse? Przyznajcie, że to świetna recepta na zepsucie wszystkiego, co tylko można popsuć. Na szczęście Kuba znalazł siłę, żeby powiedzieć sobie „dość”. Podjął heroiczną decyzję o wyjeździe z toksycznego środowiska, jak najdalej od Kielc i tak oto znalazł się w Monarze.

Narkomańska duma

Pobyt w ośrodku nauczył go pokory, pracy i współpracy. Śmiało można rzec, że dostał tam wartościową lekcję; nie tylko życia, ale odsiewania ziarna od plew. Za plecami miał wspierającą go rodzinę, a to bardzo dużo. Niestety nie oznaczało to automatycznego zamknięcia drzwi przed pokusami. Monarowski detoks odsunął go, co prawda, zarówno od narkotyków, jak i papierosów i alkoholu; niestety w Kielcach czekały demony przeszłości, obleczone w ludzkie powłoczki jego kolegów. A tam… przecież jeden mały buszek nikomu nie mógł zaszkodzić, prawda? Opatrzność jednak czuwa nad takimi pogubionymi owieczkami; Kuba skończył szkołę, zdał maturę i wyjechał do Anglii. Tam, jak każdy Polak na emigracji, chwytał się różnych zajęć. Co jednak najważniejsze – dostał się na prestiżowe studia, gdzie mógł do woli realizować swoje muzyczne marzenia.

Re:tusz

To książka z happy endem. Co więcej – to dobra książka, wartościowa, z przesłaniem. To powieść o sile i zasiewaniu w sobie samokontroli, żeby mogła wzrosnąć silna i to na dobrej glebie. Można upaść nisko, ale tak naprawdę tylko my decydujemy o tym, czy będziemy leżeć na dnie skopani i posiniaczeni, czy wstaniemy i zawalczymy o kolejną szansę. Kuba Witek aka Tusz Na Rękach dał radę. Uratowały go chyba w równych proporcjach: mama, marzenia i muzyka. Taka trójca „m” chyba zasługuje na permanentny tusz na rękach. Piękne, budujące! Co prawda mogłabym doczepić się frywolnej interpunkcji, ale „niechaj pierwszy rzuci kamieniem, kto…”, no właśnie. Poza tym te maleńkie interpunkcyjne zgrzyty – o dziwo – działają na korzyść książki, ponieważ dodają jej niewymuszonej naturalności.

Panie Kubo dziękuję za historię bez ani jednej fałszywej nuty.

Wszystkich zainteresowanych odsyłam z przyjemnością na YouTube i stronę www.kubawitek.com

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here