Słyszy dźwięk domofonu, gdy ostatnim gestem poprawia kieliszki na wino, aby stały po właściwej stronie talerzy przykrytych lnianą serwetką. Pada na nie promień słońca, które za parę chwil zacznie znikać za horyzontem. Stół stoi przy wielkim, uchylonym oknie, zajmującym całą ścianę. Delikatny podmuch porusza sennie prawie przezroczystymi firankami, niedbale przerzuconymi przez metalowy karnisz.

Żadnych zaczepów, które wbiłyby swoje zęby w delikatną jedwabną materię.

Jeśli mają spaść, przynajmniej spadną nieporanione. Suną po ciemnobrązowej podłodze, ścigając jasne, coraz dłuższe słoneczne smugi. Obciąga wzdłuż ud mocno dopasowaną sukienkę, taką jak kolor ust. Nie musi używać szminki. Usta ma bordowe, gotowe na setki słów i wyczekujące tylko tego jednego dotyku innych ust. Otwiera drzwi, choć nie musiałaby, on przecież doskonale może to zrobić sam. Ale takie otwarcie drzwi to przecież trzy piękne słowa: witaj, czekałam, jesteś.

Uśmiecha się, zmęczony daleką podróżą, podróżą do niej.

Ma na sobie przykurzony podkoszulek, przez ramię przerzucony plecak, a w dłoni kwiat. Jej ulubiony, intensywnie pachnący delikatnością, bo takie są frezje przecież. Przekracza próg z uśmiechem, który zostaje w jej sercu na te wszystkie zimowe poranki bez niego, gdy on musi wyjechać. Zanim dłonie, usta, ciała się dotkną, kolory ich oczu buszują już we wszechświatach źrenic. Szukają opowieści i gwiazd, mimo nadal świecącego słońca, choć teraz już czerwieniącego się coraz mocniej. Jego palce wplatają kwiat w jej włosy, tuż nad lewym uchem. Ona śmieje się i wpada w jego ramiona, całuje go w ucho, też lewe, bo po lewej stronie jest przecież serce.

Zdążą jeszcze napotkać swoje usta w swoich wieczornych galaktykach.

On myje ręce w łazience, rozchlapując jak zawsze krople na lustro. Przez szum chłodnej wody opowiada jak minęła podróż. Ona w tym czasie odbywając podróż z kuchni, przynosi gorące spaghetti do salonu, gdzie firanki uspokojone obecnością swych ramion, śpią ukołysane granatowiejącym niebem i oddalającym się słońcem. Jakby czekały na księżyc, który wtargnął już na niebo. Czy słońce, księżyc i gwiazdy mają swoją pamięć i teraz też zapamiętają wszystko? Dźwięk jego bosych stóp i stukot jej czarnych szpilek, odsłaniających czerwone paznokcie stóp? Czy zapamiętają melodię zbliżających się do siebie kroków? Aromat sałatki, stygnącego makaronu i oddychającego smukłą szyją butelki wytrawnego wina? Czy zauważą miękkość jazzowej muzyki spływającej ze wszystkich kątów salonu, tak jak spływają jej włosy po plecach, plącząc się w jego palce, niecierpliwe, głodne.

I to, jak ich atomy chcą przeniknąć siebie na wskroś, na zawsze.

Czy usłyszą, jak mocno szukają siebie w nieswoich ciałach, stojąc tak przy stole, który opanowany siłą swoich nóg dźwiga puste talerze i dźwiga też osobność naczyń zapełnioną zielenią sałat, czerwienią wina i czule zwiniętymi nićmi makaronu? Witaj, nareszcie, jesteś, wszeptywane w miękką skórę karku, rozpalają tętnicze pożary ust, szukających się niecierpliwie, pośród zrzucanych szpilek, ciemnoczerwonej sukienki, teraz już zmiętej, przykrytej zakurzonym podkoszulkiem. Stół wykazuje się grawitacyjną cierpliwością i siłą swoich nóg, gdy gości na swej powierzchni jeszcze inne osobne naczynia, nieco większe i przez to bardziej chłonne a może zachłanne, tak jakby obdarzony został pradawną mądrością, że ciała głodnego dotyku się nie oszuka, nawet najlepszą potrawą.

Jesteś, szepcze ona prosto w jego oddech. Jesteś, szepcze on prosto w oddech jej.

Zachłystują się sobą, całkiem na trzeźwo upijają. Paznokieć księżyca srebrzy łuki ich ciał brokatem. Lśnią, mimo mroku w salonie, są dla siebie światłem. Dzisiejsza noc jest jaśniejsza niż najdłuższy dzień w roku. Niech dzisiejsza noc będzie najdłuższa w tym roku, myśli ona. Najbardziej w tym roku nie chcę dziś spać, myśli on. Ich języki śmiało przekraczają granice rozsądku, Jedyny celnik o lodowatym głosie śpi, sumienie ukołysane winem nikogo nareszcie nie wini. Śmiało podążają za sobą, naraz. Czują się jak dopiero co stwarzane światy. Ona pozwala sobie utonąć w jego ramionach, on nurkuje tuż pod linią jej mocno ustanowionych obojczyków. Ich skóry stapiają się wilgotniejąc, przybywa im ich map, wymyślają szlaki, choć przecież w tej podróży znają do siebie drogę. Znają ją od zawsze. Patrząc sobie w oczy znikają. W sobie na wskroś.

Na zawsze.

Słyszy dźwięk domofonu, gdy ostatnim gestem poprawia kieliszki na wino, aby stały po właściwej stronie talerzy, przykrytych lnianą serwetką. Pada na nie promień słońca, które za parę chwil zacznie znikać za horyzontem. Stół stoi przy wielkim, uchylonym oknie, zajmującym całą ścianę; delikatny podmuch porusza sennie prawie przezroczystymi firankami, niedbale przerzuconymi przez metalowy karnisz. Żadnych zaczepów, które wbiłyby swoje zęby w delikatną jedwabną materię. Jeśli mają spaść, przynajmniej spadną nieporanione. Suną po ciemnobrązowej podłodze, ścigając jasne, coraz dłuższe słoneczne smugi. Obciąga wzdłuż ud mocno dopasowaną sukienkę, taką jak kolor ust, nie musi używać szminki. Usta ma bordowe, gotowe na setki słów i wyczekujące tylko tego jednego dotyku innych ust. Zanim otworzy mu drzwi, zatrzymuje się na chwilę przed wielkim lustrem w przedpokoju. Poprawia jeszcze włosy nad lewym uchem; ulubiony moment jej ciała, tu delikatność staje się intensywnością.

Otwiera drzwi,

podmuch wiatru przepycha ku niej przez próg białą frezję,

przez salon przefruwają długie ramiona firan,

łapią kostki jej stóp,

muskają obietnicą przyszłych kiedyś,

gdy zatrzaskuje drzwi,

zatrzaskuje się okno,

pusty salon wypełnia wielkie słone martwe morze, które ma początek w jej zielonych oczach.

Dryfują po nim tęsknoty i nie sposób w nim utonąć.

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here