Katarzyna Szałacha – kreatorka Architekta Mocy, Powermenki i Coacha po-MOCnego. Kobieta pełna mocy, która pomaga kobietom odzyskać siłę w sytuacjach kryzysowych. Przywraca moc, chęć do życia i wiarę w swoje możliwości.

Pani Katarzyno, wspomniała Pani, że wiedziała Pani od razu, że tym, co chce Pani robić, jest praca jako coach z kobietami w ogólnie pojętym kryzysie. Skąd taka chęć?

Ta potrzeba wynikła z moich osobistych doświadczeń. Kilka lat temu sama byłam w koszmarnie trudnej sytuacji, ze zniszczonym zdrowiem i kiepską psychiką. W procesie odradzania pomogły mi właśnie kobiety, które pojawiły się w tamtym momencie na mojej drodze. Najpierw terapeutka, dzięki której rozstałam się z demonami niszczącymi moją duszę. Później moja coach-mentor, która swoją postawą i cholernie skutecznymi pytaniami spowodowała, iż odepchnęłam się od brzegu i rozpoczęłam podróż. Podróż po szczęście i piękną JA. To ona pokazała mi piękno coachingu, który w moim przypadku objawił się nowym zawodem coacha i autorskim projektem Architekt Mocy, skierowanym do kobiet chcących opuścić taki stan, w jakim ja byłam lata temu i dążących do cieszenia się dobrym dla nich życiem.

Cytując dalej: jakie to uczucie powiedzieć bez wyrzutów sumienia „sp****alaj” ludziom, którzy wysysają z nas energię?

Z pewnością fantastycznie (śmiech), choć nie musimy używać akurat tego słowa. Jest ono pewnym mocnym symbolem, który ma podkreślić fakt, iż z pełnią mocy stawiamy takim ludziom granice, mówimy NIE, a jeśli trzeba to nawet się z nimi żegnamy. To słowo nie bez potrzeby pojawiło się na mojej stronie. Otóż nam, kobietom, mówi się całe życie “złość piękności szkodzi” i inne tego typu dyrdymały. I co się wtedy z nami dzieje? Wie o tym każda z nas. Niewypowiedziane słowa kumulują się, aby przy jakiejś drobnej sprawie wybuchnąć z siłą atomówki. W procesie uczę kobiety tego, czego sama się nauczyłam i przećwiczyłam: jak stawiać granice, jak wymagać od innych wykonania powierzonych im zadań tak, abyśmy nie były wiecznymi kurami domowymi i mogły w końcu zadbać o siebie dzięki odzyskaniu kawałka wolnej czasoprzestrzeni. To BOSKIE uczucie – zapewniam!

Jaka jest Pani recepta na przekonanie się do konieczności wprowadzenia w życie pozytywnego nastawienia?

W zasadzie to nie mam jednego konkretnego sposobu na zbudowanie pozytywnego nastawienia. Długo sprawdzałam, co na mnie wywiera pozytywny wpływ i w chwili obecnej do składników mojej tajnej receptury na optymizm śmiało mogę zaliczyć :

RUCH – w sytuacjach, gdy mam za dużo myśli kłębiących się w głowie. Idę wtedy na CrossFit, dzięki czemu mózg się resetuje, a mięśnie dostają wycisk. Po takiej godzince sprawy wyglądają zdecydowanie inaczej i nagle problem nie jest już problemem, gdyż jego rozwiązanie przychodzi ot tak, jak pstryknięcie palcem,

WDZIĘCZNOŚĆ, a dokładniej jej praktykowanie, poprzez spisywanie każdego wieczoru spraw za które jestem wdzięczna. To wyjątkowe ćwiczenie. A czemu wdzięczność? Otóż, gdy dziękujemy, zamykamy proces, tak jakbyśmy dobrym sprawom zamknęły drzwi. Zaś gdy wyrażasz wdzięczność, drzwi pozostają otwarte, dając sygnał, iż zapraszasz po więcej.

AFIRMACJE. Sama miałam do nich sceptyczny stosunek, a jednak. Codziennie wieczorem, w ciszy, powtarzam je sobie przed snem czując, iż pełnią one rolę takich nastrajaczy duszy i zapraszają mnie do pozytywnego świata snu i marzeń sennych.

Czy moje sposoby mogą być dobre dla Ciebie? Może tak, a może nie. Wierzę, iż każda z nas powinna znaleźć i stosować swoje receptury i wtedy wprowadzenie pozytywnego nastawienia będzie najskuteczniejsze.

Jest Pani uparta?

Jak cholera (śmiech). W dodatku, kiedy wierzę w jakąś sprawę, to walczę o nią jak lwica, uzasadniając to innym mocnymi argumentami i emocjonalną gestykulacją. Czasami oczywiście upór potrafi zaprowadzić mnie na manowce, jednak nawet z takich kryzysowych sytuacji potrafię wyciągnąć właściwe dla siebie wnioski. W końcu skąd każda z nas miałaby wiedzieć, czy coś jest dla niej dobre, jeśli nie spróbuje? Często takie próbowanie wiąże się z sukcesem, jednak to właśnie wpadki nas rozwijają, kształtują charakter i dają prawdziwą MOC.

Skoro SIŁA JEST KOBIETĄ, to co jest mężczyzną, tym męskim pierwiastkiem?

Jest nim również siła, tylko w wykonaniu męskim. Każda z osób na tej planecie ma bowiem niezbywalne prawo do stworzenia własnej definicji siły. Osobiście głęboko wierzę w tzw. “pierwiastek żeński”, który po wiekach ucisków i spychania go do domowych pieleszy, wraca do łask i na należne mu miejsce, aby osiągnąć ostatecznie pozycję na równi z “pierwiastkiem męskim”, jak yin i yang. Pamiętajmy, iż siła to nie tylko oznaka sprawności fizycznej. Dla mnie i moich klientek to przede wszystkim siła wewnętrzna, mentalna, która wspiera nas w czynieniu naszego świata dobrym. A to, wierz mi, jest ogromna siła, która zmieniła nie jeden wszechświat.

Coaching to pełnia mocy. Czy ktoś, kto nigdy nie miał do czynienia z coachem, może odczuć i aktywizować tę moc w sobie?

To zależy…. Coaching to nie doradztwo, mentoring, czy spotkanie z mówcą motywacyjnym. To proces, w którym pracę wykonuje coachee (moja klientka). Coach jest tu osobą towarzyszącą, zadającą pytania, dająca narzędzia. A zatem wracając do twojego pytania: jeśli nie masz w sobie gotowości do zmiany i wzięcia odpowiedzialności za kierunek, w którym ma pójść twoje życie, to choćbym stawała na rzęsach i nie wiadomo jakie pytania zadawała – nic z tego nie będzie.

Natomiast jeśli czujesz, że jesteś gotowa opuścić bezpieczny port i udać się w podróż, to wierz mi, masz gigantyczną szansę na aktywowanie MOCY, o jakiej nie miałaś pojęcia. Mocy, która uśpiona tkwiła w tobie, aż do teraz.

Aby zajmować się coachingiem trzeba być altruistą i mieć nieposkromione pokłady pewności siebie. Tak jest, czy może się mylę?

Przede wszystkim trzeba być zaprzyjaźnionym z samym sobą, dobrze znać swoje moce, słabości i wiedzieć, w którym momencie powiedzieć pas, aby zachować równowagę. Oczywiście z boku takie osoby są postrzegane jako pewne siebie i nie ma w tym nic dziwnego. Osoba taka zna bowiem swoje wartości, możliwości oraz granice, których broni i nie pozwala na ich przekroczenie. I gdy asertywnie odmawia, to z dużym prawdopodobieństwem może być w taki właśnie sposób postrzegana.

Czuje się Pani kobietą spełnioną zawodowo?

Bardzo! I mówię to z pełną satysfakcją. Praca zawodowa jest dla mnie niesamowicie ważnym obszarem, o który dbam, podnosząc systematycznie swoje kompetencje. Co prawda nie zawsze przychodziło mi to z łatwością. A wiem o czym mówię, gdyż w swoim życiu pełnię kilka ważnych ról, w tym rolę mamy, a pogodzenie pracy z wychowywaniem dziecka było dla mnie nie lada wyzwaniem, szczególnie podczas pierwszych lat życia mojej córki. Na szczęście te chwile są już za mną. Obecnie moja córka ma już prawie 16 lat, rozpoczyna naukę w technikum i pomimo swoich deficytów (ma Zespół Aspergera oraz ADHD w obszarze trudności z koncentracją i skupieniem uwagi), marzy o pracy weterynarza. Zresztą nie wyobraża sobie, aby w przyszłości miała siedzieć bezczynnie w domu. Jak widać miłość do pracy potrafi być zaraźliwa (śmiech).

Pani Katarzyno ma Pani ogromne doświadczenie. Myślała Pani o tym, żeby przelać je na papier i zaprezentować szerokiemu gronu odbiorców? Ludzie bardzo chętnie sięgają po poradniki motywacyjne.

Tylko nie poradnik motywacyjny! (śmiech) Jest ich tyle, że zaginęłabym w akcji. Ale co prawda, to prawda. Myślałam o napisaniu książki i to książki, zapraszającej czytelnika do wgryzienia się w różne moje autorskie ćwiczenia, których celem jest poprawienie obszarów, wymagających zmiany. Fascynują mnie ludzkie możliwości, przełamywanie narzuconych sobie ograniczeń, negatywnie oddziałujących na nas i nasze życie. Takie dobre nastrojenie się przydałoby się niejednej z nas. Więc, kto wie? Może niedługo zostanę dyrygentką i zagonię do pracy litery oraz długopis, jak orkiestrę, do zagrania jednej cudownej pieśni? Jedno jest pewne: ten plan będzie realizowany dopiero w przyszłym roku. To i tak bardzo optymistyczny wariant, gdyż w moim życiu zawodowym dzieje się ostatnio mnóstwo cudownych rzeczy.

Po jakie książki sięga Pani najchętniej, a jakie mogłaby polecić swoim podopiecznym?

Ojej! To niezwykle trudne pytanie. Nie mam tu jednej odpowiedzi. Powiem tak: jestem osobą niezwykle ciekawą świata, więc mam sporą biblioteczkę z najróżniejszymi pozycjami. A wiem co mówię, bo na jednej półce mam po trzy rzędy książek. Uwielbiam Dana Browna z jego podważaniem realiów i patrzeniem na historię z zupełnie innej perspektywy. Cóż, mam w sobie archetyp buntowniczki, więc szukam autorów, którzy przedstawiają sprawy w innym świetle, niż przyjęta ogólnie zasada. To poszerza horyzonty. Czasem po przeczytaniu takie pozycji pytam samą siebie „To tak można? Serio?”

A jeśli chodzi o pozycje, które się pochłania w sytuacjach kryzysowych, to szczególnie polecam “Jedz, módl się, kochaj” Elizabeth Gilbert. Ale pod jednym warunkiem: czytając ją, nie racjonalizuj, po prostu weź z tej lektury to, na co jesteś gotowa. Tak możesz czynić z każdą książką, to jak transakcja wymienna: ty poświęcasz jej swój cenny czas, ona daje ci przemyślenia, nowe wnioski do wyciągnięcia itp. Drugą taką pozycją na kryzys jest “Początek” Cathrine Dunne, która opowiada historię porzuconej żony, matki trojki dzieci, gospodyni domowej. Bohaterka musi zawalczyć o dach nad głową, gdyż szanowny małżonek na odchodne, owszem zostawił jej firmę, ale za to z toną nie spłaconych długów. I w tym momencie bohaterka rozpoczyna podróż w poszukiwaniu tej siebie, zaczynając całkiem nowy etap swojego życia.

Będąc moją klientką, oprócz ćwiczeń z obrazem i metaforą, możesz też liczyć na książkę, którą wręczam podczas ostatniego spotkania. Z reguły wybór tej jednej pozycji zajmuje mi do kilku dni, gdyż pragnę, aby lektura ta była dla klientki inspiracją, wsparciem i drogowskazem jednocześnie. I takich drogowskazów, w postaci książki, życzę jak najczęściej każdej kobiecie.

Co uszczęśliwia i relaksuje Panią najbardziej?

Ruch. Jestem typem wysoce energetycznym i bezczynność powoduje, iż mam przysłowiową deprechę (śmiech). Dowodem na to, iż nie mogę usiedzieć na tyłku, są chociażby moje ostatnie wakacje. Jak tylko wstawałam, wrzucałam na nogi buty i jazda na jogging! Potem pływanie w jeziorze i kilometrowe spacery. Moja córka któregoś dnia popatrzyła na mnie jak na wariatkę, gdy po dosłownie minucie (!) leżenia na kocu zaproponowałam pływanie. Ruch, podjęcie działania są dla mnie najwspanialszą formą relaksu, choć nie ukrywam, iż dobry masaż też jest mile widziany od czasu do czasu.

Jakie jest Pani motto życiowe? Taki mentalny kopniak, który daje siłę?

JESTEM MISTRZYNIĄ SWOJEGO ŻYCIA

To tylko cztery słowa, a mają MOC, o jakiej się poetom nie śniło. Gdy mam chwile zwątpienia, to motto przywraca mnie do pionu. Od razu wiem, że to ja i tylko ja decyduję o tym, jak ma wyglądać moje życie – za co chcę i mogę wziąć odpowiedzialność, a komu podziękować za jego wizję, jak powinna wyglądać moja osoba.

Te cztery słowa uświadamiają mi pełną moc moich możliwości i powodują, że rozwijam skrzydła i unoszę się nad ziemią. Takiego pięknego stanu życzę wszystkim kobietom, bo nie tylko tak mogą, o czym jestem przekonana, ale przede wszystkim na to rozwinięcie skrzydeł po prostu zasługują!

Przepytywała i męczyła Magda Czmochowska

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here