Temat sztuki chodzi za mną już od jakiegoś czasu i jestem pewna, że stępię sobie na nim zęby. Jestem laikiem, ale nie ignorantką, a moje odczucia są zupełnie subiektywne. Zresztą i tak jestem zwolenniczką subiektywizmu, który głosi że „przedmiot poznania nie istnieje obiektywnie, lecz jedynie subiektywnie, tj. w zależności od sposobów i warunków poznawania właściwych podmiotowi poznającemu”. Fajna filozofia, bo dopuszcza większą dawkę emocji do procesu poznawania.

Ostatnio zostałam niemal zmieszana z błotem za przypisywanie sobie miana artysty.

Punktem zarzewia w dyskusji były moje wyroby, wykonane z półproduktów, o których moja dyskutantka była przekonana, że są w całości „artystyczne”. Przez chwilę miałam wizję siebie w kuźni, w blasku ognia wykuwającą łańcuszki do biżuterii. Mogłam przekonywać tę panią, że rękodzieło niekoniecznie posiada wspólny mianownik z dziełem sztuki; że może być po prostu unikatowym dziełem ludzkich rąk, lecz pozbawionym znakomitej treści. Przemilczałam, choć zacietrzewienie tej obcej dla mnie kobiety, samo w sobie było jak niezły performance. Może gdybym była widzem…. Otrząsnęłam się z tego, ale wątpliwości pozostały. Postanowiłam zatem sięgnąć po wiedzę w Wyroczni Google.

Definicja sztuki jest pojęciem tak płynnym i zmiennym, że nie da się jej ująć w konkretnych ramach.

Ewoluowała przez stulecia i teraz wiem, po przeczytaniu kilkudziesięciu opracowań i tekstów o dokonaniach niektórych artystów, jaką krzywdę wyrządziła sztuce awangarda. Przywilejem artysty było i jest łamanie konwenansów, wychodzenie przed szereg, zadziwiane. Dopóki sztuka pełniła funkcję estetyczną, artysta zadziwiał kunsztem. Teraz dostał licencję na szokowanie. Pisząc o krzywdzącym wpływie na późniejszych twórców szeroko pojętych kierunków sztuki awangardowej, wychodzę teraz prawdopodobnie na myślącą wąskotorowo prostaczkę. Prace Picassa z okresu błękitnego budzą we mnie o wiele więcej odczuć estetycznych, niż „Guerenica”, która przecież niesie potężny ładunek emocjonalny. Dodając do tego fakt, że obraz powstał przed ogólnoświatową wojenną zawieruchą, a widnieje na nim śmierć, strach i zniszczenie, mamy dzieło sztuki, wobec którego nikt nie przejdzie obojętnie. Mniejsza z tym, bo nie o „Guerenice” chciałam pisać. I nawet nie o „Krzyku” Muncha, który wywołuje równie silne emocje.

Każdy wybitny twórca znalazł swojego naśladowcę, który – zainspirowany mistrzem – pozwolił sobie na tupet uczynienia kroku dalej.

Kiedy Marcel Duchamp pokazywał swoją „Fontannę” na wystawie w Nowym Jorku w 1917 roku, pewnie nawet nie śnił o tym, że jego obrazoburczy ready-made stanie się tak silną inspiracją dla następnego pokolenia artystów, którzy ową duchampowską, cytuję: „cezurę tzw. twórczości wysokiej” rozwiną do dzieł, owszem pretendujących do miana dzieł sztuki, lecz są tworami obrzydliwości. Włoski artysta Piero Manzoni, zachwycony twórczością Duchampa, w 1961 roku zapakował swoje odchody do puszek. G*wno odwiedzało galerie. Mało tego – każda puszka (a było ich dziewięćdziesiąt; więc można rzec, że biedny chłopina nasrał się za wsze czasy) została sprzedana za cenę wagi ekskrementów w złocie. Niektórzy twierdzili, że to nie kał, lecz tynk, acz były dowody na to, że puszki eksplodowały pod wpływem fermentacji zawartości. Można się zdziwić, ale defekowanie do puszek miało głębszy, by nie rzec – artystyczny wręcz – sens: pokazywało „związki, jakie zachodzą pomiędzy procesem tworzenia sztuki, a tym co tworzy i produkuje ludzki organizm”.

Artysta? Kawalarz? Wariat?

Jak dla mnie sztuka Piera Manzoniego nosi znamiona geniuszu z zakresu public relations. Byłabym nieprzyzwoicie bogata, mając takiego wspólnika w interesach. Oczywiście Manzoni nie był jedyny. I on znalazł swoich naśladowców. Czy mianem dzieła sztuki można nazwać wytatuowaną świnię, bądź sam proces ich tatuowania? Ani to oryginalne, ani nowatorskie. Świnia nie budzi szacunku, a jako zwierzę hodowlane i tak jest znaczona. Kto ani razu nie trafił na kawał słoniny, znaczonej niebieskim stemplem? Jednakże Wim Delvoye uczynił z tego projekt artystyczny i Bóg jeden wie, ile już wytatuowanych na farmie w Chinach świń, zostało przerobionych na wieprzowinę po wietnamsku z makaronem.

SONY DSC

Wspominam o Delvoye, ponieważ był on pomysłodawcą maszyny do robienia ekskrementów.

W 2000 roku w Antwerpii po raz pierwszy zaprezentował „Cloace”. Pozwolę sobie zacytować: „Do pokazu zaproszono kucharzy, którzy dwa razy dziennie podawali maszynie przez siebie przyrządzane wykwintne dania. Po przetrawieniu „posiłku” (w specjalnych mechanizmach, w wyniku skomplikowanego procesu technologicznego, symulującego pracę ludzkiego systemu trawiennego, ze sztucznymi jelitami do których wprowadzono kwasy, enzymy i bakterie trawienne) na drugim końcu maszyny pojawiał się kał.” [źródło: Google]. Dodam tylko, że artysta udoskonalał maszynę do robienia gówna, aż powstało kilka jej modeli. Czy zatem słuszny jest osąd, że wielu oszołomów, którzy skończyli studia na renomowanych uczelniach artystycznych, bądź są samoukami (celowo nie dodaję, że uzdolnionymi), to zwyczajne miernoty, które nie tworzą sztuki, lecz jedynie podejmują działania propagandowo-marketingowe?

Czy spec od srającej maszyny potrafiłby naszkicować szklankę z wodą, mając do dyspozycji jeden ołówek HB?

Czy mam uwierzyć, że „Pasja” Nieznalskiej niesie tak samo ważne przesłanie jak „Pieta” Michała Anioła? Jeśli sztuka bierze na barki rolę dydaktyczną, jeżeli ma być głosem krytyki i krzywym zwierciadłem dla konsumpcyjnego społeczeństwa, niechże naprawdę czegoś uczy. Niech każe zwolnić i zadumać się na chwilę. Niech, do cholery, skłoni do przemyśleń! Nie rozumiem tej maniery szokowania. Kiedyś sztuka i jej twórcy olśniewali kunsztem i wyobraźnią. Potrafili wywołać uśmiech, podziw, zachwyt. Teraz zmuszają „do myślenia” przy użyciu prymitywnych narzędzi. We mnie budzi to obrzydzenie. Możemy sobie polemizować, na szczęście już na początku zaznaczyłam, że cały ten wywód jest subiektywny.

Może już czas, aby przypomnieć sobie definicję sztuki?

Tu także posłużę się cytatem: „Nie istnieje jedna spójna, ogólnie przyjęta definicja sztuki, gdyż jej granice są redefiniowane w sposób ciągły. W każdej chwili może pojawić się dzieło, które w arbitralnie przyjętej, domkniętej definicji się nie mieści.” Nuda, nuda, nuda. Nikt nie zastanawia się nad tym na co dzień, litości. Zmierzam jedynie do tego, że współcześni artyści – dodam po raz kolejny: w moim mniemaniu, i dodam, że mam na myśli tych szczególnie ekstremalnych w swoich poczynaniach – sami dla siebie stali się karykaturą. Widzę w tym rozpaczliwą niemożność znalezienia sobie funkcji w świecie; jakby bycie artystą automatycznie szeregowało do bycia kimś lepszym od szarej masy. Oni potwornie boją się znalezienia nie po tej stronie, co trzeba.

Chcą być lepsi, słyszalni, widzialni.

Chcą swoich nazwisk na murach, w gazetach, swoich tworów w galeriach. Im dziwniej, im straszniej, tym lepiej. Im większy wywołają szok, tym głośniej będzie. To już nie jest tworzenie sztuki, to zrzucanie bomb. Nigdy nie śmiałabym zakwestionować wielkości Rembrandta, ani odmówić geniuszu Van Goghowi i tak, Leonardo Da Vinci był wizjonerem, jedynym takim, który rodzi się raz na kilka stuleci. Innych można co najwyżej nazwać prekursorami. Co w wielu przypadkach jest określeniem pejoratywnym.

Uczyłam się i o Łodzi Kaliskiej, i o poczynaniach Pomarańczowej Alternatywy. Pisałam pracę o sztuce przykościelnej za czasów stanu wojennego, odpowiadałam na kilkaset pytań podczas sesji egzaminacyjnych. Owszem, niektóre tematy były fascynujące, ale nie przez wzgląd na ich doniosłość. ale niedowierzanie dla chęci przesuwania granic dobrego smaku w sztuce.

Czy sztuka może być niemoralna? Tak. Oto przykład.

W galeriach wielu krajów świata, brytyjski artysta Richard Billingham wystawia fotografie z życia swych rodziców. Na jednej z nich ojciec autora, pijany do nieprzytomności, leży przy muszli klozetowej. Na innej monstrualnie gruba matka rozwala swemu mężowi twarz pięścią. Śladem Billinghama wydaje się iść młody polski dokumentalista Marcin Koszałka. Sfilmował swoich rodziców, nie bardzo widać zdających sobie sprawę z tego, że z ich agresywnych, jazgotliwych, nie kontrolowanych monologów powstaje film „Takiego pięknego syna urodziłam”, pokazywany potem w kinach i na festiwalach. Ron Mueck, Anglik, również jeszcze bardzo młody, pokazał w Royal Gallery dokładną replikę zwłok swego ojca. Epoksydowa figura martwego mężczyzny nie zwracałaby specjalnej uwagi, artysta podkreśla więc w opisie, że chodzi o „trupa jego taty”. Ludzie! Traumy dzieciństwa proponuję leczyć psychoterapią, a nie nadawać im znamion dzieł sztuki.

Dzisiaj ze sztuką jest jak z niewinnością – ciężko doświadczyć, więc można jedynie domniemać.

Oczywiście, że nie patrzę, kiedy coś mi się nie podoba. Ciężko mi jednak ze świadomością, że sztuka straciła blask. Że nikt już nie namaluje obrazu na miarę „Dziwnego ogrodu”, nikt nie wyrzeźbi nic tak jak pięknie, jak Rodin. Rozumiem, że za ewolucję trzeba ponieść wysoką cenę. Sami jesteśmy sobie winni, bo wciąż chcemy więcej, więcej, więcej. Chcemy nachapać się tym Nowym, przełknąć je i zapomnieć o nim. Ale, dzięki Bogu „Madonna wśród skał” wciąż trwa, cudowna, niemal na wyciągnięcie ręki i wciąż można przed nią stać, i płakać ze wzruszenia.

5.00 avg. rating (99% score) - 2 votes

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here