Kiedy ją widzę, ożywa wspomnienie.

Babcia powiedziała, że do stołu zasiądziemy, gdy na niebie pojawi się pierwsza gwiazdka. Pełna wyczekiwania stałam przy oknie i obserwowałam jak świat – na zewnątrz zimny i niebieski – opatulony śniegiem, przybiera coraz ciemniejszą barwę wigilijnej nocy. Chciałam, żeby już wszyscy: tata, mama, babcia, dwie ciotki, młodsza siostra i ja, żebyśmy już wszyscy zebrali się w salonie, gdzie panoszył się mocny aromat świerku przybranego kolorowymi bombkami i brokatowymi soplami, a pod zielonym drzewkiem leżały dwa prezenty owinięte w szary papier. Dla siostry i dla mnie, co oznaczało, że byłyśmy przez cały rok grzeczne.

Wreszcie jest. Migocze radosną jasnością. Zanim usiądziemy przy stole nakrytym sztywnym lnianym obrusem, wyhaftowanym w białe rumianki przez babcię i jej siostry, łamiemy się opłatkiem, każdy z każdym. Uściski, przytulenia, całusy. Nie wiem dlaczego mama, gdy tak pięknie ubrana podchodzi do swojej mamy, w oczach ma łzy.

Na stole pomiędzy wazą z grzybowym barszczem, półmiskami z prawie dwunastoma potrawami, w smukłych świecznikach palą się powoli świece. Nikt nie patrzy na zegar, to czas tylko dla nas, odmierzany jedynie wolno kapiącym woskiem, który topiąc się, scala nasze rozmowy i spojrzenia w cichy szum. Czuję szczęście, choć nie mam jeszcze pięciu lat i w tamtym momencie nie potrafię nazwać właściwym słowem świetlistej radości, która mnie przepełnia. Tata, jego uśmiech, który kładzie w moje oczy spokój, jego głos, gdy czyta fragment Biblii poważnym i jednocześnie ciepłym tonem. Mama co chwilę pytająca, co komu nałożyć na talerz, babcia przypominająca, aby siedzieć prosto i łokcie trzymać przy sobie, dwie ciotki, które mówią głośniej niż my, ponieważ nie dosłyszą i w zabawny sposób przekręcają różne słowa, moja siostra, która nadal nie chce nic jeść samodzielnie i trzeba ją karmić, co jest nie lada wyzwaniem, bo zaciska usta, gdy tylko zbliża się do nich łyżka. Czuję jak nasz pies, wielki, czarny owczarek collie, merda ogonem z zadowolenia, że został dopuszczony na salony. I ja, kręcąca się na krześle, chcę już zobaczyć, co przyniósł Mikołaj (jak on dostał się do domu niezauważony?).

Ale najpierw trzeba zjeść jeszcze pierogi, groch z kapustą, śledzie i rybę po grecku, która łypie okiem spod warzywnej, pomarańczowo-czerwonej kołdry. Makowiec. Kompot z suszu (niby słodki, a drapiący w gardło).

Nareszcie, mogę wstać od stołu, który coraz bardziej intryguje mnie smutkiem pustego nakrycia, podkreślonym towarzystwem szopki stojącej na sianku.

Sięgam pod kłujące gałązki. Szary, twardy papier rozrywa się z głośnym dźwiękiem i w tym momencie widzę ją po raz pierwszy. Błękit śliskiej okładki, a na niej śliczny królewicz, blondyn, niebieskooki, w bogatej, czerwonej pelerynie, pochylony nad ciemnoszarą żabą. W tle zamek, słoneczne promienie padające na ciemny bochen chleba trzymany przez chłopca. Otwieram dużą książkę, przy zgrabnym wierszu liter piękne ilustracje, tajemnicze, hipnotyzujące… Ktoś z dorosłych czyta na głos tytuł: „Baśń o czarnym chlebie”.

To na niej nauczyłam się czytać, w towarzystwie babci, która niestrudzenie przez tamte święta Bożego Narodzenia zabierała mnie w pierwsze czytelnicze podróże.

Kiedy patrzę na tę książkę, na jej zniszczony błękit, na wyblakłe litery i pożółkłe kartki, na spuchnięty grzbiet, który je ledwo spina, widzę nas, tamtą szczęśliwą rodzinę. To była ostatnia Wigilia, gdy jeszcze nie znałam uczucia tęsknoty, bo byliśmy wszyscy razem.

                                                                                                                                     Ola Malarz

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here