Booknięte bajki najmłodszych miłośników książek

Tym razem postanowiliśmy zanieść odrobinę bookniętej atmosfery do najmłodszych miłośników książek z Publicznego Przedszkola nr 1 w Dąbrowie Tarnowskiej. Dzięki współpracy naszej ekipy oraz najwspanialszych nauczycielek, Barbary Nawój oraz Marzeny Treli, możliwe było przeprowadzenie niecodziennego konkursu. Przedszkolaki i ich rodzice mieli za zadanie stworzenie wspólnie bajki. Poza nagrodami książkowymi ufundowanymi przez Bookniętych oraz panią dyrektor przedszkola, Marię Kazek, dzieci mogą pochwalić się swoimi literackimi osiągnięciami na naszej stronie. Zachęcamy do zapoznania się z nagrodzonymi bajkami – są prawdziwie piękne i pełne dziecięcej wrażliwości.

Jeż Loluś

Loluś mieszka w pięknym dużym lesie otoczonym przez wysokie góry. Jest małym ślicznym jeżem, który dopiero poznaje świat. Ten rok dla Lulusia jest naprawdę wyjątkowy. Śmiało można powiedzieć, że do tej pory nasz mały bohater miał nieomal cały czas wakacje. Wstawał późno, prawie cały dzień spędzał na różnych zabawach i tylko czasem pomagał mamie i tacie  w domowych obowiązkach. Jednak przyszła pora, aby Loluś dorósł i zaczął chodzić do przedszkola!

Pewnego letniego dnia mama zabrała Lolusia na zakupy:

„Lolusiu. czy wiesz, że w tym roku zostaniesz przedszkolakiem?” – zapytała.

W głosie mamy zabrzmiało to jak prawdziwa przygoda, choć Loluś jeszcze nie potrafił sobie wyobrazić co to oznacza. Tymczasem miał wybrać sobie mnóstwo rzeczy: kredki, bloki rysunkowe, plastelinę i farbki, a to było coś, co Lolusiowi podobało się najbardziej.

Nastał pierwszy dzień, w którym Loluś miał pójść do przedszkola. Mama i tata od rana krzątali się po kuchni przygotowując śniadanie i pakując plecak Lolusia. Tym razem trzeba było wcześniej wstać, aby się nie spóźnić. Gdy Loluś dotarł z rodzicami na miejsce, w przedszkolu było mnóstwo innych dzieci. Wiewiórka Lily, bóbr Bery, lisek Ruduś z rodzeństwem i dzięcioł Radek z siostrzyczką. Każdy szukał swojej szafeczki i sali. Przedszkole było piękne i kolorowe. Ściany pokryte były ślicznymi rysunkami, a na placu zabaw było mnóstwo huśtawek. Naszemu jeżowi podobało się tu dosłownie wszystko. Do sali zaprowadziła ich sympatyczna Pani Sowa, która zaczęła opowiadać maluszkom jak będzie wyglądał ich dzień. I właśnie wtedy Loluś przypomniał sobie, że rodzice zaraz będą musieli wrócić do swoich obowiązków! Gdy zaczęli machać synkowi na do widzenia Loluś rozpłakał się i chciał wracać z nimi do domu.

„Lolusiu, jesteś już dużym chłopcem. Na pewno sobie poradzisz i wszystkim udowodnisz jaki jesteś dzielny!”, powiedziała mama.

Jednak te słowa nie pomogły. Owszem chciał się poczuć duży i odważny, ale w swojej grupie nie znał prawie nikogo, a poza tym nie wyobrażał sobie dnia w nowym miejscu bez rodziców.

Mijał dzień za dniem. Dla Lolusia rozstania z mamą i tatą nadal były trudne. Jednak Pani Sowa i nowi znajomi sprawili, że szybko się to mieniło. Loluś czuł się w przedszkolu coraz lepiej. Chętnie bawił się z kolegami i koleżankami, uwielbiał wspólne zabawy i zajęcia. Uczył się także wielu nowych i bardzo ciekawych rzeczy.

Pewnego dnia do przedszkola przybył nowy kolega. Był troszkę przestraszony i, podobnie jak wiele innych dzieci, przerażało go rozstanie z rodzicami. Loluś doskonale pamiętał swoje pierwsze chwile i natychmiast postanowił mu pomóc.

– „Jak masz na imię?” – zapytał nowego znajomego.

– „Jestem Tiki i chcę do domu!” – rozpłakał się jak mały bóbr.

– „Wiesz, jestem pewien, że choć to niełatwe, prędko przekonasz się jak świetnie jest w przedszkolu!” Zapewnił Loluś i postanowił najpierw pokazać wszystkie ulubione zabawki.

Chłopcy szybko się zaprzyjaźnili. Siedzieli obok siebie przy posiłkach, mieli wspólny stoliczek podczas zajęć, a przede wszystkim łączyło ich wiele pomysłów na wspólne zabawy. Tiki nie wyobrażał sobie już dnia bez przedszkola, a Loluś był szczęśliwy, że ma tak wspaniałego przyjaciela. Ich rodzice szybko się zaprzyjaźnili i niebawem koledzy mieli wiele fascynujących przygód. Pani Sowa była naprawdę dumna z Lolusia i innych maluszków. Dlaczego? Bo przecież WSPANIALE JEST BYĆ PRZEDSZKOLAKIEM.

Miejsce II: Baśń o czarowniku, który został kosmonautą

Nie tak całkiem dawno, a może bardzo dawno temu, niedaleko stąd, a może aż tak daleko, że nie można by się doliczyć gór i rzek, które trzeba by było przejść, aby trafić na miejsce; tam właśnie stał sobie zamek. Zamek był kamienny, ponury, kwadratowy i w każdym rogu miał również kwadratową wieżę. Oczywiście stał na najwyższym wzgórzu w okolicy i był tak zbudowany, że żadna zgraja rycerzy nie mogłaby się do niego wedrzeć bez wielkich machin i armat. Rycerze jedna omijali zamek z daleka, a to dlatego, że mieszkał w nim tajemniczy czarownik, jeden z tych, co zawsze chodzą w długim niebieskim płaszczu z wyszytymi żółtymi gwiazdami i noszą na łysej głowie szpiczasty niebieski kapelusz – też z gwiazdami.

Żył bardzo, bardzo długo i stał się tak potężnym czarodziejem, że nie musiał jeść ani pić, rzucił na swój zamek czar tak mocny, że nikt nie mógł do niego trafić.

I nawet kiedyś, jak jakiś smok zaczął fruwać niedaleko wież zamku zaraz po zjedzeniu ostatniego rycerza z okolicy, czarownik niefrasobliwie tak go zaczarował, że potwór, który był postrachem całego królestwa, dostał straszliwej czkawki i zaszył się tak głęboko w jakiejś jaskini, iż słuch po nim zaginął i nawet legendy nie chciały potem o nim opowiadać. Czarownik zresztą, żeby go nie chwalono i nie naprzykrzano mu się po ten ingerencji w sprawy zwykłych ludzi, spowił cały kraj „czarem zapominajki” tak skutecznie, że nie tylko o nim momentalnie zapomniano, ale sam nawet zapomniał jak się nazywa.

I wreszcie mógł się oddawać swojemu największemu hobby i pasji – obserwacji gwiazd i kosmosu.

Bowiem na jednej z czterech narożnych kwadratowych wież swojego zamku zbudował wielkie obserwatorium astronomiczne – czyli obszerną salę z lunetami, teleskopami i przyrządami matematycznymi oraz tajne laboratorium magiczne. I oczywiście sam doszedł do tego, że kosmos to ogromna przestrzeń pozaziemska pełna gwiazd, planet i galaktyk. Wiedział też, że nasze słońce jest tak właśnie gwiazdą i że nasza planeta okrąża słonce w ciągu jednego całego roku. Dowiedział się również wielu innych rzeczy, ale opisywanie ich byłoby tu ciekawe tylko dla astrofizyków i badaczy nieba, nie dla dzieci. Dzieciom niech będzie natomiast wiadomo, że do wszystkiego doszedł sam i to dzięki obserwacjom i obliczeniom matematycznym, więc to nie byle co, bo nie chodził do szkoły i tam się tego nie nauczył. W każdym razie dowiedział się o kosmosie tak dużo, że przyszedł moment, w którym postanowił zobaczyć te cuda na własne oczy. Niestety, jego magia nie działała poza Ziemią, więc musiał wymyślić coś innego.

Postanowił zbudować rakietę, żeby polecieć na księżyc.

Jego laboratorium stało się fabryką rakiety kosmicznej. Cale aż drżało w posadach razem z całym zamkiem kiedy czarownik robił magiczne eksperymenty i składał poszczególne elementy rakiety przy pomocy czarów i sztuki mechaniki. Kiedy opracowywał paliwo do wymyślonych przez siebie silników odrzutowych, stała się rzecz niesłychana. Zrobił się straszliwy huk i grzmot! Laboratorium razem z rakietą wyleciały w powietrze, a czarownik tak mocno uderzył się w głowę, że natychmiast zapadł w sen!

Kiedy staruszek się ocknął, okazało się, że jest w nieznanym sobie miejscu, leży na trawie w jakimś zielonym parku, a rakieta stoi obok niego, jak by nigdy nic. Rakiecie przyglądał się mały chłopczyk z wielkim zaciekawieniem, a gdy zobaczył czarownika, uśmiechnął się szeroko i zapytał:

– Proszę pana czarownika, czy to jest rakieta kosmiczna?

Czarownik bardzo się zdziwił, bo wydawało mu się, że tylko on może wiedzieć co zbudował, ale na wszelki wypadek pokręcił głową.

– Nie mój drogi, to tylko taka… sokowirówka – wydusił z siebie, bo nic innego nie przyszło mu teraz do głowy, pstryknął palcami i rakietę spowił czar niewidzialności.

– Ale super! – krzyknął radośnie chłopiec – polecimy w kosmos sokowirówką!

Czarownik podrapał się po łysinie. Chłopiec nie dał się oszukać i chyba nie było wyjścia, jak mówić prawdę. Zresztą w tym momencie mały zauważył, że rakieta nadal stoi koło nich, tyle, że niewidzialna. Wytrzeszczył oczy i wyrwało mu się mimowolne:

– Łaaaaaaał!!!

– Jak masz na imię? – zapytał chłopca staruszek.

– Olek! – natychmiast odparował malec i wyrzucił z siebie naraz strasznie dużo słów: – musimy zaraz lecieć, bo mama pracuje w banku i wraca po siedemnastej, a tata tam na ławce poprawia jakieś klasówki i mnie przy okazji pilnuje. Potem jedziemy samochodem na zakupy i do bloku, gdzie mieszkamy naprzeciw siłowni! Zapytam go tylko czy możemy teraz lecieć i zaraz wracam!

Czarodziej znów podrapał się po głowie. Nic a nic nie zrozumiał i czuł się trochę zagubiony. „Gdzie ja trafiłem?” – pomyślał. Sam nie wiedział ile lat spędził samotnie w swoim zimnym zamczysku i trudno mu się było teraz odnaleźć w tym dziwnym świecie.

Tymczasem chłopczyk bardzo szybko wracał, a za nim człapał człowiek w okularach uważnie przypatrujący się czarownikowi. Staruszek podjął szybką decyzję. Podbiegł do Olka i chwycił go za rękę. Jego gwiaździsta szata nadęła się wtedy od wiatru jak balon i wszystko zakryła.

Po chwili byli już w rakiecie i wystartowali tak szybko, że tata Olka nie zdążył nawet powiedzieć „Dzień dobry”.

Rakieta pomknęła w kierunku księżyca, który był pierwszy na trasie. Księżyc okazał się wielkim szarym serem pleśniowym na dodatek cały w dziurach. Odwiedzili zaraz potem planetę Wenus, która była cała jednym wielkim żółtym ciastkiem, a zanim czarownik włączył hamulce, zdążyli pojeździć na pierścieniach Saturna jak na karuzeli. Olek chciał jeszcze bardzo polecieć dalej, ale czarownik uśmiechnął się, pogłaskał po głowie i powiedział, że muszą już wracać, bo tata i mama na pewno się już niepokoją. Postanowił odstawić małego Olka dokładnie w tym samym momencie, w którym go porwał. Pozwala mu na to potężna magia, dla której czas nie stanowił najmniejszego problemu. Nagle rakieta się zatrzęsła i usłyszeli zgrzyt. Stłuczka! Wyjrzeli przez szklane okrągłe okienko rakiety i zobaczyli, że koło nich unosi się srebrny talerz latający, czyli pojazd kosmitów, którzy wpatrywali się czułkami w zgnieciony błotnik na swoim pojeździe. Pogrozili zielonymi palcami czarownikowi i Olkowi, krzyknęli coś groźnie i wyglądali na bardzo zdenerwowanych, ale ani Olek, ani czarownik nie chcieli się przekonać, co zieloni kosmici mają im do powiedzenia.

– Chyba przelecieliśmy na czerwonym świetle – stwierdził tylko Olek, a rakieta co sił w silnikach uciekła na Ziemię.

Zanim wylądowali w tym samym parku, z którego wcześniej uciekli, staruszek powiedział Olkowi, że grzeczni chłopcy nie powinni wsiadać do rakiet obcych ludzi, a Olek obiecał, że dobrze o tym wie i już więcej tego nie zrobi. Wszak czarodziej z rakietą nie trafia się codziennie!

Kiedy wylądowali, tata Olka dopiero podchodził do nich. Widocznie na Ziemi w parku czas stanął w miejscu. O tym, że jednak upłynęło dużo tego czasu świadczyło głośne bulgotanie. To Olkowi z głodu już kiszki marsza grały.

Po wymianie zwykłych uprzejmości i po wyściskaniu czarownika przez chłopca, każdy wrócił w swoją stronę, z tą jednak drobną różnicą, że stary czarodziej postanowił osiedlić się w parku i wytworzył magiczny dom, niewidzialny dla zwykłych ludzi. Dlaczego to zrobił? Chyba polubił Olka, a poza tym całkiem możliwe, że postanowił nauczyć się jeździć samochodem.

Olek w drodze do domu zaczął opowiadać tacie o swoich przygodach, a gdy doszedł do momentu z kosmitami, tata mu przerwał śmiejąc się, że pewnie byli zieloni i mieli śmieszne oczka na czułkach wystających z głowy. Kiedy chłopczyk zapytał ojca, skąd on o tym wie, ten mrugnął znacząco i szepnął tajemniczo: Czas na naleśniki z serem!

III miejsce: Wesoła przygoda

Pewnego razu nad stawem spotkało się kilka przyjaciół. Pająk Tadek, ważka Lenka, krecik Tobiasz, zajączek Gabryś i małpka Tosia. A było to latem. Słoneczko pięknie świeciło a jego ciepłe promienie ogrzewały wodę w stawku. Woda mieniła się kolorami tęczy a grupka przyjaciół cichutko siedziała i każde z nich myślało w jaką wesołą zabawę się pobawić.

Pająk Tadek rozłożył swoje nóżki na cienkiej pajęczynie i jakoś nie miał wielkiej ochoty na zabawę z Tobiaszem bo on zawsze wymyśla zabawy w norce. Norka była ciemna i kręta i miała dużo korytarzy. Tadkowi nie uśmiechało się błądzić po ciemnych korytarzach. Zajączek Gabryś też wolał hasać po łące, robić fikołki i skakać do góry. Ważka Lenka to prawdziwa dama, ona też nie miała ochoty błądzić z Tadkiem pod ziemią i brudzić swoje piękne skrzydełka. Bała się, że jak się ubrudzi to będzie się musiała długo myć a i woda w stawku nie będzie już tak przejrzysta i gdzie ona będzie się przeglądać.

Wszystkim przyglądała się małpka Tosia.

Siedziała na drzewie które rosło obok stawku. W pewnym momencie głośno się zaśmiała i powiedziała – mam pomysł! Pobawmy się w kto pierwszy wejdzie do mnie na drzewo! Zajączek Gabryś powiedział – to dobry pomysł, chętnie spróbuję czy dam radę wejść tak wysoko. A jaka będzie na drzewie nagroda? – zapytał Gabryś. Czy to będzie duża słodka marchewka? – Nie – odpowiedziała Tosia, a co? – zapytał znów zajączek.

– Mam przygotowane tu, na dużej tacy, pyszne smakołyki, które najbardziej lubicie. A co? A co? – zapytali wszyscy jednym głosem. Najpierw musicie tu do mnie wejść a potem każde z Was otrzyma to co najbardziej lubi. Tosiu a co Ty masz dla siebie? – zapytał Gabryś – Ja? Ja mam coś owalnego i żółtego! No powiedz Tosiu bo nie zgadnę! – zobaczysz zajączku – no dobrze nie będę zgadywał – odpowiedział Gabryś. Krecik pomyślał i powiedział – ja tam na drzewo nie wchodzę, bo tam jest dużo promieni słonecznych a ja zgubiłem swoje okulary przeciwsłoneczne.

O jaka szkoda – powiedziała ważka Lenka.

To ja pierwsza pofrunę do Ciebie Tosiu! Zapraszam – odpowiedziała grzecznie Tosia. Lenka rozłożyła swoje skrzydełka i falistym ruchem poszybowała na drzewo do Tosi. Zaraz po niej wspiął się na drzewo pająk Tadek. Wziął ze sobą piękną pajęczą serwetkę aby rozłożyć ją na tacy.

Zajączek Gabryś, rozpędził się i jednym skokiem wskoczył do przyjaciół siedzących na drzewie. Brakuje już tylko Tobiasza – zauważyła Lenka. Nagle słoneczko zasłoniła chmurka, wszyscy zaczęli zachęcać krecika do dołączenia do nich ale Tobiasz się obraził i wrócił do swojej norki, szukać okularów. A na drzewie czworo przyjaciół świetnie się bawiło. Pająk Tadek otrzymał od Tosi słodkiego cukierka, zajączek Gabryś – duży liść kapusty a ważka Lenka całą garść słodkich mszyc a Tosia położyła się na grubym konarze i zajadała się pysznym bananem. Gdy zjadła, skórkę banana rzuciła na ziemię pod drzewem.

Gabryś, Tosia, Tadek i Lenka opowiadali sobie wesołe historie i nie zauważyli kiedy wszedł Tobiasz i porwał skórkę do norki aby tam ją zjeść, biedaczek był bardzo głodny. Po skończonym posiłku i odpoczynku, małpka Tosia zauważyła, że jednak jakoś z Tobiaszem jest weselej i troszkę nie ładnie się zachowali zostawiając go samego. To nie jego wina, że kreciki nie umieją wchodzić na drzewa, przyjaciele przyznali jej rację i wszyscy przeprosili Tobiasza za swoje zachowanie a w następną zabawę bawili się już pod drzewem.

IV miejsce: Historia Zygusia

Chcecie bajki? Będzie bajka. Była sobie sowa Majka. Co widziała – powiedziała, i tak bajka ta powstała. Hen, daleko obok lasu była mała osada. Znajdowało się w niej kilkanaście domów z ogródkami,  w nich poletka z malinami. W każdym gospodarstwie mieszkały jakieś zwierzęta. Krowy muczały, koguty piały, gołębie gruchały, kozy meczały a pieski szczekały.

Obok jednego domu pomalowanego na żółto biegały radośnie dwa brązowe pieski, a na imię miały Maks i Ada. Maks był bardzo hałaśliwy, szczekał na wszystko , nawet na motyle. Ada też szczekała, ale głównie na obcych.

– Przestań tyle szczekać! – nieraz upominała go Ada.

– Muszę tak robić, to są moje tereny i musi być porządek. Każdy ma wiedzieć, że ja tu rządzę.

– Akurat! – wyśmiała go Ada i zaczęła obwąchiwać stertę gałęzi. Chodź lepiej pomóc! – zawołała.

Gdy tak razem zaczęły rozkopywać gałęzie, w pewnym momencie Maks najeżył sierść, zaczął warczeć i szczerzyć kły. Ada się cofnęła. Okazało się, że między gałęziami zobaczył małego wychudzonego pieska. Szary kolor sierści zlewał się z szarością jesieni. Cały się trząsł. Na widok intruzów skulił się, lecz myśląc, że ich wystraszy i że zostawią go w spokoju, na wszelki wypadek pokazał też zęby. Nic z tego.

– Co tu robisz?! Zaraz cię stąd przegonię! – warczał Maks.

– Dajcie mi spokój, przecież nie wchodzę wam w drogę – słabym głosikiem odparł Zyguś, bo tak ten piesek miał na imię.

– Ale to jest mój teren do zabawy – nie dawał za wygraną Maks.

Ada stała nieco w tyle, przysłuchując się rozmowie z zaciekawieniem.

– Dlaczego schowałeś się w tych gałęziach? Nigdy cię tu wcześniej nie widziałam – zapytała. Te gałęzie to domek jeża Józka.

– Uciekałem przed dużym rudym psem. Gonił mnie i gryzł.

– To musiał być Misiek – odparł Maks. Też nieraz uciekałem przed nim i przed jego bandą. Maks na wieść o podobnych przeżyciach przybysza, spojrzał na niego łagodniejszym okiem. Rozumiał przez co przeszedł.

– Auć! – zajęczał z bólu Zyguś.

– Co ci jest? – szczeknęła troskliwie Ada.

– Uciekając skaleczyłem na drucie łapę.

– Chodź, zaprowadzimy cię do twojego pana, on będzie wiedział jak ci pomóc. Opatrzy Ci łapę. – zaproponował Maks.

– Ale ja nie mam pana ani domu – zaskomlał smutno Zyguś.

Ada i Maks słysząc to byli bardzo zaskoczeni i wypytywali dalej:

– Jak to?! Każdy ma jakiegoś opiekuna, przyjaciela i dom, w którym mieszka.

– Ja niestety już prawdziwego domu nie mam – odpowiedział im Zyguś. – Kiedyś miałem dom. Chodziłem ze swoim panem na spacery. Byliśmy sobie bliscy. Dbał o mnie przez cały rok, zarówno latem, jak i zimą…

– Miauu! – nagle opowieść przerwał ciekawski kot Felek – Z kim tak długo rozmawiacie?

– Z nowym kolegą – tak nazwał Zygusia Maks.

– Chętnie posłucham, może się na coś przydam – powiedział Felek i usiadł na słupku ogrodzeniowym, żeby lepiej wszystko widzieć.

Zyguś kontynuował swoją opowieść. – Mój pan musiał wyjechać i z wielkim żalem oddał mnie swoim znajomym. Miało mi być tam dobrze. Mieszkałem parę domów dalej od was. Widziałem nieraz jak bawicie się z gospodarzami. Jak się niedługo potem okazało, mi nie było dane takie szczęście. Nowi właściciele o mnie zapomnieli. Często chodziłem głodny, zmarznięty, a nieraz byłem nawet bity i popychany – ze łzami w oczach wspominał. – W końcu uciekłem od nich – zawył zrezygnowany, ale widząc przejęcie nowych kolegów, skończył swoją historię:

– Dzięki, że mnie wysłuchaliście. Fajne z was psiaki, ale pójdę już. Muszę w tę zimną jesienną noc znaleźć jakieś miejsce na nocleg. Bardzo miło było was poznać. Już podnosił się, żeby opuścić podwórko, lecz ranna łapa znowu go zabolała.

Wtem rozległo się wołanie:

– Maks, Ada! Jedzenie gotowe! – to była Ola, ich właścicielka.

Psy posłusznie pobiegły do swoich misek. Mając w pamięci historię Zygusia, zgodnie zdecydowały się zjeść tylko połowę swojego jedzenia, a to co zostało w miskach przepchnęły w stronę krzaków, częstując nowo poznanego kolegę.

Zyguś szybko opróżnił miskę z karmą, bo był bardzo głodny. Wydawać by się mogło, że mógłby zjeść jeszcze drugą taką porcję.

W międzyczasie Ada pobiegła w stronę domu, głośno szczekając i drapiąc w drzwi, zwracając tym uwagę mieszkańców. Na zewnątrz znowu wyszła Ola i obserwując dziwne zachowanie Ady postanowiła za nią pójść. Oczom Oli ukazał się mały chory piesek w towarzystwie Maksa merdającego ogonem na jej widok. Dziewczynka domyśliła się wszystkiego. Postanowiła delikatnie wziąć na ręce przybysza i zanieść go do domu, aby opatrzeć mu łapkę.

Zbliżał się już wieczór, zaczął wiać silny zimny wiatr. Zyguś nie chciał sprawiać kłopotu i pomyślał, że już czas odejść i nie nadużywać gościny. Podniósł się i już chciał iść w stronę drzwi, lecz Ada i Maks kazały mu zostać, ponieważ podsłuchały jak ich pani w rozmowie z pozostałymi domownikami postanowiła zatrzymać tego szarego pieska do czasu, aż znajdzie się jego właściciel.

Jak się z biegiem czasu okazało, właściciele wcale nie przejęli się zniknięciem Zygusia i nawet nie próbowali go szukać. Wiedziała o tym już wcześniej sowa Majka, która siedząc na wysokim drzewie obserwowała okolicę.

W nowym domu szybko znalazło się dodatkowe miejsce dla Zygusia. Buda Ady i Maksa była wystarczająco duża, aby przyjąć do niej jeszcze jednego psa. Tej nocy cała trójka zasnęła tuląc się mocno do siebie. Rano oczom Zygusia ukazały się nie dwie, a trzy miski z jedzeniem. Ta trzecia była dla niego. Ada, Maks i Zyguś szybko zostali przyjaciółmi, spędzając beztrosko czas biegając po łąkach. W domu Oli, niegdyś zagubiony, nieszczęśliwy piesek odnalazł ciepło i rodzinę.

Sowa Majka to widziała i nam to opowiedziała.

5.00 avg. rating (98% score) - 1 vote
shares