Siedzę w cichej kawiarni przy jednym stoliku z Bridget Jones. Trzęsą mi się ręce! Nie wiem, która z nas jest tym faktem bardziej podniecona – ja, bo za chwilę pogadam z bohaterką tysięcy kobiet, czy Bridget – mogąc udzielić pierwszego w swoim życiu poważnego wywiadu.

– Bo wiesz, to będzie na poważnie – uprzedziła mnie podczas rozmowy telefonicznej.

– Jasne Bridget, niczym się nie martw. Przygotowałam zestaw naprawdę łatwiutkich pytań – uspokoiłam ją.

Bridget wygląda pięknie w swoich zielonych dżinsach od Agnes B.

Ja: Ależ ty schudłaś!

B: Naprawdę? (uśmiecha się dumnie, wciąga brzuch i wypina biust; chwilę później dzieje się to, co stać się nie powinno – jej stanik pęka na plecach z głośnym „plop”)

B: (nieszczęśliwie) Cholera…

Zrywam się z krzesła i ze skrzywieniem szczęk mających imitować uśmiech, rzucam się na pomoc. Majstrując pod jej bluzką robię całkiem zgrabny węzełek. Kelnerka gapi się na nas z politowaniem.

B: Uff… no, to zaczynamy.

Ja: Tak, tak. Jasne (mamroczę wyciągając z torby plik pogiętych kartek).

Ja: Bridget na początek chciałam cię zapytać o fa…

B: (z ożywieniem) O facetów?

Ja: … o fantastyczną pracę w telewizji. Powiedz czy… yyy… odczułaś już potęgę sławy?

B: (wzdycha nieszczęśliwie) Jeśli za sławę można uznać wpadkę w remizie, to tak. Mój tyłek widział chyba cały kraj. Straszna kompromitacja.

Ja: Ale przecież kierownictwo stacji uznało cię za perełkę w zespole. W końcu kto, jak nie ty, okazał się autorką dodatku rozrywkowego?

B: Tak, tak. Ale gdyby nie kokainista Richard Finch, pracowałoby mi się lepiej. Ten wywiad z młodymi bezdomnymi nawet nie poszedł. A zabójca lisów? Do tej pory nie wiem, jak działa telefon w pociągu.

Ja: Zostawmy temat telefonów, bo ja też nie wiem jakim cudem działają (przyznaję ze wstydem). Słyszałam, że przymierzasz się do napisania sztuki.

B: (z oczami okrągłymi ze zdziwienia) Naprawdę? W sumie mogłabym. Wyobraź sobie; być wolnym strzelcem, pracować w domu. Och załatałabym tą wielką dziurę w ścianie!

Ja: Racja, racja, a tak nawiązując do dziury – jesteś szczęśliwa z Markiem?

B: Jedziemy…yyy… do Tajlandii. Mam nadzieję, że tym razem nie wyląduję w więzieniu przebrana za Madonnę. Chociaż nigdy nie byłam taka chuda, jak wtedy. Hmm, może to nie byłoby takie złe?

Ja: Bridget nie wiem, czy wiesz, ale jesteś wzorem dla wielu kobiet. Co czyni cię tak inspirującą?

(Bridget znowu wypręża się z dumą, węzełek ze stanika niepokojąco trzeszczy na jej plecach)

B: Może to, że w końcu jestem w normalnym związku z normalnym facetem? I już nie boję się, że umrę i zostanę zjedzona przez owczarka alzackiego. Wszystkim kobietom radzę: czytajcie poradniki, kochajcie swoich przyjaciół, nie pakujcie się w toksyczne związki i…

Ja:…i?

B: … i lampka wina jeszcze nikogo nie zabiła, a jak człowiek nie ma się do kogo przytulić, to i pudełko czekoladek jest niezłym pocieszeniem.

Ja: (patrząc na swoją fałdkę, w której odłożyło się zdecydowanie zbyt dużo czekoladek) No tak, tak… a… yyy… masz jakiś kontakt z Danielem?

B: Z Cleaverem? Z tym toksycznym dupkiem? Wiem, gdzie leżą Niemcy! Ha!

Ja: Ależ oczywiście, że wiesz! (mówię szybko). To może przejdziemy do kolejnego pytania. Nadal się odchudzasz?

B: Jestem na diecie odkąd pamiętam (przyznaje Bridget, ze smutkiem szurając łyżeczką po talerzyku, na którym chwilę temu był pokaźny kawałek brownie) Wiesz, ile kalorii ma oliwka?

Ja: Nie (przyznaję dłubiąc w resztkach swojej szarlotki). Bridget a jaki jest twój ulubiony kolor?

B: Brązowy! A nie, brązowy był czernią innego sezonu. Nie pisz tego, bo wezmą mnie za depresyjną wdowę. No, to ten… niebieski. Albo nie, napisz, że zielony, bo to kolor nadziei, nie? Słuchaj czy ja wyglądam staro?

Ja: No co ty! Wyglądasz jak… (na końcu języka mam „króliczek Playboya”, ale nie chcę przywoływać kompromitujących wspomnień z ogrodowej maskarady) … nastolatka!

B: To już koniec wywiadu? Nie chcesz pogadać o facetach? (pyta smutnym tonem) Bo wiesz, ja mam swoją teorię, taką damsko-męską, tylko nie zdążyłam jej rozwinąć…

Ja: (tym razem ja wyprężam się z dumą) Słuchaj Bridget, pomyślałam o tym. W domu mam trzy butelki wina, wielką czekoladę, litr lodów i ten no, słoik oliwek, bo rozumiesz, dieta…

Bridget patrzy na mnie z wdzięcznością, tak solidarnie jak tylko kobieta potrafi. Jej chyba też zaschło w gardle. No i lody nie zjedzą się same, prawda?

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here