ŚRODA

Budzę się w miarę wypoczęta w pokoju ciemnym jak czeluście studni z „The Ring”. Serce mruczy „Śpiiiiij”, rozum daje kopniaki na rozbudzenie. No to leżę przez chwilę starając się upchać w szufladki w mózgu rzeczy, które powinnam dzisiaj zrobić. Tłoku nie ma.

Środy, zresztą jak poniedziałki, to w naszej rodzinie dzień sportowy.

Ja mam trening rano, a chłopcy swoje dwa późnym popołudniem i wieczorem.

– Maaaa ja nie chcę chodzić na karate! Jest głupie! – marudzi mi Krzychu przed wyjściem na trening.

– Ja też nie chcę! – wtóruje mu Jasiek.

– Ale będziecie chodzić – jednocześnie próbuję upchnąć się w kurtkę, zawinąć komin wokół szyi, wrzucić w torbę notes, przełożyć portfel i założyć buty. Pocę się jak mysz.

– Ale dlaczego?

– Żeby nie zgnuśnieć. Chłopcy muszą uprawiać jakiś sport, bo jak nie to później rosną z nich jakieś totalne leszcze. Sport hartuje ducha, a ty, mój drogi – zwracam się do Krzysia patrząc na niego spode łba – jeśli chcesz mieć kaloryfer zamiast bojlera, to powinieneś w podskokach wziąć się do roboty, zamiast tak ściemniać przy robieniu brzuszków.

– A nie możemy tylko na piłkę? – tym razem Krzyś patrzy na mnie wzrokiem Bazyliszka.

– Nie. Chodźmy już, gorąco mi.

– Ale dlaczego?

Nie cierpię, kiedy oni tak robią.

Mogę po sto razy powtarzać jedno i to samo, a oni i tak będą zadawać wciąż to jedno pytanie. „Ale dlaczego?”. To taka psychologiczna wojna, kogo pierwszego trafi szlag i wybiegnie z płaczem z pokoju.

– A co chcesz robić w czasie, kiedy nie chodzisz na trening? Wolisz czytać książki? Nie ma problemu stary – zamykam drzwi. Oni stoją naburmuszeni na korytarzu. – Ja już dobrze wiem, co byś chciał. Uwalić się z tyłkiem na kanapie, z słuchawkami na uszach odciąć od świata i oglądać jakieś bzdety na fonie. Powiadam wam zatem – po moim trupie! Musielibyście najpierw przejechać mnie walcem, żebyście mogli przestać chodzić na karate!

Prawdopodobnie jestem w tej chwili najbardziej znienawidzoną osobą w promieniu kilometra.

Odbębniliśmy kilkanaście (dziesiąt?) rozmów tej treści, więc nie wiem, po co oni co jakiś czas znowu robią podchody. I znowu. I znowu. A mnie się marzy dzień, w którym usłyszę od nich „Mama, miałaś rację”. Póki co wydaje mi się, że im się wydaje, że jestem psychicznie chora kiedy im powtarzam „Zawsze warto umieć więcej. Nigdy nie wiadomo, co wam się w życiu przyda”.

Po treningu Krzyś mówi do mnie „Wiem, że lamiłem, ale wyczytałem w twoich oczach ‘Szlaban na kompa do końca życia’ i wziąłem się do roboty”. Wybucham śmiechem i tak sobie podchichruję z tego dopóki nie dojedziemy do domu, co wprawia nas wszystkich w wesoluchny nastrój. Pławimy się w nim jak w takiej cudownej, kolorowej bańce o delikatnym zapachu malinowej gumy do żucia.

Mama i dzieci jak z reklamy.

Powinniśmy błyskać białymi zębami w kierunku kamer,y zachęcając gawiedź zgromadzoną przed telewizorami do zakupu witamin „rodzinne opakowanie, tylko teraz w niższej cenie”. Kocham moich wspaniałych chło…

– Mama, słuchasz mnie? – wyrywa mnie z zamyślenia Jasiek.

– Hę? – patrzę na niego jak na dinozaura, którego właśnie wybiłam z jajka na patelnię.

– No mówię, że chyba zgubiłem ochraniacz.

Jasiek jest naprawdę przygnębiony, ale ja już nakręcam się jak katarynka.

– O bosz, no chyba żartujesz! Jak można zgubić ochraniacz? Sprawdzałeś w torbie? Może wpadł pod podszewkę, albo włożyłeś do drugiej kieszeni?

– Sprawdzałem. Nie ma.

– Jasna anielka! Brak mi słów. Wiesz co Jasiek? Ty masz taką sklerozę jakbyś był weteranem pierwszej wojny światowej, który jakimś cudem dożył tak sędziwego wieku! Oj chyba kupię ci lecytynkę na wzmocnienie pamięci – rzucam złośliwie.

Mój wywód przerywa natarczywe pukanie do drzwi.

Co do licha? Jest prawie 22.00. Podchodzę do drzwi, patrzę przez wizjer. Facet jakiś tam stoi, młody, dość przystojny. Wciągam brzuch, chłopcy stoją obok zaciekawieni (oraz, nie ukrywajmy, zadowoleni, że przestałam kłapać jadaczką). Otwieram.

– Dobry wieczór – witam się z nim grzecznie, acz oschle, aby odczuł w moim tonie przestrogę „Jeden niewłaściwy ruch i pożegnasz się, gościu, albo z tą bujną czupryną albo swoją męskością”. – W czym mogę panu pomóc?

– Zostawiła pani klucze w zamku od zewnątrz.

Boże.

Dobijcie mnie humanitarnie.

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here