CZWARTEK

Hmm… czwartek. W czwartki zawsze sprzątam po to, żeby nie sprzątać w sobotę, jak wszyscy. Kiedyś latałam ze ścierą w piątki, ale pomyślałam: „Przecież przekładając sprzątanie o jeden dzień wcześniej, wydłużam sobie weekend. Ha!” Może to i logika blondynki, ale mnie zachwyca.

Zazwyczaj o 7.30 mam już starte kurze w dużym pokoju i powoli zmierzam w kierunku łazienki.

Chcę ją odbębnić czym prędzej, bo to moje znienawidzone pomieszczenie do sprzątania. Choć muszę przyznać, że nie ma lepszego lekarstwa na natłok czarnych myśli niż odkamienianie tych przestrzeni między szybą a prowadnicą w kabinie prysznicowej. Miód. Oraz urwał nać wyrzucane z częstotliwością karabinu maszynowego. Jak się człowiek tak wywkurza, upoci jak maciora po wyścigu świń, popłacze nawet z bezsilności, to jednak zaczyna myśleć nieco trzeźwiej.

O, albo porządki w butach.

Ostatnio robiłam latem; świetna sprawa przymierzać botki z futerkiem, kiedy z nieba leje się taki żar, że na termometrze zaczyna brakować skali. Wywalić pudła z szafy było naprawdę łatwo, ale przejrzeć, posegregować i poukładać …no, musiałam skoczyć po piwo.

Najgorsze jest to, że kiedy już zaczynam sprzątać uzbrojona w ściereczki do kurzu o zapachu migdałowym, lawendowym i pomarańczowym, a także psikadło do szyb, mleczko do czyszczenia, te mopy, odkurzacze i inne cuda-wianki, to nie ma takiej siły, która by mi kazała rzucić to w pizdu i dokończyć na przykład na drugi dzień.

Jestem jak niezniszczalny troll górski idący na wojnę z krasnoludami.

Niestraszne mi ich strzały i pochodnie, brnę przed siebie rozrzucając kopniakami trupy, a w oczach mam żądzę mordu. Ale jednak to JEST wojna, tylko że z kurzem. Poza tym sprzątanie, jak każda inna czynność stricte fizyczna, cudownie odmóżdża. A ja tak cholernie bardzo chcę przestać myśleć o tylu rzeczach…

Oczywiste jest także to, że w mój Dzień Sprzątania tyle osób nagle coś ode mnie chce.

„Co słychać?” – mruga mi w mesendżerze.

„Wszystko po staremu, ogarniam chałupę.” – staram się delikatnie spławić delikwenta.

„Aha, a jak tam w pracy?” – mruga mi znowu.

„Bez zmian, niestety. Nie mam żadnych nowych zleceń. A póki co latam ze ścierą.” – odpisuję, bo naprawdę nie lubię być niemiła.

„Aha, a poznałaś kogoś? – pyta mnie pan nieustępliwy.

Niech pomyślę. Chyba nowa osoba pracuje przy stoisku z rybami w Tesco. Pochwalić się, czy nie?

„Nie, nie mam okazji, żeby poznawać kogokolwiek.”

„Aha, bo ja też nie poznałem. To co tam porabiasz?”

Serio? To się dzieje naprawdę? Przecież już napisałam, że a) ogarniam chałupę, b) latam ze ścierą. Co powinnam do tego dodać? Może, że wyplatam właśnie stół i cztery fotele z wikliny, albo szyję strój astronauty?

„Sprzątam. Napiszę później, ok?”

I natychmiast ogarnia mnie poczucie winy, że tak podle potraktowałam człowieka, który może właśnie w tej chwili potrzebował chwili rozmowy, a dla mnie ważniejszy był bijący po oczach blask lustra, które czyściłam jedną ręką, podczas gdy drugą odpowiadałam na jego zaczepki. Chyba muszę popracować nad poprawą… nad udrożnieniem kanałów komunikacji z ludźmi.

O, nowy mail.

„Dzień dobry. Czy mogłaby nam Pani zaprojektować plakat wyprzedażowy tak na szybko? To jutro byśmy puścili do druku”

Autentycznie zaczynam płakać.

Rzucam ścierę, biegnę do komputera. Dobrą godzinę zajmuje mi zaprojektowanie dwóch wersji plakatu, na tyle sensownych, żeby przesłać je klientowi.

W międzyczasie dzwoni tata:

– Cześć dziecko, za kwadrans będę u ciebie po faktury.

– Cześć tato, spoko, już je zapakowałam w koszulkę.

Czekam na akceptację plakatu, szorując wannę. Przychodzi tata, widzę, że chce pogadać.

– Herbatki czy kawy? – pytam cmokając go w świeżo ogolony policzek.

– Nic, ja już lecę.

– Mam dobrą owocową, albo ziółka na trawienie – kuszę jak podstępny wąż.

– No dobrze, to ziółka.

Z kuchni zawraca mnie pikanie w telefonie, że mam nową wiadomość email. Jest akceptacja od klienta!

Super! Wysyłam projekt do druku.

Zaparzam nam ziółka na wątrobę, dzwoni telefon, ledwie zdążę umoczyć dzioba.

– Wie pani co? Na projekcie jest błąd. Jedna linijka, ta z adresem, nie jest zamieniona na krzywe – mówi pan z drukarni.

– Już poprawiam, zaraz wyślę panu nowy plik, proszę mi dać pięć minut.

Rzucam telefon na łóżko, siadam do kompa, z kuchni tata krzyczy, że zaraz musi iść, bo się śpieszy, ja odkrzykuję, że zaraz przyjdę, na łóżku zaczyna wibrować telefon. Mama.

– Cześć. Widziałam jogurt w promocji, kupić chłopakom?

– Cześć mamo, eheś – mruczę, przyciskając telefon ramieniem do policzka.

– A jakie smaki?

– Jakiekolwiek. A jakie są?

– Jagodowe, wiśniowe, mango-marakuja, ananasowy.

– To dwa jagodowe i dwa z mango, ok?

– No ok. A nic więcej nie chcesz? Bo jest żółty ser w dobrej cenie…

– Nie, dziękuję, teraz jemy mniej sera. Poza tym mam w lodówce, nie kupuj.

Zerkam na monitor.

Genialnie! 80% pliku jest już jedną nogą w drukarni. Piszę do nich maila, że proszę o kontakt natychmiast jak sprawdzą projekt.

– Mamo zadzwonię później, ok? Mam tu małe zamieszanie. Buziak, pa.

Wracam do kuchni wzmocniona o kolejne wyrzuty sumienia, że zbyłam tak własną matkę. Gadam z tatą o polityce, dzieciach, o tym jak było na wczorajszym treningu, o teoriach spiskowych, uwielbiam te nasze pogaduchy, ale ogarnia mnie rozpacz na myśl, że wieczór zakończę o 22.00 myjąc podłogę w kuchni.

Kiedy tata wychodzi z fakturami, a ja mogę wrócić do sprzątania jest już dwie i pół godziny później. Mail z drukarni pika w telefonie, że plik jest ok i właśnie idzie do druku. Z czystym sumieniem wyłączam wi-fi, włączam za to muzykę i szaleję tak kilka kolejnych godzin z przerwą na zrobienie obiadu dzieciom, zmywanie, jakąś słabą kawę.

Przysięgam, że nie poszłabym spać, gdybym nie mogła dokończyć.

Jest już grubo po dwudziestej pierwszej kiedy jeszcze hałasuję odkurzaczem po przedpokoju, w perspektywie mając mycie podłóg w całym mieszkaniu i cieszę się, że ktoś kiedyś wynalazł mopa i nie muszę wyżymać szmaty nad wiadrem z wodą z mydlinami, posuwając się na kolanach centymetr po centymetrze.

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here