Randkowanie online. Czy was też ten temat paraliżuje? Mnie niestety tak, ale postanowiłam zostać researcherką pierwszej klasy i do pisania książki (tak, tak, w planach jest książka) przygotować się lepiej niż doskonale.

„Bądź cicho, kobieto!”

Obrałam sobie to na moje motto. „Bądź cicho kobieto. Zachowuj się profesjonalnie. Trzymaj nerwy na wodzy. Dasz radę, przebrniesz przez to. Jesteś super, więc poker face i bierz się za pisanie.” Miałkość kontaktów międzyludzkich, szczególnie w sferze wirtualnej, gdzie połowę dialogu można odfajkować za pomocą emotikonów, gdzie uśmiech można opisać swojskim XD, doprowadza mnie do rozpaczy nie od wczoraj. Podajemy sobie skróty informacyjne. Nie chcemy rejestrować dialogowych koncertów, tylko wypuszczamy do siebie dżingle reklamowe. Ma być szybko, konkretnie, bez lania wody. Nie opisujemy tego, co czujemy, bo ilustrujemy to za pomocą memów. Nie przyswajamy informacji, i nie ukrywajmy – w większości przypadków nie interesuje nas to, co rozmówca ma do przekazania. O ile przymykam na to oko w codziennych kontaktach ze znajomymi (bo wiem, że praca, dom, obowiązki i nicmisięniechcizm), to jeśli chodzi o subtelną sztukę flirtu, jestem bezlitosna.

Co u cb

Na widok tak zadanego pytania natychmiast dostaję migotania przedsionków. Powieka lata mi nerwowo jak zepsuta roleta. Czy padło tu pytanie? Czy ktoś tu widzi pytajnik w ogóle? Poza tym, cóż można odpowiedzieć na taki wytrysk elokwencji? Skoro przedmówca „leci szyfrem”, czy należy odpowiedzieć, również kodując informacje? Wróćmy zatem do tego koszmarnego CO U CB. „U mn ok, wpk” odpisuję, co w wolnym tłumaczeniu oznacza „U mnie okej, właśnie piję kawę”. Mam taką przypadłość, że nienawidzę skrótów. Ludzie, poświęćmy sobie czas! Nie wszystko da się załatwić w ciągu dwóch minut, w przelocie, od niechcenia! Flirt wymaga czasu. Tak samo, jak czas jest czynnikiem decydującym o poznaniu kogoś, kto wpadł nam w oko. I nie mówię tu o powierzchownym poznaniu, które można sklasyfikować jako „Niezła d*pa” lub „Fajny kaloryfer na brzuchu”.

Sztampa, nuda i utarte ścieżki

Chciałabym zaapelować, abyśmy my, mitrężący nasz cenny czas w Internecie, nauczyli się ponownie sztuki konwersacji. Abyśmy unikali powtarzalności i sprawili, że rozmowa stanie się przyjemnością, a nie zaledwie odpowiadaniem na nudne, przeczytane miliony razy, identyczne pytania. Weźmy na tapetę owe poznawcze komunały. Na mojej czarnej liście, niczym gasnące gwiazdy na niebie, są: „Jak leci?”, „Co tam?”, „Co porabiasz?”, „Czym się zajmujesz?” Już odpowiadam, nie nerwowo. „Leci jak co miesiąc”. „Co tam, to nie wiem, ale u mnie w porządku”. Czym, do licha, jest porabianie? (co prawda mój kolega ładnie to wyjaśnił, ale nie przytoczę, zostawię sobie jako asa w rękawie). „Porabiam picie kawy” tudzież „Porabiam pisanie”. Czyż to się nie prosi o głośny zgrzyt zębów? I dlaczego tak uparcie pytamy o kwestie zatrudnienia? Czy po tym zaszufladkujemy człowieka jako wartego rozmowy? Czy menadżer zawsze będzie miał do powiedzenia więcej niż stolarz? Być może będzie bardziej elokwentny, ale czy bardziej wartościowy, moralny, ludzki, lepszy? Nie chodźmy utartymi ścieżkami. Na takie pytania przyjdzie czas.

Alternatywa

Czas zastanowić się, czym w ogóle jest flirt. W najprostszej definicji to zalotna rozmowa i kokieteryjne gesty (które oczywiście można stosować podczas spotkania twarzą w twarz, co w internecie jest, załóżmy, niemożliwe). Odkładając na bok gestykulację, skupmy się na zalotnej rozmowie. W tym, co przytoczyłam powyżej nie ma nic, ale to absolutnie nic zalotnego. To miażdżąca nijakością wymiana informacji, która w wyobraźni co najmniej jednego rozmówców, zamieni się rychło w wymianę płynów ustrojowych. Wolne żarty! Panowie, panie, opamiętajcie się.

Nie tędy droga. Wszak można wziąć rozmówcę z zaskoczenia, zaciekawić. Napisać coś, co mile zaintryguje. Zamiast pytać „Czym się zajmujesz?”, może warto przestawić potencjalny dialog na inny tor? Nawet z pozoru banalne pytania mogą być podwaliną do naprawdę fajnej rozmowy. „Wolisz kawę z mlekiem, czy czarną jak serce Szatana?”, „Wolisz pozować do zdjęć, czy robić je komuś?”, „Co sądzisz o kolczykach w pępku?” Nie dość, że takie pytania dają już obraz pytającego, to pomyślcie, ile można dowiedzieć się o tym, kto na nie odpowiada.

Grzecznie, z klasą

Cały dowcip polega na tym, żeby pokazać się od jak najlepszej strony. Rozumiem, że mężczyźni to wzrokowcy, ale to automatycznie nie oznacza, żeby kobieta natychmiast wysyłała im zdjęcie, na którym ma dekolt niemal do pachwin i nogi obleczone pończochami. Drogie panie szukacie sponsorów, czy chcecie zaintrygować osobowością? Pomijam kwestię osób, które w Internecie szukają seksu, bo to już temat na inny, naprawdę obszerny artykuł. Zawsze twierdzę, że trafi swój na swego. I koleś (nie mężczyzna, nie róbmy nadinterpretacji), który na dzień dobry wysyła zdjęcie swojego przyrodzenia wraz z nabiałem, za którymś razem trafi na pannę, która zrewanżuje się równie odważną fotką. Ale panowie, błagam, nie czarujcie się – dziewięćdziesiąt procent kobiet NIE CHCE tego oglądać. To nie poradnia urologiczna! Nie odzierajcie intymności z tej odrobiny wstydu i tajemnicy! Pytania dotyczące płaszczyzny intymnej, po zdawkowym „Siema, poznamy się?”, klasyfikują takiego kogoś do wysłania w kosmos, i to z biletem w jedną stronę.

Pokażesz się

To kolejny dowód na konieczność używania znaków zapytania. Inaczej brzmi to niemal jak rozkaz. Mam w związku z tym drobne spostrzeżenie. Człowieku, jeśli obydwoje jesteśmy w Internecie incognito, a ty aż skręcasz się z ciekawości, żeby zobaczyć z kim masz do czynienia, najpierw się przedstaw. Proste, prawda? Bo to tak, jakbyś na umówioną randkę przyszedł/przyszła w papierowej torbie na głowie. Chcesz wiedzieć, jak wygląda twój rozmówca? Pokaż się pierwszy/pierwsza. Bo tak wypada. Bo tak po prostu nakazuje dobre wychowanie. Tym bardziej w czasach, kiedy pojęcie dżentelmena czy kobiety z klasą staje się czymś tak unikatowym. Dżentelmen wynosi kindersztubę z domu. On wie, jak należy postąpić. Kobieta, która zna swoją wartość nigdy nie pokaże biustu, a prośbę „Masz może jakieś zdjęcie nóg?” potraktuje pobłażliwie. Bo czy ten facet chce rozmawiać z jej nogami? Spokojnie. Umówicie się, spotkacie i jeśli będziesz miał farta, ona przyjdzie w sukience. Szanujmy się, do jasnej nadspodziewanej!

Umierająca sztuka

Rozmowa. Wszechstronność. Ci, którym zależy na czymś więcej, niż tylko przygodnym bzykanku, a mianowicie na poznaniu kogoś, powinni ćwiczyć sztukę konwersacji. Nie każda kobieta poznana w Internecie chce rozmawiać tylko o kosmetykach, Justinie Bieberze, czy słodziakach z Biedronki. Nie każdy mężczyzna szuka tylko naiwnej owieczki, którą mógłby zmanipulować i zbałamucić. Zatem, drogie panie, nie na każdego trzeba od razu warczeć i traktować jak wroga. Jeśli ktoś do was pisze – nieważne czy wiele młodszy, czy starszy, czy w waszym mniemaniu po prostu boleśnie nieatrakcyjny – wypada odpisać. Nawet głupim „Przepraszam, nie jestem zainteresowana”. Są setki, tysiące tematów, które tak mogą podnieść temperaturę dialogu, że nawet się nie obejrzycie, kiedy minie pół godziny, a wy już zdążyliście wymienić się numerami telefonów. Rozmawiajcie, rozmawiajcie i jeszcze raz rozmawiajcie. Ale niechże ta konwersacja ma ręce i nogi. Nic po łebkach, bo to bez sensu. Nie traktujmy siebie nawzajem jak przerw reklamowych czy kredytów – chwilówek.

Wierzę, że przez Internet można poznać kogoś naprawdę nietuzinkowego, nawet wspaniałego! Tylko, że tej znajomości trzeba dać czas. Niech się rozwija niespiesznie, w zdrowym tempie. Nie każda z takich znajomości musi kończyć się zapasami w łóżku. Zresztą warto postawić przede wszystkim na przyjaźń i zobaczyć, co się z niej rozwinie.

Flirtujcie na zdrowie! Ale z klasą 😉

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here