Idzie Mróz. Fantastyczna opowieść wigilijna.

Wigilia w tym roku zapowiadała się wyjątkowo ponuro. Szare ulice upstrzone równie szarym śniegiem wyglądały jak obraz nędzy i rozpaczy. Moja zrozpaczona dusza także prezentowała się nędznie. Te święta, jakże odmienne od tych, które panowały litościwie przez poprzednie lata, miałam spędzić w wyjątkowo skromnym gronie. A mianowicie z własnym odbiciem w lustrze.

Wigilia odpuszczona

Nie ustawiłam się na starcie, żeby wziąć udział w wyścigu supermarketowych szczurów. Pierwszy raz w życiu nie uległam presji zakupowego szaleństwa, ominęłam ciągnące się kilometrami kolejki wyładowanych po brzegi wózków i popychających ich ludzi. Także wyładowanych, ale zniecierpliwieniem i frustracją. W tym dziwnym przedświątecznym okresie z obojętnością patrzyłam na reklamy smartfonów, pierniczków, piersi kaczych wolno gotowanych, zabawek i ogólnie pojętej magii świąt objawiającej się kupnem nowego samochodu z kokardką na masce. Bez zaangażowania wsłuchiwałam się w dżingle reklam sklepów, gdzie przed świętami można było wyrwać coś ze zniżką (może sweterek z reniferem?), czy wesołe pobrzękiwanie sań Mikołaja, który wrzucał przez komin jakże świąteczną Coca-Colę.

(Nie)rodzinne święta

Tak wyszło, po prostu. Z jednej strony cieszyłam się jak dziecko na myśl, że nie muszę szorować okien i pastować podłóg, że mogę przełożyć to na kiedy indziej. Cieszyłam się, że ominie mnie kilkunastogodzinna harówka przy garach, że nie zasmrodzę kuchni smażoną rybą (lubię ryby, ale długo się po nich wietrzy). Że nie będę musiała robić wykwintnych sałatek śledziowych, siekać warzyw do ryby po grecku, piec eleganckiego makowego tortu, ani gotować kapusty z grochem. Że będę mogła odpuścić sobie prasowanie sukienki, bo dla kogo niby miałabym się wystroić? Samotne święta Bożego Narodzenia jawiły mi się jako okres ciszy, samotnych przemyśleń w towarzystwie Kevina, który był tak samo sam w domu, jak ja. Wyciągnęłam nawet małą choinkę z szafy, żeby nie zabić ducha świąt. Choć chyba trudno jest zabić coś, co nie żyje, prawda?

Pierwsza gwiazdka

Zgodnie z tradycją do wieczerzy wigilijnej należy zasiadać, gdy rozbłyśnie pierwsza gwiazdka na niebie. Tego grudniowego wieczora niebo było ponuro szare, zasnute żółtawymi chmurami, z których bezustannie padał lepki śnieg. Sąsiedzi z bloku naprzeciwko włączyli na balkonie wkurzająco mrugające lampki choinkowe, więc pokryty śniegiem trawnik migotał jak w dyskotece. Ktoś śpiewał kolędy w mieszkaniu obok. Fałszywe, acz pełne zaangażowania nuty wsiąkały w ściany. Ktoś mu zawtórował. Chór głosów ryknął „Ciiiiichaaa nooooc” i nagle umilkł, ustępując miejsca profesjonalistom z telewizji. Siedziałam na łóżku z pudełeczkiem sałatki śledziowej, kubkiem herbaty i jednym pierniczkiem w czekoladzie, ustawionymi na chybotliwej tacy, kiedy coś walnęło w moje drzwi.

Goście?

Zastygłam ze śledziem wbitym na widelec, który to śledź był już w połowie drogi do moich ust. Po jednym, solidnym walnięciu nastąpiła seria natarczywych stuknięć, więc koncepcja z pijanym sąsiadem jak się pojawiła, tak upadła. Może kolędnicy, pomyślałam, idąc na palcach do przedpokoju. Nie spodziewałam się gości, bo moja rozproszona rodzina świętowała u dalszej, jeszcze bardziej rozproszonej rodziny gdzieś na krańcach świata. Czyżby ktoś z wodociągów? Nie, przecież poranna awaria została szybko naprawiona. Elektryk? Policja? To miłe pacholę z kancelarii kościelnej, żeby wcisnąć mi zapomniany opłatek? Sąsiad z dołu? Czyżbym nie zakręciła znowu wody w łazience? Spojrzałam przez wizjer. Na korytarzu stał facet w czerwonym kubraczku, w czerwonej czapie. Do twarzy miał przyklejoną białą brodę, a spod czapki patrzyły zadziwiająco młode oczy, aktualnie o gniewnym spojrzeniu. Otuliłam się swetrem, przygładziłam potargane włosy, wzięłam głęboki oddech i otworzyłam.

No nareszcie! Ile można pukać?

– A pan co? Sheldon Cooper? – spytałam, machając widelcem.

Kawałek śledzia pacnął pseudo Mikołaja prosto w sztuczną brodę. Mikołaj przewrócił oczami, wyglądał, jakby powoli tracił cierpliwość. Otoczony oliwą śledź stoczył się niespiesznie po jego czerwonym kubraczku.

– Wpuści mnie pani w końcu, bo trochę mi ciężko? – sapnął, stawiając na podłodze ciężki wór, który dotychczas miał przewieszony przez ramię.

– Ale ja pana nie znam! – odpowiedziałam hardo.

– Jestem Mróz. Mikołaj Mróz – przedstawił się.

– Tjaaa, a ja twoją przełożoną z MI6 – parsknęłam.

– Matko jedyna… – westchnął Mikołaj Mróz.

– Dobra, wchodź pan, w końcu Wigilia, należy ugościć strudzonego wędrowca – otworzyłam szeroko drzwi.

Wszedł, ciągnąc za sobą wór i aromat smażonego karpia.

Usiedliśmy przy stole. Pomna tego, że właśnie wpuściłam do domu obcego człowieka, kurczowo ściskałam widelec. Tymczasem Mikołaj drapał się niepewnie po wypchanym gazetami brzuchu i rozglądał po pokoju. Pozbawiona ozdób choinka połyskiwała lampkami z komody. W telewizji, zamiast kolęd, pomrukiwał cicho film (czy filmy mogą mruczeć?), chyba „W krzywym zwierciadle: Witaj, Święty Mikołaju”. To krzywe zwierciadło uznałam za omen.

– Dlaczego nie świętuje pani Wigilii? – spytał, a ja dopiero teraz zauważyłam, jak młody i miły miał głos.

– Tak wyszło – wzruszyłam ramionami, starając się nie myśleć o tym, że mam na sobie piżamę i sweter umazany czekoladą z pierniczków.

– Bardzo źle. Święta Bożego Narodzenia należy spędzać z rodziną, cieszyć się obecnością najbliższych, dać coś z siebie, mimo że nie lubi się biegać po sklepach i wydawać kasy na prezenty – pouczył mnie.

– Dyrdymały – prychnęłam, choć zrobiło mi się przykro, bo przecież w tym roku nikt nie wydał nawet złotówki na prezent dla mnie. Nie będę nawet dziewczynką z zapałkami.

I co pani znajdzie pod choinką?

Hmm, co najwyżej kurz, pomyślałam. Sąsiedzi znowu zabrali się za śpiewanie kolęd, tym razem w towarzystwie braci Golec. Sąsiedzi z piętra wyżej, tak dla odmiany, podkręcili na full Michaela Buble i jego „Christmas”. Mikołaj spojrzał w sufit. Jego usta poruszały się, zgadłam więc, że coś do mnie mówił. Przysunęłam krzesło, żeby Mikołaj Mróz mógł wykrzyczeć swoje świąteczne przesłanie prosto do mojego ucha. Nie oddychałam, nie chciałam zawiać go aromatem śledzi z cebulą.

– Nikt nie powinien być w święta sam. Dlatego przyniosłem pani przyjaciół. Wielu, wielu przyjaciół. Może chociaż to osłodzi pani te nierodzinne święta. A proszę mi uwierzyć, umiem spełniać marzenia, bo robię to od lat. Uszczęśliwiłem już setki tysięcy ludzi. Ktoś mi kiedyś powiedział, że moje nazwisko jest wypowiadane średnio co minutę – uśmiechnął się zza brody.

– Szczególnie zimą – powiedziałam, choć miałam nadzieję, że nie usłyszał.

– A cóż to za przyjaciele? – huknęłam, przekrzykując Michaela Buble.

– Najlepsi. Zostaną z panią na zawsze – odparł.

Rozsupłał sznurek i zaczął wyciągać na stół…

https://www.flickr.com/photos/134467012@N05/18753399404/ https://www.flickr.com/photos/134467012@N05/18753399404/%5B/caption%5D

…książki!

Piętnaście minut później ocknęłam się na podłodze, a przerażony Mikołaj Mróz o młodych oczach trzaskał mnie czerwoną rękawiczką po twarzy.

– Dlaczego nie powiedział pan, że pan to pan? – spytałam z pretensją.

– Nie uwierzyłaby pani, prawda? – spytał. Wyczułam w jego głosie ulgę.

– Panie Remigiuszu, wiem, że jest pan tylko projekcją mojego zmęczonego umysłu.

– Dzisiaj Wigilia – przypomniał mi. – Działa magia świąt. Niech pani nigdy nie przestanie wierzyć w cuda, bo one naprawdę się zdarzają. A święty Mikołaj, jak widać, istnieje.

– Ale ja jestem za stara na marzenia – westchnęłam.

Spojrzał na mnie tak, jakby miał pacnąć mnie w nos książką. Wolałam już się nie odzywać. Święty Remigiusz „Mikołaj” Mróz podał mi rękę, żebym zeskrobała się z podłogi, uchylił czapy i poszedł, zostawiając mnie sam na sam z nowymi przyjaciółmi.

Czyżbym umarła i poszła do książkowego nieba?

Na stole piętrzyły się pachnące świeżością i drukarską farbą książki. Kilka równych, przepięknych stosików. Czego tam nie było! Cała pentalogia z Wiktorem Forstem, trylogia z Wysp Owczych (o radości, iskro bogów, tego jeszcze nie czytałam!), seria z Joanną Chyłką, „Hashtag”, „Behawiorysta” (mam już w swojej biblioteczce, ale co z tego?), „Czerwona Madonna”, „Nieodnaleziona”, trylogia „Parebellum” (tak, tak, tak!), „W cieniu prawa”, „Wieża milczenia”. Byłam bliska ekstazy i omdlenia, jednocześnie zastanawiając się, czy można się tak upić śledziami z cebulką, żeby mieć aż takie omamy.

Święty Mikołaj Mróz miał rację. Ta kiepsko zapowiadająca się, a do tego samotna i bardzo smutna Wigilia, nagle zamieniła się w prawdziwe bachanalia radości. To bardzo, bardzo dobrze, że jesteś święty Mikołaju, z tym swoim nazwiskiem wypowiadanym średnio co minutę.

Wesołych Świąt!

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes
shares