Inga. Strefy zakazane” to powieść dziennikarza i redaktora, wielbiciela thrillerów i prowincji – Oskara Salwy. Bardzo żałuję, że autor tak skrzętnie chroni swoją prywatność, ponieważ chciałabym poznać kogoś, komu wpadł do głowy pomysł napisania „Ingi”. Niestety muszę obejść się smakiem i zamiast z człowiekiem, skonfrontować powyższą książkę z własnym gustem czytelniczym.

Mój gust jest dzwonkiem alarmowym.

Podpowiada, zazwyczaj po przeczytaniu dwóch, trzech rozdziałów, czy warto wsiąkać w lekturę dalej, czy w zniesmaczeniu odłożyć ją na półkę do przeczytania kiedyś tam, w wielkim „Nigdy”. Uwielbiam thrillery, kryminały, teorie spiskowe i historie mrożące krew w żyłach. Kiedy sięgnęłam po powieść Oskara Salwy, nastawiłam się na epicką literacką ucztę. Takie czytelnicze bachanalia, po których długo nie dojdę do siebie, powalona przez fabułę i cudownie skonstruowanych głównych bohaterów. Skoro za bachanalia – w tym przypadku – mogę uznać szał czytelniczych uniesień, to spotkało mnie lekkie rozczarowanie.

Ach ta Inga…

Po dwóch rozdziałach nie byłam pewna, czy chcę czytać dalej. Dla mnie nieludzkim okrucieństwem jest czytanie o przygodach kogoś, kogo trudno jest obdarzyć sympatią. Autor główną bohaterką uczynił Ingę, kobietę papierową i dość nijaką, którą kierowały nie do końca dla mnie zrozumiałe pobudki. Ale dobrze, skoro ideologia „flower power, wolna miłość” może być kołem napędowym, niechaj autorowi będzie. Oskar Salwa naszkicował (bo nie namalował, niestety) portret kobiety u progu czterdziestki, która mimo młodzieńczego wyglądu, w środku jest już przejrzałym jabłuszkiem. Rozczarowana życiem u boku bajecznie bogatego, starszego od niej męża – architekta, ale dobrze osadzona w finansowej wygodzie, przyjeżdża ze Szwajcarii na polską prowincję. Do miejsca, w którym przysłowiowe chodniki są zwijane na noc, a psy szczekają, powiedzmy, że drugim końcem. Fakt, że jest zamężna nie przeszkodził jej w przygarnięciu do łóżka młodziutkiego alterglobalisty o ksywce Johnny. Bo czemu nie? Skoro mąż ma kochanki, a ona swoje potrzeby? Nie polubiłam Ingi, i nawet nie jest mi z tego powodu przykro.

Ale przejdźmy do konkretów.

Pewnej listopadowej nocy Inga przyjeżdża do Gutów, zapyziałego miejsca pośrodku niczego. W tym samym czasie wojska NATO rozlokowują się w bazie, schedzie po sowieckim wojsku. Gdyby nie śmierć ojca, byłego sportowca Macieja Krychowiaka i konieczność uporządkowania po nim spraw, noga Ingi zapewne w Gutach nie stanęłaby nigdy. Z jej wspomnień można wywnioskować, że nie miała z tatą dobrych, a właściwie żadnych kontaktów od niemal dwóch dekad, że był to taki ojciec – fantom. Wyżej wymieniony alterglobalista Johnny, mrukliwy sąsiad Robert wraz ze schorowaną matką, która dobrze znała ojca Ingi, jankesi z bazy NATO, mecenas Raszewski i niejaka Malina o bujnych kształtach tworzą nawet dość ciekawą galerię drugoplanowych postaci. Odwieczne swędzenie w kroku owocuje kolejnym romansem Ingi, tym razem z hebanowoskórym specem od PR amerykańskiej armii. Nie chcę spoilerować, ale wprowadza Ingę w świat specyficznych uciech seksualnych; to tak na marginesie. Od początku wiadomo, że milczący Robert objawi się jako sprzymierzeniec Ingi, zaś płyta CD wręczona kobiecie przez matkę Roberta, będzie zawierała mrożące krew w żyłach informacje.

Przewidywalna czy ciekawa?

Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Ciężko mi było rozeznać się w tej małej ambiwalencji. Bo powieść Oskara Salwy z jednej strony ma ogromny, acz niewykorzystany potencjał i gdyby lepiej rozkręcić fabułę, to z tej książki zrobiłaby się podręcznikowa petarda. Pomysł był doskonały – tajemnicze działania amerykańskich wojsk na terenie postsowieckiej bazy, a to wszystko umiejscowione w miasteczku, które nigdy nie pojawi się na pierwszych stronach gazet. Jeszcze lepszym pomysłem był równie zagadkowy bunkier 04 i doniesienia o UFO. Jak wspomniałam, kocham teorie spiskowe, „Starożytnych kosmitów” mogłabym zjadać na śniadanie, i dlatego czuję niedosyt okraszony rozczarowaniem, ponieważ w książce było tego zdecydowanie za mało!

Plusy: naprawdę doskonały pomysł na powieść i bardzo dobrze skonstruowana postać Roberta, z pozoru chronicznie nieuprzejmego typa. To chyba jedyny bohater, który w tej książce żyje.

Minusy: letnia temperatura fabuły (szkoda, wielka szkoda!). Inga, do której niestety nie można poczuć sympatii. Nie do końca potrzebne i uzasadnione sceny seksu, oraz – co bardzo mi przeszkadzało – przedziwny, zmanieryzowany szyk wyrazów w zdaniu: Błażej lichy palec do góry wzniosła na znak, że desery jeść można.

Jestem przekonana, że…

…powieść Oskara Salwy zyska zarówno rzesze zwolenników i przeciwników, bo nie jest jednowymiarowa. Ciężko ją skatalogować; jest zbyt mdła jak na thriller, zbyt ostra jak na romans z nutką eskapizmu (uwaga, jednak będzie spoiler – lateksowe wdzianka, klub dla swingersów), za to niezła w roli obyczajowej. Pomijając minusy, nadal jestem ciekawa, czym w przyszłości może mnie autor zaskoczyć. Może w kolejnej książce obsadzi takiego Roberta w roli głównego bohatera? Chciałabym, bo autor swobodnie, acz czasami nazbyt swawolnie operuje językiem. Gdyby jeszcze zechciał popracować nad konstrukcją zdań, byłoby cudownie.

Dziękuję Wydawnictwu LIRA za możliwość przeczytania książki.

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here