Autor: pieceofroses

Koszmar Morfeusza to podwójne życie, które został zmuszony prowadzić architekt Adam McKey. Czuły Adam zamienia się w bezwzględnego Morfeusza, kiedy pracuje dla organizacji kierującej się równie wynaturzonymi zasadami – testuje kobiety, które finalnie mają służyć ku uciesze i rozpuście biznesmenów i ludzi ze świecznika, aby realizować ich najmroczniejsze erotyczne fantazje.

Kiedy biorę do ręki nową książkę, zawsze czuję ogromną ekscytację. Rozsiadam się wygodnie w fotelu, obok obowiązkowo stawiam kubek z kawą i zaczynam czytać. Kocham książki, dlatego z szacunku dla nich urządzam taki minirytuał – niestety niektóre powieści nie odwzajemniają mojej  miłości. Jest mi ogromnie przykro, że Koszmar Morfeusza należy do tej kategorii.

Nie lubię krytykować i staram się ważyć słowa, kiedy muszę napisać coś negatywnego o książce, którą właśnie przeczytałam. Jest mi przykro i tym razem, bo wiem, ile serca i energii w pisanie wkłada autor, ile emocji kosztuje go wydanie swojego dzieła na świat – ten proces można chyba porównać do porodu. Krew, pot, ból, łzy a na końcu oszałamiające szczęście.

Niestety Koszmar Morfeusza stał się moim prywatnym koszmarem czytelniczym.

Nie miałam (nie)przyjemności przeczytania pierwszej części (Sny Morfeusza), ale po lekturze Koszmaru Morfeusza wiem na pewno, że w nosie mam to, o czym Morfeusz śnił. Tak oto trafiłam w sam środek historii Cassandry i Adama. Rozerotyzowana relacja między młodą Cassandrą a jej szefem Adamem stanowi clue powieści.

Ale ejże, przecież to erotyk!

Nie przeczę, że rozbudowanych scen seksu – i to nie tylko między tym dwojgiem – jest mnóstwo, ale co najmniej połowa z nich budzi niesmak nawet nie przez wzgląd na wulgaryzm opisów, ale pospolitą monotonię. Główna bohaterka jest chyba nimfomanką, bo za każdym razem na widok Adama przeszywa ją dreszcz i natychmiast robi się wilgotna i gotowa. Autorka nazywa to nie tylko pożądaniem, ale nawet miłością. Chapeau bas! Według mnie Cassandra jest po prostu puszczalska, a opisy jej wyrzutów sumienia, kiedy samą siebie określa mianem dziwki, sprawiają, że czytelniczka ma ochotę walić głową w ścianę. A Adam? Czuły barbarzyńca, który z jednej strony potrafi opiekować się swoją wybranką podczas choroby niczym wprawiona w bojach pielęgniarka, jak za dotknięciem magicznej różdżki zamienia się w zimnego brutala.

Cassandra Givens jest postacią papierową. Nie ma w niej za grosz życia, oprócz tych momentów, kiedy spółkuje z Adamem, rzecz jasna.

Dziewczyna albo kocha się z nim, albo pieprzy z mięśniakiem Anthonym, albo próbuje odrzucać zaloty niejakiego Erosa. Kiedy tego nie robi, to choruje, płacze, udaje, że uczy się gotowania, płacze, zakłada wyzywające kiecki eksponujące jej posągowe kształty, które robią piorunujące wrażenie na facetach, albo… płacze. Czy muszę dodawać, że jak na kobietę przed trzydziestką jest irytująco infantylna? Choć nie, jest po prostu oszałamiająco głupia. Nie mogę zrozumieć (bo może to ja jestem głupia), dlaczego kobieta, która twierdzi, że kocha mężczyznę ponad życie, nie widzi przeciwwskazań do oddawania swojego ciała innym? Bo ostre rżnięcie było właśnie tym, czego potrzebowała, żeby zagłuszyć frustrację i złość na Adama, który znowu potraktował ją tak, jak nie powinien? A mnie się wydawało, że jeśli kogoś kocha się tak bardzo, to nie szuka się chwilowej ulgi w ramionach obcego faceta. Cassandry niestety nie da się polubić; chyba właśnie za tę jej odpychającą głupotę.

Seks seksem poganiany.

Nie myślę trzeźwo, gdy Adam całuje mnie w ten sposób, gdy wsuwa mi dłoń w majtki i zaczyna pieścić, gdy rozpina swój rozporek, a ten specyficzny dźwięk niemal przyprawia mnie o spazmatyczne dreszcze.

– Och, Adamie… – jęczę, bo nawet nie zdejmuje mi majtek, tylko lekko odsuwa je na bok i odwracając mnie tyłem do siebie, gładzi moje pośladki.

Ocieram się o niego prowokacyjnie, choć wcale nie muszę go zachęcać. Adam chwyta w dłoń swojego penisa i wchodzi we mnie rozkosznie powoli, podczas gdy jego druga ręka ściska przez koszulę moje piersi. Jest spragniony i gorący.

– Oszalałbym bez tego – szepcze mi wprost do ucha i zastyga, będąc głęboko we mnie.

W klubie Mirrors w Miami mają miejsce sceny dantejskie. Adam/Morfeusz jest testerem dziewczyn wyłuskiwanych z tłumu, a testuje je w najgorszy dla kobiety sposób.

Nie można nazwać tego stosunkiem seksualnym, ponieważ dziewczyny są najzwyczajniej  w świecie gwałcone! Uzależniony od Głównych, Morfeusz musi spełniać ich polecenia i nie waha się nawet, kiedy wyjątkowo zdemoralizowany Eros każe mu brutalnie wychędożyć Cassandrę na oczach innych członków tej mafijnej organizacji. Nie znoszę Adama, bo w kluczowym momencie nie zachował się jak facet i nie uchronił swojej kobiety przed upokorzeniem; okazał się trzęsącym się ze strachu cieniasem. Ale moment, przecież zrobił to dla dobra Cass – gdyby jej nie zerżnął, oboje mogliby stracić życie. To bardzo rycerskie, prawda? Próbowałam wycisnąć z siebie choć odrobinę współczucia, ale jedynie co ze mnie wyszło, to potężne ziewnięcie.

Postacią, która wzbudziła moją sympatię, był ciężko chory na białaczkę przyjaciel Cassandry, Tommy.

Wątek Tommy’ego był jedyną łyżką miodu w tej beczce dziegciu i dobrze się stało, że ten słodki chłopak zaistniał w fabule powieści. Historia opowiedziana przez K.N. Haner ma ogromny potencjał; bulwersujące wykorzystanie kobiet jako seksualnych zabawek niewyżytych facetów, okrutne zasady „rekrutacji” świeżych wagin, aż w końcu dylematy moralne Adama – niestety w książce mało rozbudowane, a mogły stanowić wspaniały kontrapunkt, być światłem dla mroku wydarzeń. Może nie utyskiwałabym tak bardzo, gdyby główna bohaterka nie była tak nijaka i pusta, a naprawdę ciężko mi przejść nad tym do porządku dziennego. Niby podejmowała starania, aby wyrwać ukochanego z macek mafijnej ośmiornicy, tylko dlaczego z gołym tyłkiem? Czyżby zabrakło jej sprytu, żeby z facetami żyjącymi z płatnego seksu, zagrać inaczej niż… seksem?

Po lekturze Koszmaru Morfeusza zostały mi tylko niesmak i rozczarowanie.

 

Pod pseudonimem K. N. Haner (ur. 1988) kryje się polska autorka. Haner jest autorką dwóch serii: Mafijna miłość i Miłość w rytmie rocka.

5.00 avg. rating (99% score) - 1 vote

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here