To, że książki mają swój urok, wiadomo nie od dzisiaj.

Wiele z nich przekazuje czytelnikowi ciekawe treści, pobudza wyobraźnię, rozładowuje napięcie. Czasem nie ma lepszego sposobu na spędzenie wolnego czasu, jak pogrążenie się w lekturze. Te dzieła zwarte są podstawą do wielu dalszych kwestii – prac naukowych, recenzji, felietonów, a nawet – filmów. My skupimy się dzisiaj na pewnym duecie… jakim? Bez pierwszego jego elementu nie byłoby drugiego, natomiast drugi nagina czasem pierwszy. Jesteście ciekawi, o co mi chodzi i czemu posługuję się takimi zagadkami? Zapraszam do lektury!

Bardzo często mam tak, że lubię obejrzeć ekranizację książki, którą przeczytałam.

Jest to dla mnie piękne dopełnienie całości dzieła literackiego, które ma w sobie mnóstwo zalet i potrafi rozwinąć osobowość, empatię, podejście do życia. Ile razy chcieliście zobaczyć Waszego ulubionego bohatera, naocznie przekonać się, że Wasze wyobrażenie o nim nie odbiega za bardzo od tego, jak powinien wyglądać? Lub – wręcz przeciwnie – uważaliście, że aktor, odgrywający jego rolę kompletnie nie pasuje do postaci wykreowanej przez autora książki? I tutaj dochodzimy do momentu, w którym opiszę Wam wyżej wspomnianą parę – książkę i jej ekranizację. Gotowi? Czas start!

Postanowiłam przedstawić tutaj, zgodnie z zasadą kontrastu, dwa duety.

Pierwszy – pozytywny, to moim zdaniem udane połączenie pracy autora i reżyserów późniejszych filmów, a kolejny – totalna porażka, która zawiodła kompletnie. Nie pytajcie mnie, jakimi kryteriami się posłużyłam. Myślę, że to przede wszystkim intuicja i pewnego rodzaju wyobrażenie połączone z nadzieją na to, że będę mogła „poznać” bohaterów i ich zobaczyć nie tylko za pomocą imaginacji. Po prostu poznajcie moje subiektywne odczucia i wnioski, które udało mi się wysnuć w tak zwanym międzyczasie i które już od dawna kiełkowały w mojej głowie.

Myśląc o książce i jej ekranizacji, MUSZĘ wspomnieć i wziąć na warsztat mojego ukochanego Harry’ego Pottera, którego przygody towarzyszą mi od najmłodszych lat.

To seria stworzona przez Rowling, której nikomu z Was pewnie nie trzeba przedstawiać. Przygody małego czarodzieja nie tylko cudownie się czyta i „pochłania” w jeden wieczór, ale również niesamowicie przyjemnie ogląda. Produkcja filmów (było ich 8, o jeden więcej niż książkowych części) wyprodukował David Heyman, natomiast wytwórnia, która przyczyniła się do tego projektu to Warner Bros. Nie jestem pewna, ile razy wracałam do czytania i oglądania perypetii Pottera. Za każdym razem bawię się świetnie! Bohater tytułowy jest dokładnie tak zaprezentowany w filmie, jak zawsze wyobrażałam go sobie, gdy czytałam książkę. Tak samo zresztą Hermiona i Ron. Całość plasuje się na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o mój osobisty ranking. Uważam, że cały zespół – zarówno redakcyjny, jak i filmowy – odwalił kawał dobrej roboty.

Ale, żeby nie było tak kolorowo, czas przejść do produkcji, której nie mogę przeżyć.

Za każdym razem odczuwam smutek i rozgoryczenie, że całość nie przedstawia się tak, jak chciałabym, aby wyglądała. Myślę tutaj o jednej książce i (aż!) trzech filmach, które miały być jej ekranizacją. Domyślacie się już, że chodzi o powieść „Hobbit, czyli tam i z powrotem” Tolkiena, również sławnego autora, którego dzieła cieszą się popularnością. Będąc już w gimnazjum poznałam postać Bilba Bagginsa i jego niesamowite wędrówki połączone z wykonaniem pewnej misji. Przyznam szczerze, że nie byłam do niego przekonana od samego początku, do niektórych wątków musiałam chyba po prostu dojrzeć. W związku z tym na filmy czekałam z niecierpliwością. Jakże wielkie było moje rozczarowanie, gdy po pierwszej godzinie którejkolwiek produkcji nie mogłam wysiedzieć w miejscu! Co więcej, bohaterów wyobrażałam sobie zupełnie inaczej, w związku z czym, pojawiło się we mnie uczucie smutku, że nie jest tak, jak chciałabym, żeby było.

Kompletnie nie rozumiem, po co jedną książkę rozdzielać na trzy produkcje filmowe.

Podejrzewam, że gdyby zrobić mniej części ekranizacji, nie ciągnęłoby się to wszystko jak flaki z olejem. Każda z nich jest przeokropnie długa, jednak nie uważam, żeby była to wada dobrej ekranizacji. Wspomniane przeze mnie wcześniej części Harry’ego też do krótkich nie należą, a widz kompletnie nie odczuwa upływającego czasu, potrafiłabym obejrzeć kilka filmów pod rząd i nie usnąć nawet na sekundę. Z Hobbitem było już trochę inaczej Nie jestem znawcą fantasy, ale na szczęście mam prawo do własnego zdania i stwierdzam bezsprzecznie, że nie trafiłam jeszcze w swoim życiu na nudniejszy film. Nie wiem od czego to zależy, że niektóre produkcje trafiają w moje gusta tak po prostu, a inne są skazane na porażkę, nie zmienia to jednak faktu, że między tymi duetami jest – moim zdaniem – ogromny kontrast.

Jakie cechy powinna mieć dobra ekranizacja?

Myślę, że na to pytanie bardzo ciężko znaleźć jednoznaczną odpowiedź, bo, jak powszechnie wiadomo, gusta są różne i na ten temat nie powinno się długo dyskutować. Uważam jednak, że nie wolno przesadzać ze szczegółami przedstawionymi na wielkim ekranie, bowiem to ma być adaptacja, a nie całkowite odzwierciedlenie. Nie zapominajmy, że cała kwintesencja jest zawarta w książkach, które przecież były pierwsze i to od nich wszystko się zaczęło. Osobiście jestem za tym, żeby najpierw poświęcić czas na lekturę, a potem na obejrzenie odpowiedniego filmu. Odwrotna kolejność jakoś mi nie leży, wolę najpierw dać upust wyobraźni i emocjom towarzyszącym przerzucaniu kartek w powieści, a dopiero później rozsiąść się wygodnie i zobaczyć całą historię dzięki ekranizacji. Są takie, które naprawdę okazały się być strzałem w dziesiątkę i uwierzcie mi, mogłabym o nich rozprawiać godzinami. Przyznam szczerze, że na tę chwilę jest chyba więcej takich, które oceniam pozytywnie, a nie negatywnie.

Autorów książek wszelakich, dzięki którym rynek filmowy może się rozwijać, szanuję bardzo mocno.

Myślę, że wykonują kawał dobrej roboty, która jest potem pożywką dla innych twórców. Stworzenie dobrej adaptacji, to też ogromna sztuka, niestety nie udaje się to każdemu.

Po co te rozważania? Otóż, moi Kochani, chciałam zwrócić uwagę na to, jak wiele zależy od współpracy pisarzy z wydawcami, reżyserami i odwrotnie, ale również wspomnieć o tym, że książka i ekranizacja to ekipa, drużyna, która dopiero razem tworzy nierozerwalną całość. Nie można oceniać oddzielnie elementów, bo moim zdaniem wiedza jest wtedy niekompletna. Najważniejsze to znaleźć złoty środek i przede wszystkim – dać najpierw szansę powieściom, które, nie zapominajmy, są prototypem późniejszych działań filmowców. Dlatego uczulam, czytajcie i oglądajcie, ale kolejności nie zmieniajcie! No, chyba że mówimy o „Stowarzyszeniu umarłych poetów”, ale to już inna kwestia, o której spokojnie mógłby powstać nowy artykuł…

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here