Uczciłam minutą ciszy filmową adaptację „Gry Geralda”. Cisza była wskazana, bo czasami szkoda tracić słów, nawet takich, które niosą ulgę we frustracji, na skomentowanie tego, co reżyser i scenarzysta zrobili z doskonałą powieścią. Doszłam do wniosku, że doprawdy trzeba być wrażliwym wirtuozem, aby przenieść na ekran drgania emocjonalnych strun, które w swojej książce poruszył Stephen King. Pamiętać należy, że król horrorów jest także, a może przede wszystkim fenomenalnym znawcą kobiecych dusz i gdybym obejrzała „Grę Geralda” nie znając jej literackiego pierwowzoru, niechybnie wydedukowałabym, że skoro film był zaledwie opowieścią z dreszczykiem, książka również nie jest wiele warta.
Dawno już doszłam do przekonania, że nie ma nic bardziej cennego niż więź autora z czytelnikiem, niż mimowolne poddanie krętych ścieżek wyobraźni jego władzy, niż nasza zgoda na jego kierowanie iluzją. To nasza imaginacja przerabia teksty na obrazy ożywające w głowie, to dzięki temu ulubieni bohaterowie książek mają rysy naszych przyjaciół, gestykulują jak nasze ciotki, wybuchają śmiechem, który już po stokroć słyszeliśmy z ust naszych dzieci – stają się bliscy jak członkowie rodziny. Książki dodają postaciom indywidualne cechy, z których niejedna adaptacja filmowa niezdarnie je obdarła. Gdybyż jeszcze scenarzyści nie traktowali widzów jak potencjalnych idiotów, którym wszystko trzeba podawać jak na tacy, naginając narrację według swojego „widzimisię”, wówczas dane by nam było oglądać wspaniałe filmy nakręcone ze starannością na podstawie doskonałych książek.
Stephen King na kartach swojej powieści po mistrzowsku dozuje napięcie i tak żongluje retrospekcjami, że „Grę Geralda” można pochłonąć w jedno krótkie popołudnie; niestety film był jednym wielkim rozczarowaniem. Podobnie było z kobiecą Biblią lat dziewięćdziesiątych, „Dziennikiem Bridget Jones”, którą reżyser przekształcił w zgrabną komedyjkę, tak naprawdę niewiele mówiącą o życiu i rozterkach ówczesnych singli. Zabrakło niuansów, w miejsce niedomówień wkradły się oczywistości, aby film uczynić dla widza bardziej strawnym. Wyższość literatury nad kinem w moim mniemaniu jest bezdyskusyjna, bo nie dość, że zostawia szerokie pole dla wyobraźni czytelnika, to jeszcze utkana jest z tego, co doczytać można między akapitami.
Aby jednak oddać sprawiedliwość filmowym produkcjom, chylę czoła przed Peterem Jacksonem, który z trylogii „Władcy Pierścieni” uczynił majstersztyk i jest to chyba jedna z niewielu pozycji przewyższająca magią swój literacki oryginał. Znam grono osób, które pomstowało na „Wiedźmina”, ja zaś muszę przyznać, że podczas seansu „Quo Vadis” sama dostałam kilku mikro zawałów, a poziom mojego oburzenia na Hoffmana podniósł się niebezpiecznie jak woda w rzece podczas wiosennych roztopów. Sienkiewicz przewróciłby się w grobie, patrząc na Ligię, która bardziej przypominała kawał nie do końca ożywionego drewna i przesłodzonego Marka Winicjusza z miną zatroskanego amanta. Mówię stanowcze „nie” takim adaptacjom i czuję się obrażona wszystkimi filmami dalekimi od pierwowzorów. Czy ktoś, kto nigdy nie czytał „Ogniem i mieczem” domyśliłby się, że Helena była hożą, czarnowłosą dziewoją, a Rzędzian młodzieńcem, a nie paniczem na progu czterdziestki? Panie Hoffman i spece od castingu – idźcie do diabła!
Muszę przyznać, że na niektóre filmy się nie obrażam. Doskonale sfilmowane „Skazani na Shawshank”, „Zielona mila”, „Dolores Claiborne”, „Misery”, „Poradnik pozytywnego myślenia”, „Podróż na sto stóp”, „Godziny”, „Kod Leonarda da Vinci”, „Milczenie owiec”, „Dziewczyna z tatuażem” czy „Atlas chmur” nie dość, że ukontentowały mnie jako czytelnika, to nie obraziły drzemiącego we mnie kinomana, za co jestem niezmiernie wdzięczna ich twórcom.
Na przeciwległym biegunie leży koszmarek nakręcony przez Telewizję Polską – „Dom nad rozlewiskiem”. Nie rozumiem jak z tej cudownej, ciepłej, zaczarowanej i przepięknie napisanej powieści można było uczynić mdłe, nijakie coś, nafaszerowane lokowaniem produktu jak ciasto rodzynkami (jakby ktoś nie zauważył – pewna marka samochodu, laptopów i kawy)? Jak można było mieć tak olewczy stosunek do wielbicieli Kalicińskiej i do niej samej, wpychając widzom już nawet nie serial, ale nudny blok reklamowy? W tym przypadku, tak jak miało to miejsce z „Grą Geralda”, gdybym nie znała książki przed obejrzeniem tego wątpliwej jakości dzieła, to już nigdy nie sięgnęłabym po nią, będąc filmem ekstremalnie zniechęcona.
Twierdzę i nigdy zdania nie zmienię, że to przede wszystkim książkom należy dać szansę, że to książki trzeba poznać w pierwszej kolejności, aby móc przekonać się, czy reżyser i scenarzysta nie sprzeniewierzyli się chałturze i nie oddali czci bogowi mamony, zatrudniając aktorów zupełnie nie pasujących do przydzielonych im ról. Pamiętajmy, że opublikowana powieść, to dzieło kompletne, doskonałe i dokładnie takie, jakie powinno być (pomijając niechlubne wyjątki tak kiepskie w narracji i źle napisane, że jedyne, co można z nimi zrobić, to z furią cisnąć o ścianę). Załóżmy zatem, że autor pisze powieść perfekcyjną z szacunku dla swoich czytelników; to czysta symbioza. Trzymamy ją w ręku i wiemy, że nie będzie inna; ani lepsza, ani gorsza, tylko dokładnie taka, jaka jest. A film? Może inny twórca zrobiłby z „Gry Geralda” majstersztyk kradnący kawałek duszy, może inny scenarzysta uczyniłby z „Harrego Pottera” serial science fiction z marginalnymi elementami magii albo młodzieżowy hit o nastoletniej miłości Rona do Hermiony? Kto wie?
My, czytelnicy, wiemy. Nie damy się oszukać.

 

Magda Czmochowska

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here