Daria Shevtsova3

Są takie książki, które dzielą nasze życie na przed lekturą i po lekturze. Przewracające nasze wyobrażenie o świecie do góry nogami, zmieniające nasz sposób postrzegania ważkich problemów, wyciskające swe piętno w naszym umyśle i duszy.

Niektóre z nich poznajemy na bardzo wczesnym etapie życia – często jest to jakaś bajka, baśń, komiks, które przeczytane raz lub dwa pamiętamy niemal słowo w słowo aż do późnej starości. Po niektóre sięgamy wielokrotnie, na różnych etapach swojego rozwoju, i za każdym razem wyczytujemy z nich inną historię.

Gdy byłam małą dziewczynką, przez zupełny przypadek trafiłam na serial o czworgu dzieci, które w czasie wojny wyjeżdżają do wiejskiego domku. Tam odkrywają starą szafę, będącą przejściem do bajkowego świata Narnii. Aslan, dumny i budzący grozę, lecz dobry, mądry i… miłosierny (tak, ten epitet najbardziej do Niego pasuje) Lew pojawia się, gdy jest najbardziej potrzebny.

Był to czas rekolekcji wielkopostnych, a ja w kościele modliłam się do Aslana. Śniłam o Nim, kochałam Go. Miałam siedem lat. Nie przeszkadzało mi, że nie jest człowiekiem. Serial się skończył, a ja czułam niedosyt. Zaczęłam pierwsze biblioteczne poszukiwania i… znalazłam! Opowieści z Narnii C.S. Lewisa przeczytałam z wypiekami na polikach: od Lwa, czarownicy i starej szafy po Ostatnią bitwę. Wielokrotnie wracałam do tych opowiadań, aż dorosłam na tyle, żeby zacząć dostrzegać podobieństwa między tą historią a Pismem Świętym. Dotarło do mnie, że moja dziecięca intuicja słusznie podpowiadała, że Aslan wart był całego mojego serca.

A kiedy to powiedział, przestał wyglądać jak Lew, lecz to, co się zaczęło dziać później, jest tak wielkie i piękne, że nie mogę o tym pisać. Dla nas to koniec wszystkich opowieści i można tylko dodać, że odtąd już wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Lecz dla nich prawdziwa opowieść dopiero się zaczęła.”

Bycie nastolatkiem nie jest łatwe. W roku 2000 miałam jedenaście lat i zaczynałam powoli doświadczać trudów tego wieku. Na szczęście dokładnie w tym roku ukazało się pierwsze polskie wydanie pierwszej części przygód o Harrym Potterze.

Główny bohater, młody czarodziej, miał wtedy dokładnie tyle, ile ja, i niespodziewanie otrzymał list z Hogwartu. To zmieniło jego życie na zawsze. Jak każda nastolatka, utożsamiałam się ze swoim ulubionym książkowym bohaterem, a wiara w to, że nawet z pozoru przeciętny człowiek może być wyjątkowy i niezwykły, dodawała sił.

„– Harry… jesteś czarodziejem. – W izbie zapadło milczenie. Słychać było tylko morze i świst wiatru.

Czym jestem? – wydyszał Harry.”

Zdobycie kolejnej części przygód Harry’ego na wsi nie było łatwe. Nasza biblioteka kupowała książki z dużym opóźnieniem i aby wypożyczyć jedyny egzemplarz w gminie, trzeba było zapisać się na listę chętnych. Nauczyłam się, dlaczego warto żyć z bibliotekarzami w zgodzie i co jakiś czas przynosić im drożdżówki do kawy.

Liceum było czasem pierwszej fascynacji płcią przeciwną. Pierwszy chłopak na poważnie, pierwsze pocałunki, od których robiło się gorąco w brzuchu, pierwsze randki i złamane serca.

Dyskutowaliśmy ściszonymi głosami w czasie przerw lekcyjnych o seksie, o uwodzeniu, o fizycznych pieszczotach. W szkolnej bibliotece była jedna książką zawierająca szczegółowe opisy TYCH SCEN. Wstydziłam się iść do bibliotekarki i poprosić właśnie o tę pozycję. Przełamałam się jednak, podeszłam ze spuszczonym wzrokiem i wymamrotałam niepewnie pod nosem: „Lolitę Nabokova poproszę”.

Zaszyłam się w pokoju na kilka następnych popołudni i czerwieniąc się po same czubki uszu, czytałam, pilnując, aby przypadkiem rodzice nie zobaczyli okładki.

Natychmiast, obłędnie, niezdarnie, bezwstydnie, boleśnie zakochaliśmy się w sobie; należy dodać, że i beznadziejnie, bo tę frenetyczną żądzę posiadania dałoby się ukoić jedynie wtedy, gdybyśmy dosłownie wessali i wchłonęli nawzajem każdą cząstkę swych dusz i ciał.”

Potem książkę tę miała połowa mojej klasy.

Kiedy skończyłam liceum, powróciłam do Lolity i znalazłam w niej dużo więcej wartościowych treści niż tylko TE SCENY. Mnóstwo intertekstualnych nawiązań do innych tekstów kultury, gry słowne, ponadczasowe metafory i twórcze wykorzystanie znanych motywów literackich. Książka ta już od dawna zajmuje w mojej biblioteczce honorowe miejsce na półce obok wszystkich powieści Nabokova, którego jestem wielką fanką.

Na osiemnaste urodziny dostałam od przyjaciółki Biegnącą z wilkami Clarissy Estessy Pinkoli. Ledwo przebrnęłam przez tę ciężką lekturę, w której zebrano mity z całego świata dotyczące roli kobiety. Ale… poczułam się lepiej.

Tak, jakby moja historia była częścią większej całości, jakbym nie była sama ze swoimi lękami i niepokojami. Tak, jakby istniała jakaś pramatka, która otoczyła mnie kobiecą opieką i złożyła obietnicę, że już zawsze będzie ze mną.

I do tej książki wracałam wielokrotnie. Gdy doświadczyłam pierwszej zdrady ze strony mężczyzny, gdy to ja musiałam od kogoś odejść, mimo uczucia, które żywiłam, gdy ktoś skrytykował mój wygląd i podkopał kobiecą pewność siebie, gdy ktoś chciał mnie przebrać za słodką niunię, gdy ktoś chciał mnie UDOMOWIĆ.

Kobieta udomowiona to taka, która zagubiła gdzieś swój talent, pasję, tkwiący w niej ogień; zostawiła za sobą, zaniedbała to, co kochała, co pragnęła robić, to, kim chciała być. […] Zrezygnowała z dziecięcych marzeń, ponieważ na jej drodze pojawiła się złota kareta, obietnica łatwego życia, bogaty kochanek, dobrze płatna, choć nudna praca.”

Dzięki tej książce zrozumiałam, że w środku, pod skórą, jestem wilczycą. Potrafię być czuła i delikatna, ale nie pozwolę NIKOMU się skrzywdzić. Wilczyca walczy zaciekle w obronie tego, co kocha. Gdy zostanie zraniona, nie poddaje się, nie użala się nad sobą. Chowa się w bezpieczne miejsce, liże rany i – mądrzejsza, bogatsza o nowe doświadczenia – wraca do walki. Jest silna.

Studia. Z małej wioski, z małego miasteczka rzucono mnie w wir tramwajów, dyskotek i ludzi z nie zawsze czystymi intencjami.

Byłam naiwna. Łatwo można było mną manipulować. Moja nadwrażliwość nasiliła się nieznośnie. Lekiem okazała się książka Alessandro Baricco, pt. Ocean morze, a w zasadzie doświadczenie na własnej skórze historii głównej bohaterki Elisewin.

Krok za krokiem, aż znajdzie się przed nim. I powie:

– Nie zrobisz mi krzywdy, prawda?

Nie zrobi jej krzywdy, prawda?

– Nie.

Nie.

Wtedy

Elisewin

ujęła

w ręce

twarz

tego mężczyzny

i

pocałowała go.

Na ziemiach Cerwall nie przestaliby nigdy opowiadać tej historii. Gdyby ją tylko znali. Nie przestaliby nigdy. Każdy na swój sposób, ale każdy opowiadałby o tych dwojgu i o całej nocy spędzonej na przywracaniu sobie nawzajem życia, wargami i dłońmi, dziewczynka, która nigdy nic nie widziała, i mężczyzna, który widział zbyt dużo […].”

Po nitce do kłębka trafiłam na pozostałe powieści tego pisarza, m.in. na City.

Główny bohater, Gould, jest geniuszem. Jest nastolatkiem, ale już studiuje, ponieważ szkoda zmarnować taki mózg, taki talent. Mieszka sam. To znaczy z Poomerangiem i Dieslem – olbrzymem i niemową, których sobie wymyślił, oraz z Shatzy Shell („nic wspólnego z tym od benzyny”), która ma pełnić funkcję niani, co niezbyt jej wychodzi. Gould jest jednak nieszczęśliwy – wszyscy na niego liczą: że odkryje coś niesamowitego, że zdobędzie Nagrodę Nobla, że nigdy się nie pomyli. Ma tego dość i postanawia odejść. Rzuca studia, zostawia wszystkich, którzy na niego tak liczyli i podejmuje pracę inkasenta w publicznej toalecie (czyli tzw. dziadka klozetowego). Po raz pierwszy w życiu jest szczęśliwy:

Było ciemno i wiał lodowaty wiatr. Powietrze jednak zdawało się czyste niczym umyta szyba. Postawił kołnierz płaszcza i przeszedł przez ulicę. Diesel i Poomerang czekali na niego, oparci o kosz do śmieci.”

Tak dobrze go rozumiem. Presja bycia doskonałym. Bo tylu ludzi na ciebie liczy. Bo nie możesz ich zawieść. A co się stanie gdy się pomylisz? Ty? Ty nie masz prawa się mylić, nie wiedzieć czegoś, spóźnić się z czymś. Tak często chciałabym rzucić wszystko i zostać babcią klozetową…

Od czasu odkrycia Baricco czytam na zmianę wszystkie jego powieści – gdy skończę ostatnią, zaczynam ponownie pierwszą i tak w kółko.

Choć przeczytałam w swoim życiu mnóstwo książek i nawet czasem lepszych od wskazanych w tym artykule, właśnie tych kilka zabrałabym na bezludną wyspę. One ukształtowały w dużej mierze moją wrażliwość literacką, a echo opowiedzianych w nich historii towarzyszy mi w codzienności życia.

A Wy macie takie książki, do których notorycznie wracacie? Które z nich najmocniej wpłynęły na Wasz światopogląd, uczuciowość, podejście do innych ludzi, stosunek do samych siebie? Podzielcie się w komentarzach – z chęcią poznam Wasze książkowe historie.

5.00 avg. rating (99% score) - 1 vote

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here