Limeryki zbrodni” to przykład tego, że polski kryminał trzyma się doskonale. I to kryminał – cytuję – będący prawdziwym intelektualnym wyzwaniem. Oraz, o czym nie powinniśmy zapomnieć, błyskotliwy, dowcipny i zabójczo wciągający. Tyle tytułem wstępu, teraz czas na polemikę.

O, pan jest Polakiem?

W Belgii zostaje zamordowany osiemdziesięcioletni staruszek, Polak. Także w Belgii, a konkretnie w Brugii inny Polak, Mateusz poznaje niezwykle atrakcyjną kobietę. Urszula, jak się przedstawia, jest prawniczą z Krakowa, przebywającą w kraju Flamandów na szkoleniu unijnym. Tych dwoje natychmiast, niemalże zanim zdążą mrugnąć, wpada sobie w oko. Kilka dni później w Krakowie sąsiad odkrywa zwłoki kolejnego starszego pana, Jana Łynarskiego. Coś, co łączy obydwa morderstwa, to narzędzie zbrodni i limeryk, ale nie tylko. Urszula zna drugą ofiarę i jako prawniczka pracująca w IPN, wie doskonale kim był jej sąsiad, jak niechlubną przeszłość miał za sobą. Jednakże Łynarski, zanim wyzionął ducha po uduszeniu żyłką wędkarską, dwukrotnie spotkał się z redaktorem Kornelem Rączym, aby zainteresować go sprawą domniemanego skarbu ukrytego w kopcu Esterki. Brzmi fascynująco, prawda?

Ktoś, kto mordował Polaków, jest dla mnie kanalią

Nie róbmy tajemnicy z tego, że zarówno Jan Łynarski, jak i zamordowany w Belgii Zenon Piotrowski, byli trybikami maszyny reżimu stalinowskiego. Byli ubekami, służalczo wypełniającymi wolę przełożonych. Dlaczego jednak zginęli teraz? Jaki lep spajał ich ze sobą? Czym był? Czy chodziło o tajemnicę kopca Esterki, a może o coś zupełnie innego? Jaką rolę miała w tym do odegrania Urszula, zakochana do nieprzytomności w nowo poznanym Mateuszu? I co w tej kwestii mógł zrobić redaktor Rączy? Tyle pytań, tak mało odpowiedzi. Debiut literacki Janusza Miki niestety nie wciągnął mnie tak, jak mogły zasugerować to opisy na okładce.

Zmarnowany pomysł

To mogła być wyjątkowa i doskonała książka. Niestety nie jest ani błyskotliwa, ani tym bardziej dowcipna. Gawędziarskie zapędy autora – przyznam, że cudowne, o niemal felietonowym, pełnym polotu i ciekawostek zacięciu – zbudowały większość fabuły. A przynajmniej takie miałam wrażenie. Janusz Mika dotyka tematu, który wciąż pulsuje i nadal jest aktualny. „Limeryki zbrodni” teoretycznie (bardzo teoretycznie) mają wszelkie predyspozycje do przeistoczenia się w powieść wielką. Kto nie jest z nami, ten przeciwko nam. Towarzysze. Rozkazy idące z Moskwy. Po jednej stronie barykady Polacy – mordercy, po drugiej Polacy – walczący o niezawisłość powojennej ojczyzny. My i oni. Dobrzy, źli. Ofiary i kaci. I powracający jak bumerang czas rozliczeń, nie tylko tych etyczno – moralnych. Dlaczego uważam, że autor nie wykorzystał potencjału swojego pomysłu? Według mojej subiektywnej oceny, fabuła jest ciut chaotyczna. Jakby „Limeryki zbrodni” nie były kryminałem w pełnym tego słowa znaczeniu, acz planem na kryminał.

Wyjątkowo krótka powieść

I może właśnie tutaj jest pies pogrzebany. Książka jest zbyt krótka! Niewiele ponad dwieście stron, na których naprawdę trudno jest upchnąć wszystko to, co powinno być napisane. Debiut Janusza Miki gdzieś tam i jakoś tam pobłyskuje „Ziarnem prawdy” Zygmunta Miłoszewskiego. I o ile powieść Miłoszewskiego stawia owłosienie na całym ciele na baczność, o tyle po lekturze „Limeryków zbrodni”, odczucia mam ambiwalentne. Wątek „zemsty” na ubekach zaginął gdzieś w chaosie motywów pobocznych, jak na przykład kwestii kradzieży radia z samochodu, czy też podejrzeń związanych z zażywaniem narkotyków przez córkę redaktora Kornela. Jak dla mnie – niepotrzebnych. Brakowało mi bardzo, naprawdę bardzo, fabuły obfitującej w opowieści o skarbie w kopcu Esterki. Obfitości, podkreślam. Brakowało mi, chyba jeszcze bardziej, wnikliwych poruszających i oddających koszmar życia pod butem władzy stalinowskiej, opisów tego, jak z ludźmi poczynała sobie ówczesna wierchuszka. Momentami książka była może nawet zbyt przeintelektualizowana, w filozoficznym tonie Jerzego Pilcha. Pewnie dlatego odstawała od trzymającego w napięciu kryminału.

Łyżka miodu na koniec

Pan Janusz jest wysmakowanym gawędziarzem. Pięknie i ze swobodą używa języka polskiego. Gdyby zdecydował się na opublikowanie serii felietonów, spinając je w jedną klamrę z tytułem „Limeryki zbrodni”, czytałabym z wypiekami na twarzy. W jego książce jest jednak jakaś miła dla mózgu gładkość, która łagodzi chaos pobocznych wątków. Z przyjemnością będę śledzić literackie poczynania tego autora, o ile będą to kryminały opowiadane tak, jak robi to na przykład Bogusław Wołoszański w „Tajemnicach XX wieku”. Wierzę, że Janusz Mika potrafi bardzo zaskoczyć.

Bardzo dziękuję wydawnictwu Editio Black za możliwość przeczytania książki.

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here