Mania wytykania. Pewnie zastanawiacie się, do czego dążę. Otóż zamierzam wycelować palec w tych, którzy każdą chwilę wolnego czasu poświęcają na wytykanie błędów autorom, reżyserom, aktorom. I co gorsza, czerpią z tego satysfakcję.

Ciekawość

Tak, tak, to pierwszy stopień do piekła. Ludzka psychika jest fascynująca, ale tak pełna meandrów, jak rwąca rzeka. Przynajmniej moja. I, jak każda ciekawa sroczka, zaglądam może nie do głębin internetu, ale na jego grzeczne peryferie. Ho ho! Czego tam nie ma! Od pielęgnacji skóry począwszy, przez informacje z kręgu kultury, popkultury, szeroko pojętego lifestyle, aż po wiadomości z kraju i świata. Wiadomo, Internet. Buszując po nim, trafiłam ostatnio na artykuł, który punktował błędy reżyserskie, i na kolejny, w którym drwiono z niekonsekwencji autorów książek. Nie przytoczę tytułów, wszak nie o dolewanie oliwy do ognia chodzi. Wręcz przeciwnie, pobawię się w adwokata diabła i wezmę te sponiewierane dzieła w obronę.

Wpadki filmowe

Doszły mnie słuchy, że Emil Karewicz odtwarzający rolę Władysława Jagiełło w monumentalnych „Krzyżakach”, miał na przegubie zegarek. O matko! Zegarek! Mało tego, ktoś wnikliwy zaobserwował ten sam błąd u Gandalfa. Obejrzałam całkiem pokaźną galerię zdjęć, zapchałam sobie głowę informacjami, a potem zapytałam samą siebie: „No i po co mi to było?”. Na co przyda mi się taka wiedza, do licha? Co zmienia w ogólnej wymowie „Forresta Gumpa”, że w jednej ze scen żelazko stoi na desce do prasowania, a na drugiej leży? Gdyby nie zdjęcia z planu, mój wzrok nigdy nie wychwyciłby samolotu nad głową Brada Pitta w filmie „Troja”, ani smug na niebie pozostawionych przez samolot w „Piratach z Karaibów”. Kochani, to jeszcze nic! Autor artykułu zadał pełne pretensji pytanie: „Dlaczego Rose nie podzieliła się drzwiami?” No właśnie, dlaczego? Przecież biedny Jack zmieściłby się tam razem z nią i „Titanic” skończyłby się hollywoodzkim happy endem.

mania-wytykania-pixabay-ksiazka-szukanie-lupa-booknieci-felieton

Co strona, co coś innego

Malkontenci są od tego, żeby narzekać. Kiedy wleją wodę do szklanki i nie zrobi się menisk wypukły, będą marudzić, że jest do połowy pusta. Strasznie boję się takich narzekaczy, bo to oni pierwsi staną w kolejce do wydłubywania z pozornie doskonałego dzieła wszystkich jego usterek. Piszę „pozornie”, bo przecież doskonałość jest kwestią całkowicie umowną i odmierzać ją można wyłącznie subiektywnie. „Na stronie czterdziestej drugiej w książce X główny bohater miał na sobie fioletową czapkę, a już na czterdziestej trzeciej zieloną”. To naprawdę druzgocąca informacja. „W drugim rozdziale bohaterka jechała konno, ale w następnym przesiadła się na rower”. Kurczę… ja się pytam: Jak żyć z taką wiedzą?

Rzepy

Rzepy mają to do siebie, że wszystkiego się czepiają. Rzecz jasna,  mają do tego prawo, a jakże!

I tutaj znowu wchodzi do gry ciekawość. Założę się, że mnóstwo jest takich internautów i czytelników, jak ja. Wielbicieli literatury i sztuki filmowej, którzy nie chcą niczego więcej, poza cieszeniem się przyjemnością z lektury, czy oglądania kinowego hitu. Ale ciekawość, ta zdradziecka mała franca, każe nam zaglądać na strony, na które zdecydowanie nie powinniśmy nawet rzucać okiem. Bo na tychże stronach rzepy zaczynają rzepliwie perorować, szukając luk w fabule, tych przysłowiowych fioletowych czapek zamiast zielonych. To tam rzepy zwracają naszą uwagę na to, w jaki sposób pękł dzban w jednej z adaptacji filmowych „Harry’ego Pottera”. Dzban. Pękł. Czy to w jakikolwiek zmienia treść filmu, jego przesłanie? Czy to jest tak strasznie ważne, że w jednej scenie od dzbana odpadła ścianka, a w drugiej ów dzban rozpadł się na części? No ludzie…

Meandry na rzece

Znam siebie na tyle, żeby wiedzieć, że już nigdy nie obejrzę w spokoju ani „Titanica” (bo wiecie, te drzwi, którymi Rose nie chciała podzielić się z Jackiem), ani „Piratów z Karaibów” (smugi samolotu), czy mojego ukochanego „Harry’ego Pottera” (czasami do głosu dopuszczam wewnętrzne dziecko, a ono jest spragnione bajek), bo w konwulsyjnym napięciu będę wypatrywać błędów, które już wcześniej wyłapały Rzepy Czepliwe. Na szczęście, jeśli chodzi o książki, które przedkładam nad każdy film, zastosowałam wyparcie. Przeczytałam tyle krytycznych – z naciskiem na niezgodności w fabule, na niekonsekwencję w postępowaniu bohaterów, na te domniemane fioletowe czapki – recenzji o moich ukochanych powieściach, że zrobiło mi się przykro. A potem, rzecz jasna, wyparłam. Rozumiem, że można krytykować autora za rażące błędy, ale akurat brak konsekwencji w działaniu postaci nim nie jest. Niekonsekwencja jest ludzka, idziemy przecież tam, skąd wiatr wieje. I skoro człowiek może zmienić zdanie trzy razy w ciągu pięciu minut, to czemu odbieramy ten przywilej fikcyjnym postaciom? Wrrr, nie można tak.
mania-wytykania-pixabay-ksiazka-szukanie-lupa-booknieci-felieton

Artysta też człowiek

Wiem, ja także przeżyłam wstrząs, kiedy zdałam sobie z tego sprawę. Prawda jest taka, że można tworzyć działa wiekopomne, fenomenalne, nagradzane na przeróżnych festiwalach, przez starannie dobrane jury, czy w wyniku plebiscytu na najlepszy film, książkę, cokolwiek. Prawdą jest też także, że zaaferowany lub poganiany przez reżysera aktor, zapomni o tym upiornym zegarku na przegubie, a nieświadomy niczego pilot przeleci akurat nad planem filmowym. Autor, który tworzy wielowątkowe dzieło z dość pokaźną liczbą postaci, mimo że jest uzbrojony w konspekt i porządne notatki, także może o czymś zapomnieć. To też jest ludzkie! Nie jesteśmy robotami, prawda? Rozumiem, od tego jest wnikliwa korekta, ale czy nikomu nie przyszło do głowy, że redaktor pochłonięty wciągającą fabułą, też może przeoczyć taką pierdołę jak osławiona fioletowa czapka? Czapka, która tak naprawdę niczego nie zmienia. Jak i Gandalf nie „lata” z zegarkiem przez cały czas. Jedna scena, jedna klatka, szybkie cięcie. Naprawdę jest sens w wypatrywaniu takich błędów?

Nieidealna przyjemność

Przyznam się bez bicia: w nosie mam błędy popełniane przez twórców. Naprawdę. Kiedy nawiązuję kontakt z książką, to przestaję istnieć w realnym świecie. Tak samo, kiedy z podkulonymi nogami siedzę na fotelu i nie trafiam dłonią w torebkę z orzeszkami, bo jestem tak pochłonięta tym, co właśnie rozgrywa się na ekranie. Zmierzam do tego, że zarówno w przypadku książki jak i filmu, chodzi o magię. MA-GIĘ! Po to pisarze kreują alternatywne światy, żebyśmy mogli chodzić ślad w ślad za naszymi ukochanymi bohaterami. Wraz z nimi przeżywać pierwszy lot na miotle, czy deptanie po piętach mordercy. Po to filmowcy stwarzają wciągające hity, żebyśmy mogli choć na te dwie godziny oderwać się od wszystkiego. Przenieść do Rivendell, Hogwartu, na Karaiby, czy przejechać Bumblebee. Wyszukiwanie błędów i przedstawianie ich innym, odziera te dzieła – zarówno literackie i filmowe – z magii.

Moglibyście rzec: „A po diabła tam zaglądałaś?” Ciekawość. W tym przypadku ciekawość to upiór. Bo ja nadal chcę wierzyć, że gdzieś tam są elfy, że dzielny Gandalf broni nas przed okiem złego.

I niech nawet nosi zegarek, niech mu będzie!

5.00 avg. rating (98% score) - 1 vote

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here