„I’m dreaming of a white Christmas” śpiewa Bing Crosby, a mnie robi się tak jakoś rzewnie, ciepło na sercu.

W natłoku przygotowań przedświątecznych, nerwowego sprawdzania list zakupów („Czy aby na pewno kupiłam groszek? Wystarczy mi grzybów?”), między myciem okien a upewnianiem się, że upominki dla rodziny leżą bezpiecznie zakamuflowane w szafie, siadam otulona puchatym szlafrokiem oraz aromatem kawy z cynamonem i…

Oddaję się wspomnieniom.

Wiecie, że nigdy żaden prezent nie sprawił mi tyle radości, co książka? A dostawałam perfumy, biżuterię, bieliznę, czekoladki, fikuśne rajstopy. Perfumy zużyłam, bielizna zwiotczała, jak to bielizna, czekoladki poszły w biodra, zaś w rajstopach puściły oczka. A książki? Wciąż je mam; stoją spokojnie na półce, sięgam do nich cyklicznie, bo tęsknię za nimi jak za dawno nie widzianymi przyjaciółmi.

Pamiętam zapach choinki sprzed lat.

Pamiętam gwiazdki z kredowego papieru pieczołowicie składane przez dziadka, suto zastawiony stół i wielkie płatki śniegu miękko opadające na ulice. Pamiętam cudowną mozaikę mrozu na szybach, przez które my, dzieci, wypatrywaliśmy sań Świętego Mikołaja. Rumor w pokoju i wesoły chichot dorosłych zwiastowały górę prezentów pod choinką. Biegliśmy z kuchni jak konie wypuszczone z boksu, z oczami błyszczącymi z zaciekawienia i rękami samoistnie wyciągającymi się w kierunku schludnie zapakowanych paczuszek.

Czego tam nie było! Chińskie pachnące gumki, kredki, kolorowe długopisy i… tak, Brzechwa dzieciom z cudownymi ilustracjami Jana Marcina Szancera! Czas się dla mnie zatrzymał. Ogłuchłam na nawoływania mamy, że trzeba usiąść do świątecznej kolacji, bo chciałam zaszyć się w ciszy i czytać, czytać, czytać. Brzechwa nie rozbudził mojej miłości do książek, bo odkąd sięgam pamięcią, książki uwielbiałam od zawsze, jednak tę miłość podsycił, zamienił w nigdy niegasnące ognisko.

Podczas kolejnych świąt Bożego Narodzenia dostałam Misia Uszatka w twardej oprawie.

Och, jakże mocno zadziałały na wyobraźnię ilustracje Zbigniewa Rychlickiego! Uaktywniły moją kolejną pasję – rysowanie. Pod choinką zawsze znajdowałam prawdziwe skarby: Na jagody, Akademię Pana Kleksa, Kubusia Puchatka. Rozrywałam gorączkowo papiery, choć po kształcie przecież wiedziałam, że w środku skrywała się książka.

Byłam dziewczyneczką kochającą bajki, dopóki pewnej mroźnej zimy, kiedy para z ust zamieniała się niemal w ciało stałe, a my wracaliśmy z wieczerzy u babci, nie dorwałam się w tramwaju do książki Lucyny Legutko Piotrek zgubił dziadka oko, a Jasiek chce dożyć spokojnej starości. To był magiczny, świąteczny przeskok w stronę dorosłości i ta pozycja zaczęła powolutku kształtować we mnie czytelnika, jakim w głębi duszy chciałam się stać. Wczytałam się w książkę w rozgorączkowaniu, wciąż pełna karpia i wigilijnej kapusty, ze zmarzniętymi stopami otulonymi kołdrą. Dzisiaj, teraz, po raz kolejny przekonuję się, że takie wspomnienia są bezcenne.

Dorosłam, dojrzałam, zostałam mamą.

Święta nabrały zupełnie innej jakości. W intensywnym zapachu piernika, w świetle choinkowych lampek, z miłością patrzyłam jak moi synowie rozszarpywali papier, którym opakowałam prezenty. Wśród klocków LEGO, zdalnie sterowanych samochodzików i paczuszek ze słodyczami, czekały na nich książki.

Mikołajek, Harry Potter, pięknie ilustrowane albumy. Nie wiem, kto bardziej cieszył się z tych książkowych pocałunków – ja czy oni? I jak co roku, nie mogłam się doczekać, kiedy wrócimy do domu objuczeni prezentami jak osiołki w Andach, a ja wskoczę w piżamę, zaparzę cynamonową herbatę i rozkokoszę się w fotelu z nową, pachnącą świeżością Dolores Claiborne Kinga.

Czytałam w akompaniamencie kojących dźwięków jazzu, popatrując co chwilę na mały stosik książek, którymi zostałam obdarowana. Na wierzchu Obrona szaleństwa Woody’ego Allena, pod nią Dziennik Bridget Jones, na spodzie Kobieta trzydziestoletnia; taka uczta dla oczu.

Moja mama uwielbiała książki.

Nie jestem w stanie opisać zachwytu w jej oczach, kiedy delikatnie rozplątywała wstążeczkę na pakunku, starając się nie rozedrzeć papieru w bałwanki, aż odkryła okładkę skandynawskiego kryminału.

Kochała kryminały, a ja kochałam kupować je dla niej  i pakować w nutkę świątecznej magii. A mama? Zazwyczaj rewanżowała mi się książką, o której marzyłam od dawna i tylko czekałam grudnia, żeby na pytanie „Co chcesz pod choinkę?”, odpowiedzieć jej „Mamo chciałabym Miłość nad rozlewiskiem”. I dostawałam.

A teraz wypiłam już kawę, zdjęłam szlafrok i jestem gotowa na kolejne przedświąteczne potyczki z domowym bałaganem.

Odwlekam to jednak, bo Dziewczyna, którą kochałeś leży na łóżku i wcale nie śpi; czeka aż wezmę ją do ręki, zacznę czytać i zniknę dla świata. Przystrojona w biel i srebro choinka zaprasza, żeby w blasku jej lampek odpocząć trochę od zgiełku rzeczywistości i zaprosić czar Bożego Narodzenia do środka.

Wszystkie prezenty książkowe sprzed lat wciąż cieszą moje oczy; cała seria Ani z Zielonego Wzgórza, pół regału zajęte przez powieści króla horroru, ustawione kolorystycznie książki obyczajowe, kryminały, powieści zabawne i melancholijne. Mam do nich nabożny szacunek, bo są świadectwem tego, że ktoś o mnie myślał, pragnął dać mi radość, znał moje marzenia. Dzięki nim przeżyłam tyle cudownych Wigilii!

Życzę Wam, abyście i Wy zostali obdarowani pięknymi książkami, które będą towarzyszyć Wam przez lata, jak najlepsi przyjaciele.

Niechaj zasieją w Was najlepsze wspomnienia na przyszłość, kiedy odcięci od mrozu, z kubkiem kakao w ręku, w blasku choinki i być może śmieszkującym gdzieś tam w tle „Kevinem samym w domu”, z książką na kolanach po prostu cieszyliście się świętami.

Wesołych Książkowych świąt Bożego Narodzenia!

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here