Matka to też człowiek!

Bycie mamą dwóch chłopców jest naprawdę świetnym, inspirującym doświadczeniem życiowym, porównywalnym do „Kuchni pełnej niespodzianek” pana Wacława. Tu coś wybuchnie, tam zapłonie, a tam znowu wyleje.

Najważniejsze, że ciągle coś się dzieje.

Oni są reakcjami chemicznymi zachodzącymi między garnkiem a gazem, a ja panem Wacławem z nadpalonymi brwiami i czarną twarzą osmaloną po kolejnej eksplozji. Ale jest fajnie. Jest fajnie. I śmiesznie. To znaczy jest wesoło już grubo po fakcie, kiedy emocje opadną, a ja wspominam wydarzenia czyniąc z nich okraszoną odpowiednią mimiką anegdotkę.

Natomiast podczas trwania epizodu moje reakcje są różne:

– ryk: „Psia kość w dupę jeża cholera ciężka zaraz mnie szlag jasny trafi!” (kiedy akurat niechcący mam PMS, a nie mogę zaspokoić ochoty na świeże ludzkie mięso)

– jadowity, ironiczny syk: „To było świetne. Zaklinam cię, powtórz to jeszcze raz” (zazwyczaj)

– pogardliwe milczenie połączone z kłuciem ich mroźnymi sztyletami mojego spojrzenia (kiedy usiłuję okazać matczyny autorytet, jakże bardzo cechujący osobę dojrzałą emocjonalnie). Milczenie objawia się wydawaniem nieznacznych pochrząkiwań lub monosylab oraz wskazywaniem brodą w kierunku czegoś, o co oni akurat pytają.

– Mama gdzie są jogurty?

– Y – macham brodą w kierunku lodówki i patrzę spode łba. Istny Ron Perlman w „Walce o ogień” pokazujący wodzowi plemienia samicę do wychędożenia.

Dobra, może to trochę dziwne, ale co jest jeszcze dziwniejsze – w miarę skuteczne.

Tym bardziej, że jako matka samotnie wychowująca dzieci cierpię na niezłe rozdzielenie jaźni, występując w kilku rolach jednocześnie. Jestem zatem:

1) mamusią kwoczusią, która szykuje synkom kalosze, kiedy widzi za oknem sine chmury

2) mamą piekącą muffinki z czekoladą i milionem bakalii, żeby sprawić dzieciom przyjemność i wyposażyć ich w miłe, ciepłe wspomnienia na przyszłość („hmmm…pachnie zupełnie jak wtedy, kiedy moja mama piekła nam babeczki”)

3) matką egzekwującą odrabianie lekcji, czytanie książek, składanie ubrań, zamiast zwijania ich w kulkę i rzucania gdzie popadnie

4) srogą, znienawidzoną panią z przedszkola, szantażującą dzieci naskarżeniem rodzicom w kwestii posiusianych rajstop. Tak, czasami uciekam się do szantażu. Tak, czasami maluję przed nimi czarne scenariusze ich przyszłości, jak np.: „Nie przeżyjecie życia grając w gry online przez dwadzieścia godziny na dobę! Czytałam o japońskim nastolatku tak uzależnionym od gier, że robił kupę do wiaderka przy biurku, pozwalał matce na wnoszenie jedzenia, dostał w końcu paraliżu i umarł. Chcecie tak?” I jak zwykle proponuję, żeby przejechali mnie walcem, bo ja na to nie pozwolę.

5) mamą kumpelką, organizującą konkursy bekania i ogólnie zachowującą się tak, że torpedują mnie mówiąc „Mama ogarnij się”

6) Godzillą.

Kiedy jest się mamą, to wszelkie myśli i działania, nawet te pozornie nie związane z dziećmi, są do nich adresowane.

To już percepcja podprogowa, serio. Zauważyłam, że przez te dziewięć miesięcy w ciele kobiety tak naprawdę rozwijają się aż trzy nowe rzeczy (cztery, jeśli licząc pociąg do spirytusu aż do zaślinienia w drugim trymestrze ciąży): dziecko, instynkt macierzyński, a także instynkt mordercy, które żyją ze sobą w symbiozie. Patrzę na te moje dzieci, na wyższego już ode mnie Krzysia i wspominam jak zwymiotował mi kiedyś na dłoń w przychodni wiejskiej. A kiedy zapytałam trzy starsze panie plotkujące w najlepsze, czy przepuszczą mnie w kolejce do lekarza, powiedziały że nie, bo jedna ma chore serce, druga zatwardzenie a trzecia drzazgę pod paznokciem. Zażyczyłam im skrętu kiszek, skoro nie miałam przy sobie guzika uruchamiającego zapadnię pod ich krzesłami.

Albo półtoraroczny Jaś, który wyglądał jak cherubinek.

Wtedy przekroczył jakąś niewidzialną barierę i z dnia na dzień zaczął mówić pełnymi zdaniami. Nieważne, że nic nie rozumiałam, ale jemu buzia się nie zamykała:

– Misiu co to jest babuju? To jest w tym pokoju? Możesz pokazać paluszkiem? – prosiłam tą moją kluskę miętolącą smoczek w buzi.

– Ten – powiedział Jaś wyjmując na chwilę smoczek i wyciągając palec w stronę Krzysia.

No, przecież to było oczywiste, że Babuju to Krzyś!

Cudownie jest być mamą malutkich, bezproblemowych dzieciaczków.

Nawet kiedy jednego trzeba nosić, a drugi non stop jest uczepiony uda jak leniwiec gałęzi. Nawet kiedy szarpią się za koszulki, albo rozmazują plakatówki po stole, czy jogurt jagodowy po ścianie. Nie ma znaczenia, że to praca na pełen etat bez możliwości chorobowego i urlopu, to taki trwający okrągły rok dzień dla matki z dzieckiem. Spędzanie czasu z takimi maluchami jest po prostu miłe. Te tłuste łapki oplecione wokół szyi, te słodkie od lizaków całusy, te…yyyyy…lizaki przyklejone do moich włosów.

Bardzo tęsknię za tymi czasami, kiedy rzeczy były po prostu nieskomplikowane.

Jak również tematy rozmów z dziećmi:

– Krzysiu a wiesz co to znaczy być zakochanym? – spytałam mojego pięciolatka.

Spacerowaliśmy po lesie, trzymałam go za rączkę. Do tej pory pamiętam jego oszołomiony wzrok, zupełnie jakby nagle odkrył, że mam dwa nosy. Pokiwał głową.

– No wiesz, to chęć bycia ze sobą, przytulania, całowania. I wiesz co jeszcze?

Krzyś patrzył na mnie skupiony, aż w jego oczach pojawił się błysk zrozumienia.

– Cycki! – krzyknął. Kilka ptaków poderwało się z gałęzi. – Mama, bo ja uwielbiam cycki!

Krystusie Niebieski! PIĘCIOLATEK!

Im chłopcy starsi, tym trudniej mi jest poruszać z nimi pewne tematy.

Przeprowadzenie rozmowy z dwunastoletnim aktualnie Krzysiem było jedną z najdziwniejszych rzeczy, jakie mi się ostatnio przydarzyły, dopóki nie rozluźniliśmy się obydwoje. Wybrałam moment, kiedy Jasiek był jeszcze w szkole, więc mogłam zagadać Krzysia bez skrępowania, powiedzmy.

Stałam odwrócona do niego tyłem, bo zmywałam i nie widział mojego panicznego spojrzenia.

– Krzyś a uczyliście się już o dojrzewaniu? – zagaiłam.

– Jeszcze nie, a co?

– Bopamiętaszjakrozmawialiśmywzeszłymrokujakbyłunaspiotrekieryk? – wyrzuciłam z siebie z prędkością karabinu. Piotrek i Eryk to koledzy Krzysia i niechcący dałam im wykład, kiedy przyłapałam ich na wykonywaniu dziwnych gestów, których znaczenia te biedne dzieci tak do końca nie rozumiały. Krzyś zastygł, po czym oblał rumieńcem i odwrócił buzię do okna.

– Nnnnooo pamiętam, a co? – zapytał zawstydzony.

– Ja wiem, że jesteś jeszcze młodziutki i pewnie nie powinnam mówić ci takich rzeczy, ale czym skorupka za młodu nasiąknie… no chodzi o to, żebyś na zawsze zapamiętał, że siusiaka nie znalazłeś na śmietniku i nie musisz go pchać w byle dziurę – spojrzałam na niego przez ramię.

– Maaamaaaaaa – jęknął Krzyś.

– No stary, błagam, to są podstawy. Nie obejrzysz się jak będziesz się budził z postawionym namiocikiem, a po nocy prześcieradło będzie w plamy – odparłam poważnie, jakbyśmy rozmawiali o fizyce jądrowej. – Ale tym się nie przejmuj, to zupełnie normalne. Pralka wszystko wypierze. I głos będzie ci się zmieniał. Wiesz, możesz raz piszczeć, a raz mówić tubalnie. W każdym razie bardzo bym chciała, żebyś przychodził do mnie i pytał o wszystko, ok? I nie wstydź się, każdy chłopak przez to przechodzi. Nie edukuj się u kolegów, którzy gówno wiedzą, albo wiedzą coś od swoich starszych braci, którzy oglądają pornole. To takie filmy, w których…

– Mama, matkoooo, wieeeem – Krzyś przewrócił oczami.

– No, także ten. Wal jak w dym ok?

– Oookeeej. Mogę iść? Mam polski do odrobienia.

Tak to właśnie wyglądało.

Po wszystkim było mi przykro, że tej wiedzy nie przekazał mu mężczyzna, przy którym Krzyś nie musiałby czuć się taki skrępowany. Oczywiście poryczałam się z głową schowaną pod zlew, udając, że robię porządki za wiadrem na śmieci.

Czasami pamiętam tylko o byciu mamą, a zapominam o byciu kobietą, co mnie cholernie deprymuje.

Między zakupami, a zdejmowaniem prania przed zrobieniem kolejnego, czasami zapomnę wejść do kosmetyczki i potem latam tygodniami z takimi wyblakłymi krzaczastymi brwiami, które zarastają mi całe powieki i pół czoła. Albo siedzę przy komputerze tak długo, że jak zwykle nie mam czasu na usunięcie skórek z paznokci, a zarobić cokolwiek muszę, żeby dzieci nie chodziły głodne i obszarpane jak rumuńskie sieroty przygrywające na akordeonie pasażerom w tramwaju. Chłopcy mają swój świat, swoje rozrywki, swoje chcenia, ja zaś co prawda mam swoje dziewczyny, z którymi raz się spotykam, a raz piszemy do późnej nocy na Facebooku, ale czuję się momentami jak nieczłowiek, jak namiastka jakaś, jak istota, która ma do wypełnienia jedynie rolę matki, kucharki, zaopatrzeniowca i bankomatu!

Jestem taka sfrustrowana, że gdyby ktoś dał mi karabin do paintballu, to chwyciłabym za kolbę i waliła nim po głowie kogo popadnie.

Ja. Nie. Chcę. Być. Już. Dłużej. Sama!!!” – myślę, kiedy z furią otwieram laptopa i walę w klawiaturę tak mocno, jakby moje palce były maczugami. Jeszcze bardziej zła i gotowa na wszystko zakładam profil na portalu randkowym.

Idę spać.

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here