Mischling, kundel, mieszaniec, hybryda. To nazwy zaczerpnięte z ustaw norymberskich z 1935 roku, które Niemcy stosowali na określenie swoich rodaków posiadających w rodzinie Żydów. Z takiej to rodziny pochodzą również główne bohaterki powieści Affinity Konar – Perła i Stusia. W normalnym świecie byłyby tylko zwykłymi dziewczynkami grającymi w klasy przed szkołą w czasie długiej przerwy. W tym świecie, w obozowym świecie zagłady, są KIMŚ, a zarazem CZYMŚ wyjątkowym – są siostrami bliźniaczkami, które łączy wyjątkowa nić porozumienia, są zarazem przedmiotem chorych eksperymentów doktora Mengelego.

Affinity Konar tworzy swoją fikcyjną opowieść na solidnych podstawach historycznych. Widać, że dokładnie zapoznała się z realiami życia w Auschwitz. Wplata w narrację wątki i postaci historyczne (jak choćby Doktor Śmierć, lecz i sylwetki głównych bohaterek były inspirowane losami Evy i Miriam Mozes). Jednak, co wyróżnia tę książkę na tle innych poświęconych Zagładzie utworów?

Tym, co uderzyło mnie najbardziej, jest sposób prowadzenia narracji. Na zmianę wypowiadają się Perła i Stusia, opowiadając swoje przygody i – co najważniejsze – prezentując swoje uczucia, przemyślenia. Z jednej strony emanuje z nich pewien infantylizm – to zrozumiałe, w końcu są tylko małymi dziewczynkami. Z drugiej – ogromna dojrzałość, zbyt ogromna nawet dla bardzo mądrych małych dziewczynek. Czułam się skonfundowana – kto do mnie mówi w tej książce? Małe dziewczynki, które widziały zbyt dużo, które doświadczyły nienaturalnego Zła, które musiały tak bardzo wydorośleć w tak krótkim czasie? A może dorosłe kobiety, które piekło mają już za sobą, ale które trwają zawieszone między przeszłością a teraźniejszością, nie mogąc się zdecydować, po której stanąć stronie?

W tej historii wszystko wydaje się symboliczne. Perła to przeszłość, nostalgia, smutek, dobro i piękno. Stusia to dziecięca radość, nadzieja, przyszłość i zło. Dziewczynki są pudełkami na wartości, które pragną przechować, aby odtworzyć świat po Zagładzie. Mama maluje maki, jadąc bydlęcym wagonem. Symbolizują śmierć, a zarazem komunikację między światem doczesnym i wiecznym. Stusia i Perła, tęskniąc, malują te same maki, ściśnięte w pąkach, bez siły, aby się rozwinąć.

Najbardziej w utworach literackich nie lubię zakończeń, szczególnie typu „żyli długo i szczęśliwie”: gdy na ostatniej karcie książę i księżniczka biorą piękny ślub, gdy superbohater pokonuje wrogów i pręży muskuły w blasku fleszy, gdy detektyw rozwiązuje zagadkę seryjnego mordercy i wszyscy mogą czuć się bezpiecznie. Bo ten koniec nie może być końcem, bo potem bohaterowie muszą przecież jakoś dalej żyć. Mischling czyli kundel to książka inna, książka która nie ma zakończenia. Opowiada, jak wyglądało życie więźniów po wyzwoleniu Auschwitz przez Armię Czerwoną. To, co do tej pory było w mojej świadomości wyjściem z piekła, okazało się samym jego środkiem. Ostatni rozdział powieści nosi wymowny tytuł Bez końca. Bo po Auschwitz trzeba żyć. Bo trzeba zmierzyć się z traumą. Trzeba żyć także z tym, że inni nie przeżyli.

Nie brak tu szokujących opowieści o tym, jak dzieci ściągają ubranie z martwej już współlokatorki, aby móc wymienić swoje zniszczone na nowe (bo przecież po śmierci już się nikomu nie przyda). Nie brak też wzruszających historii o wrażliwości na drugiego człowieka, przyjaźniach, siostrzanej miłości, dojrzewaniu.

Książka jest ambiwalentna. Zachwyca i obrzydza. Odrzuca i zaciekawia. Infekuje myśli – nie chcesz pamiętać, ale nie możesz zapomnieć. Porusza problem dotyczący natury człowieka, natury Zła, problem całej ludzkości, aktualny także poza Auschwitz. Jest jak strupek, o którym zapomniałeś, a który nagle zaczyna swędzieć tak, że potrzebujesz go rozdrapać.

Jeśli masz ochotę spać spokojnie, budzić się z uśmiechem na ustach, czystym umysłem i powtarzać z pełnym przekonaniem mantrę, że „wszechświat jest bez wątpienia na dobrej drodze” – nie czytaj.

 

Olga Ziółkowska

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here