PONIEDZIAŁEK

Poniedziałki zaklęłam już dawno. To dosyć prosty zabieg. Wystarczy po prostu wstać z uśmiechem na twarzy i pomyśleć: „To będzie świetny dzień i przyniesie mi coś dobrego”.

Budzik dzwoni o 6:45, za oknem czarna noc, w pokoju zimno jak w budzie malamuta na Alasce (ponoć zdrowe jest spanie w chłodzie).

Wystawiam spod kołdry lewą stopę i z zamkniętymi oczami oraz bardzo szerokim uśmiechem przyklejonym do lica, powtarzam w myślach moją mantrę: „Coś dobrego, gites dzień, lubię poniedziałek” tak z piętnaście razy pod rząd. Na zegarku 6:56.

– Dobra, kuźwa, wstaję – rzucam w przestrzeń.

Człapię krokiem zombie do kuchni, stawiam czajnik na gazie, potem do łazienki, gdzie przez kolejne pięć minut gapię się w lustro nie bardzo kojarząc, po co tam w ogóle poszłam. Aha, przechlapać twarz zimną wodą w celu rozbudzenia. Przechlapuję, wracam do kuchni, wyciągam kawę, wsypuję ją do trzech kubków zamiast jednego. Odsypuję kawę z powrotem, wstawiam ją do lodówki.

„Dżizus, co ja wyprawiam?” zapytuję samą siebie.

Po kolejnych kilku minutach bezpłodnego miotania się po kuchni w końcu udaje mi się zrobić chłopcom herbatę i posmarować chleb masłem, a także porozlewać im soki do szkolnych butelek i wyciągnąć z lodówki niezbędne ingrediencje. Jako że jest to dieta niełączenia, śniadania dostają białkowe (mniam mniam, samo zdrowie – parówki zawierające 93% mięsa z kurczaka, na które to mięso składają się niechybnie skóry i pazury, co stawia pod znakiem zapytania BIAŁKOWOŚĆ tego produktu), a do szkoły szykuję im coś węglowodanowego (pełnoziarnisty chleb z domowym paprykarzem warzywnym i kiełkami oraz jabłko).

Budzę chłopców. Nareszcie łyk kawy! Cholera, ostygła.

– Z czym mam do szkoły? – pyta Krzychu siadając przy stole z zamkniętymi oczami. Jeszcze śpi.

– Paprykarz i kiełki.

– Bleeee… znudziły mi się. Jutro już mi nie dawaj, okej?

– Okej, a teraz bierzcie się za jedzenie.

Dziabią w talerzach z parówkami, ja zaś ścielę łóżko, ubieram się i wykonuję inne poranne bzdety.

Tymczasem dzieci już najedzone, rozbudzone, z umytymi zębami i ubrani, szykują się do wyjścia do szkoły. A ja uświadamiam sobie, że coś w tym sielskim obrazku zgrzyta; otóż plecak Jaśka jest tak przeładowany, że nie dopina się kieszeń na śniadanie, a sam Jasiek niebezpiecznie przechyla się do tyłu pod jego ciężarem.

– Chłopie a co ty masz w tym plecaku, hę?

Podchodzę do niego, żeby zapiąć kieszonkę. Nie da się, więc nurkuję dłonią w jej czeluść, chyba tylko po to, żeby wydać pisk obrzydzenia, gdyż moje palce trafiają na coś o konsystencji miękkiego sera (i równie śmierdzącego), coś, co mogło być kiedyś faktycznie serem, ale równie dobrze kanapką, chomikiem, albo rozmokłym na deszczu adidasem.

– Krystusie Niebieski! Co to jest? – krzyczę.

Wyciągam to coś, bezskutecznie walcząc z obrzydzeniem. Płaskie, żółtawe, z zielonoturkusowym brzegiem. Cuchnie jak niezmieniane od miesięcy gacie. Obok schludnie ułożona dilerka z dzisiejszym śniadaniem i soczek, pod spodem zaś ogryzka jabłka, kilka zmiętolonych torebek foliowych, dwa pokruszone ciastka, kredka w stanie agonalnym i temperówka oraz….ta-dam – cztery nadgniecione kartoniki mleka, po 200 ml każde!

Jestem na granicy ekstazy!

– Jasiek czyś ty oczadział na amen? – warczę wkurzona. – Za mało książek dźwigasz, żeby się dobijać jeszcze prawie litrem mleka? Dlaczego tego nie wyjąłeś? Bosz, wiesz co, no przechodzisz sam siebie!

Tylko spokojnie. „To będzie świetny dzień i przyniesie mi coś dobrego”.

– No co? Mam nie brać mleka, jak rozdają? – pyta Jasiek, zupełnie nie kumając o co to całe halo.

– Masz brać, tylko kurna byłoby miło, gdybyś wyciągał je z plecaka. Jakby ci dali osiem, to też byś nosił? – zapinam mu kieszeń i popycham w kierunku drzwi, bo przez tą całą akcję dotrze do szkoły po dzwonku, nawet gdyby biegł. Składam rozgniewanego buziaka na jego czole.

Zostaję w domu sama.

I skoro mam tyle czasu do fitness, postanawiam zrobić sobie jeszcze jedną kawę, wypić ją gorącą i aromatyczną. Mrugnięcie oka później: nagle jestem w łazience i zdejmuję pranie ze sznurków, segregując jednocześnie stertę brudów na białe, niebieskie, czerwone, czarne. Świetna gimnastyka, świetna. Jedno spojrzenie na zegarek upewnia mnie, że jeśli zaraz nie wyjdę, to mogę już w ogóle nie iść na fitness.

Łyk zimnej kawy, dresy na tyłek.

Samochód jest tak oblodzony, że przez chwilę zastanawiam się, czy nie wejść na maskę i nie nasiusiać na przednią szybę. Biorę się za skrobanie przy pracującym silniku i odkręconych na full dmuchawach. Zielony konsument powinien w tej chwili dokonać obywatelskiego aresztowania i zakuć mnie w dyby na środku rynku, wbijając mi w tyłek tabliczkę z napisem: „Psuła powietrze!” Po dwudziestu minutach szorowania, skrobania, omiatania odjeżdżam tańcząc na śliskiej nawierzchni.

Coś dobrego, gites dzień, lubię poniedziałek”. Poniekurnadziałek.

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here