„Nie jestem potworem” – Carme Chaparro

Potwór? To nie ja nim jestem. Nie jestem potworem, nie jestem mordercą. Nie zabijam, nie kaleczę, nie krzywdzę. Nie jestem złym człowiekiem, musicie mi uwierzyć.

Zabiera oddech

Chcę tyle napisać, że dosłownie trzęsą mi się ręce. Chcę zarzucić Was słowami, zrobić desant ochów i achów, jednocześnie nie spamując za bardzo. Zacznę zatem od tego, że „Nie jestem potworem” była ostatnią, zaplanowaną do przeczytania w styczniu książką. Byłam ciekawa, czy w moim prywatnym rankingu zdetronizuje „Psychopatę” Gardnera McKaya. Mało brakowało, kochani, mało brakowało. „Nie jestem potworem” zajęła zaszczytne drugie miejsce (wespół z dwoma, czy trzema innymi tytułami), co, jak na debiut literacki, jest naprawdę niesamowitym wyczynem.

Dynamika na najwyższym poziomie

To jedna z tych książek, po których ciężko się otrząsnąć. Jest straszliwa, lepka w tym swoim brudzie, potrafiącym dotknąć ludzkiej duszy zrogowaciałymi paluchami. Zostawia ślad. Nie sposób nie pokłonić się autorce. Nie dość, że operuje przepięknym językiem, gdzie płynne, zaowalowane akapity łączą się w bardzo spójną całość, to jeszcze prowadzi fabułę tak, że świat wokół mógłby stanąć w płomieniach, a ja czytałabym tę książkę dopóty nie zobaczyłabym słowa „Koniec”. Autorka wywleka z czytelnika nerwy i podrażnia je każdym słowem, każdym zdaniem. A zwróćcie uwagę, że to jej debiut! Jeśli TAK napisała pierwszą książkę, to jaka będzie kolejna?

Akcja i fabuła

Mimo że jest to kryminał, jakby z zasady zdominowany przez męskich bohaterów, u Carme Chaparro ścierają się dwie kobiece osobowości. Z jednej strony nadinspektor Ana Aren, z drugiej strony reporterka hiszpańskiej telewizji – Ines Grau. Jedna ugruntowała sobie pozycję w męskim świecie, druga została autorką bestsellera. Co łączy obydwie kobiety? Przyjaźń. Choć przyjaźń reporterki z policjantką może wydawać się nieco pasożytnicza; wszak każdy szanujący się dziennikarz powinien mieć swojego informatora w policji. Owszem, w ich przypadku to także ma miejsce, ale obydwie kobiety naprawdę się szanują i wspierają w ciężkich chwilach.

Ines kojarzy fakty

Dwa lata wcześniej Madryt sparaliżowała wiadomość o zaginięciu małego chłopca, Nicholasa. Porywacz, któremu żądni sensacji dziennikarze przypięli natychmiast łatkę pedofila, został nazwany Slendermanem. Ta sprawa spędzała nadinspektor Anie sen z powiek, jako, że nigdy nie znaleziono ani ciała dziecka, ani nie trafiono na żaden ślad porywacza. Kiedy w centrum handlowym ginie kolejny chłopiec, niemal bliźniaczo podobny do Nicholasa, to Ines jako pierwsza rzuca w eter pytanie o powrót Slendermana. Co, rzecz jasna, wywołuje i panikę wśród rodziców, i wściekłość w najwyższych strukturach policji. Atmosfera zagęszcza się, kiedy w tym samym centrum handlowym gubi się kolejny chłopiec – syn Ines, Pablo.

Jazda bez trzymanki

Ana staje na głowie, żeby odnaleźć Pabla i zaginionego kilka dni wcześniej Kike. Podskórnie czuje, że to wszystko łączy się z porwaniem Nicholasa. Jej frustracja rośnie, bo każdy z potencjalnych podejrzanych miał alibi i nie można było postawić ich w stan oskarżenia. Niespodziewanym światełkiem na bagnach okazała się obywatelska wizyta ojca z ociągającą się córką, która ponoć „coś widziała”. Fabuła zagęszcza się coraz bardziej, a czytelnik z każdą przeczytaną stroną coraz bardziej wstrzymuje oddech. W tej powieści nic nie jest oczywiste; autorka trzyma nas w niepewności do samego końca. A motywy Slendermana? Są płytkie, odrażające. Brzydzą.

(Nie)moralne

Carme Chaparro stawia wyraźne pytanie o kompetencje prasy. Ile i w jakiej formie wiadomości powinna przekazywać opinii publicznej? Do jakiego stopnia powinna na nią wpływać? Jak daleko może posunąć się ktoś, kto wciąż goni za „dobrym tematem”, za pomysłem na chwytliwy artykuł, czy sprzedającą się w setkach tysięcy egzemplarzy książkę? Do czego zdolny jest człowiek, który pragnie tylko tego, żeby w końcu zrealizować swoje chore pragnienia? Albo, co gorsza, oczekiwania innych? Ile pytań, tyle odpowiedzi. I podkreślę po raz kolejny – to DEBIUT. Jeden z najlepszych, z jakimi miałam styczność. Droga Autorko… chapeau bas.

Bardzo dziękuję wydawnictwu MUZA za kilka godzin spędzonych w towarzystwie tej niesamowitej książki. Przyszłym Czytelnikom polecam z czystym sumieniem.

5.00 avg. rating (98% score) - 1 vote
shares