Autor: pieceofroses

Żeby pisać poezję w XXI wieku – wieku laptopów, bezprzewodowego Internetu, telefonów komórkowych i cyfryzacji kontaktów międzyludzkich – trzeba być prawdziwie odważnym. I właśnie taka jest Magdalena Joanna Wojciechowska, autorka zbioru wierszy i fragmentów poetyckiej prozy pt. nieskończoność M.yśli.

Poetka – nie bójmy się użyć tego określenia – to chodząca sprzeczność. Ukończyła kierunek wymagający twardego stąpania po ziemi i legitymowania się ścisłym umysłem, ale poświęciła się pisarstwu. Publikuje swoje teksty na portalu społecznościom, a jednak nie ujmuje im to niczego z intymnej zadumy nad życiem. Ze zdjęcia na okładce spogląda na mnie eteryczna blondyneczka, a spomiędzy zadrukowanych kart wyłania się zdecydowana, pewna siebie i kochająca do bólu dojrzała, mądra kobieta.

nieskończoność M.yśli to niezbyt opasły tomik, w którym nieliczne wyrazy znaczą zdecydowanie więcej niż wydaje się na pierwszy rzut oka. Tym, co spaja całość, jest stary, lecz wiecznie niewyczerpany, temat miłości oraz kreacja podmiotu lirycznego zwracającego się do wirtualnego odbiorcy – do ukochanego mężczyzny.

Ona – mówi w wierszach i w krótkich fragmentach prozy poetyckiej o swojej tęsknocie, niespełnieniu, niezaspokojeniu, życiowym chaosie, nieporadności. Mogłaby być każdą z nas – niedoskonałą, wrażliwą, spragnioną kobietą.

„wydycham – wspomnienia

całą sobą

wdycham – teraźniejszość”

On – niematerialny, często nieobecny, bywający obok niej, ale też chowający się za szybą telefonu, ekranem laptopa. Nie można go ujarzmić, zatrzymać przy sobie na zawsze. Nie wiemy, jaki dokładnie jest, ale wiemy, jakim widzi go podmiot liryczny.

„ile jest takich osób, które nie pytają »słodzisz?«, które wiedzą, że gdy pijesz herbatę to mrużysz oczy, gdy opowiadasz to wiedzą jak gestykulujesz dłońmi, a gdy słuchasz to przekrzywiasz głowę w lewą stronę… wiedzą, na którym boku zasypiasz i jak dłoń pod głową układasz, i że za cholerę nie zaśniesz, gdy masz zimne stopy…”

Choć temat miłości znany jest zdecydowanej większości ludzi na ziemi, a każdy ma swoje indywidualne przemyślenia i odczucia, jest pewne uniwersum, do którego dociera poezja Wojciechowskiej.

Poetka mówi o sprawach prostych i trudnych zarazem. Niekiedy ubiera emocje w słowa oryginalne („rozpłakujesz tusz”), ale przeważnie w słowa codzienne. Bawi się nimi, zestawiając je w niecodzienne konfiguracje, które intrygująco brzmią („pieprzyć się z Tobą i mówić, że pieprzysz głupoty”), przykuwają wzrok odmiennym zapisem („myśli zab(p)ić”), a także używa potocznych zwrotów, które defrazeologizują się umieszczone w odpowiednim kontekście („obiecałam sobie, że już więcej nie przyjdziesz… mi na myśl”).

Zawsze bawi mnie, gdy kulturyści językowi bulwersują się z powodu obecności „słów brzydkich” w „literaturze pięknej”. Dlaczego? Ponieważ to trochę tak, jakby człowiek uznał, że nie ma (lub ma, ale nie używa) odbytu, ponieważ jest on brzydki. Ba! To trochę tak, jakby lekarz, specjalista od ludzkiego ciała (jeśli kulturysta językowy ma być specjalistą od języka), stwierdził, że człowiek nie ma (lub nie powinien używać) odbytu, bo to nieestetyczne.

Dlaczego poruszam ten temat? Ponieważ Magdalena Joanna Wojciechowska używa całkiem dużej liczby wulgaryzmów w poezji miłosnej i należą jej się za to duże brawa. Robi to bowiem w sposób przemyślany, celowy, nastawiony na wywołanie konkretnego efektu u odbiorcy. Odważne zestawianie oklepanych symboli miłosnych z wulgaryzmami buduje nową jakość, wybudza czytelnika z sennego odrętwienia, np. „tylko miłość powoduje taki globalny rozpieprzostan”, „jakieś pieprzone motyle”, „wypieprzę z serca na śmietnik”. „Wypieprzenie z serca” niesie zupełnie inny ładunek emocjonalny niż „wyrzucenie”. A „rozpieprzostan” – genialny neologizm! – chyba na stałe zagości w moim słowniku.

Poza wulgaryzmami, które tu użyte świadczą przekornie o wysokiej świadomości językowej autorki, sporo wątków miłosnych miesza się z alkoholem, głównie z wódką. Wyłania się z tego niepozornego tomiku kolejna sprzeczność – tęczowa miłość, motyle w brzuchu przeplatają się z mocnymi trunkami, papierosowym dymem, zimnym łóżkiem przesiąkniętym potem upojnych nocy, które teraz są już tylko wspomnieniem. Dekadenckie na wskroś. Ale z tego powodu poetycki poziom utworów jest nierówny.

Te bardziej optymistyczne utwory, w których więcej odwzajemnionej miłości, w których podmiot liryczny jest szczęśliwy, są mniej udane niż te, w których dominuje cierpienie i samotność. Być może jest to związane ze starą prawdą, że trudno być poetą w czasach pokoju i trudno pisać, gdy nie przymiera się głodem (choćby głodem miłości). Niemniej jednak nawet mniej udane językowo fragmenty nie są przejawem grafomańskiego szału, ale dobrym punktem wyjścia do stworzenia kolejnych, lepszych kawałków.

U Magdaleny Joanny Wojciechowskiej – która w Internecie posługuje się jednym imieniem, ale jako autorka papierowego tomiku obowiązkowo musi być dwuimienna, bo jak być poetą z jednym imieniem? – można dostrzec także pewną manierę, która momentami męczy – nadużywanie wielokropków.

Ratuje ją po pierwsze to, że tytuł tomiku to nieskończoność M.yśli. A zatem czytelnik może spodziewać się niedokończonych utworów, fragmentów urwanych myśli, niesprecyzowanych uczuć, momentów ciszy.

(Swoją drogą, ciekawe, czy „M.yśli” to zabawa z inicjałem imienia autorki?)

Po drugie, jest boleśnie świadoma tej maniery, a nawet tłumaczy się z niej wprost:

„najbardziej boję się postawić kropkę… wielokropki są takie pełne nadziei, po przecinku jest kontynuacja, wykrzykniki krzyczą emocjami… a kropka to taki koniec jak spalony most […]”

Na uwagę zasługuje także fakt, że oprawa graficzna, projekt okładki oraz skład autorka wykonała samodzielnie.

Dzięki temu czytelnik otrzymuje spójny w zamyśle artystycznym tomik. Niestety ma to także złe strony – do tekstu wkradło się trochę usterek technicznych (dywizy zamiast myślników, cudzysłowy angielskie wymieszane z polskimi, kilka literówek, wiszące litery we fragmentach prozatorskich). Nie ujmują one jednak wartości artystycznej temu projektowi literackiemu. Warto natomiast dopieścić te kwestie przy okazji wydawania kolejnych tekstów (na powstanie których liczę).

Z chęcią będę śledziła rozwój twórczości Magdaleny Joanny Wojciechowskiej – polubiłam jej profil na portalu społecznościom i na pewno poświęcę co któryś wieczór na poetyckie spotkanie z tą autorką. Raz w piżamie z kakao w ręce, rozkoszując się marzeniem o ciepłych ustach i namiętnych dłoniach ukochanego mężczyzny, raz w „rozpłakanym tuszu” z kieliszkiem wódki przy ustach, usiłując posklejać „rozpieprzostan” dookoła.

Bo taka jest ta poezja. Ambiwalentna. Wewnętrznie sprzeczna. Jednoznacznie kobieca. Dla wrażliwych, myślących, pełnych uczuć.

5.00 avg. rating (99% score) - 3 votes

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here