Paweł Widomski, dowcipny i dojrzały pisarz mrocznych powieści, autor znakomitego Byłem bogiem, od dwóch lat prowadzi stronę internetową jakmniezabijesz.pl, na której umieszcza krótkie opowiadania. Obecnie prowadzi także tak samo zatytułowany fanpejdż na Facebooku, do którego odwiedzenia serdecznie zachęcam. Dzięki ogromnej rozmaitości podejmowanych tematów i wielorakich konwencji literackich, niemal każdy miłośnik literatury znajdzie tam coś dla siebie.

Byłem bogiem to twój książkowy debiut. Nie jest to jednak początek twojej przygody z tworzeniem thrillerów. Czy mógłbyś nam przybliżyć, jak narodził się pomysł na pisanie właśnie takich mrocznych opowiadań i powieści?

Powiem zupełnie szczerze – nie wiem. Pewnie, zadając to pytanie, spodziewałaś się odpowiedzi w stylu „czytam mnóstwo takich książek, oglądam filmy”. Ale tak nie jest. Gdy złożyłem do wydawnictw drugą moją powieść (pierwsza Ożeniłem się z nimfomanką nadal czeka na wydawcę), uznałem, że nie będę marnował czasu na czekanie. Postanowiłem założyć stronę, na której chciałem codziennie umieszczać krótkie opowiadanie. To była także trochę chęć sprawdzenia się, czy podołam. Ponieważ lubię czarny humor, konwencja niejako „znalazła się sama”. I tak już zostało. Jeśli zaś chodzi o powieści, to mówiąc najkrócej: piszę takie, jakie sam chciałbym czytać. Odkrywające mroczne zakątki ludzkiej duszy, trochę przewrotne, nie za grube (śmiech) i nieepatujące wulgaryzmami.

To nie jest łatwe – pokazać, jak czuje się osoba, która dowiaduje się, że umrze, co myśli morderca, co nim powoduje. Skąd czerpiesz wiedzę na ten temat oraz inspirację i pomysły do swoich opowiadań?

Jakkolwiek by to zabrzmiało, nie potrafię wymyślać historii, nie doświadczywszy w życiu materii, którą się zajmuję. Bałbym się, że pisząc o czymś, co jest mi całkowicie obce, naraziłbym się na śmieszność, hiperbolizowanie, sztuczność. Jestem też zbyt leniwy, by ślęczeć nad książkami, spotykać się z ekspertami, konsultantami. Dlatego piszę o rzeczach, które choć trochę znam, których, w mniejszym lub większym stopniu, doświadczyłem. A że mam ponad pięćdziesiąt lat, trochę tego się uzbierało. Z moimi tekstami jest jak z legendami – zawsze tkwi w nich ziarnko prawdy. A pomysły? Leżą na ulicy, wystarczy się schylić (śmiech).

Jesteś po studiach z zakresu filologii polskiej, jednak swoją przygodę z pisarstwem zaczynasz dopiero teraz, w wieku 50 lat. Dlaczego?

W szkole średniej dużo pisałem. Pewnie dlatego tuż przed maturą, mimo iż chodziłem do klasy o profilu biologiczno-chemicznym i z racji rodzinnych tradycji miałem zostać lekarzem, zdecydowałem się na filologię polską. I tu paradoks. Gdy zacząłem poznawać literaturę, wywaliłem do kosza wszystko, co wcześniej napisałem. Uznałem, że nie dorównam mistrzom. Potem przez wiele lat zajmowałem się czym innym. Krótko uczyłem w szkole, pracowałem w mediach, miałem nawet własną firmę. Jeśli już coś pisałem, to były to strasznie poważne dokumenty (śmiech). Po pięćdziesiątce zwolniłem. I wtedy zorientowałem się, że trochę wiem o świecie, życiu. Zacząłem pisać Galerię – wciąż niedokończony prezent dla mojej żony. I tak to się zaczęło. Nie bez znaczenia był fakt przeniesienia się z miasta na wieś. Życie na odludziu skłania do refleksji.

Twoja książka Byłem bogiem zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Z radością przyjęłam wiadomość, że opowiadania publikowane na stronie jakmniezabijesz.pl także ukażą się drukiem. Jeśli dobrze zrozumiałam, to inicjatywa twoich czytelników. Jak się czujesz z tą świadomością?

W ogóle nie zakładałem, że ta strona odniesie sukces. Myślałem, że zdobędę kilkuset, może tysiąc, czytelników, którzy będą od czasu do czasu sięgać do moich tekstów. Okazało się, że jest ich już kilkanaście tysięcy. W dodatku są tak hojni, że finansują kampanię promocyjną strony i wydają już drugi tom opowiadań. Pomysł, jak wiele na stronie Powiedz, jak mnie zabijesz, był spontaniczny i wspólny. Czytelnicy chcieli mieć pamiątkę. A czy może być lepsza pamiątka niż wybór opowiadań z osobistą dedykacją? Dalej poszło już gładko. Bardzo mnie to cieszy. W czasach, gdy wszystko w Internecie jest za darmo, ci ludzie sami zaproponowali: „wydaj, a my ci to sfinansujemy”. To szalenie miłe dla twórcy.

Przywołałaś stronę jakmniezabijesz.pl. Muszę coś dodać w tym momencie. Początkowo prowadziłem równolegle fanpejdż na Facebooku i stronę internetową pod tym adresem. Niestety, ostatnio notorycznie brakuje mi czasu, więc wszystkich zainteresowanych odsyłam na Facebooka. Tam są wszystkie opowiadania. Na jakmniezabijesz.pl zaglądam coraz rzadziej. Wspominałem ci, że jestem leniem? (śmiech)

Bycie popularnym pisarzem to na pewno radość, ale i presja: czy kolejne opowiadania spodobają się publiczności tak, jak poprzednie? Czy pisząc kolejne opowiadania, zastanawiasz się, jak zostaną odebrane? Jaki to ma wpływ na ich ostateczny kształt?

Nie. Do moich tekstów codziennie sięga kilka tysięcy osób. To tak, jakbym każdego dnia miał premierę książki w niemałym nakładzie. Nie mogę zadowolić wszystkich naraz. Wiem, że jeśli np. Ania lubi się bać, to nie spodoba jej się tekst żartobliwy. Z kolei jeśli Tomek lubi się pośmiać, nie zrobi na nim wrażenia opowiadanie o moralnych dylematach. Ale ponieważ piszę dużo, to i Ania, i Tomek znajdą w końcu coś dla siebie. Tak to, ku obopólnej radości, działa. A opowiadań jest już ponad sześćset.

Jak dużo czasu poświęcasz dziennie (tygodniowo?) na pisanie? Co na to twoja żona?

Dużo. Pamiętaj, że oprócz opowiadań, piszę także powieści. Obecnie dwie równolegle. Pracuję z rana. Zaczynam o czwartej, piątej, czasem nawet o trzeciej i tkwię przy laptopie do południa. Na szczęście idealnie dobraliśmy się z moją żoną. Ona jest typową „sową” i lubi pracować wieczorami, kiedy ja często już śpię. Dlatego nie wchodzimy sobie w drogę (śmiech). Oprócz pisania sporo czasu zajmuje mi strona; prowadzę także swój profil na Instagramie. Powiem szczerze, czasem brakuje mi czasu. Ale nie wyobrażam sobie zlecenia komuś obsługi mediów społecznościowych. Chcę to robić osobiście. Lubię gadać z moimi czytelnikami.

Gdzie najczęściej pracujesz nad swoimi tekstami?

W kuchni. Ma to mnóstwo dobrych stron. Wymienię kilka. Po pierwsze, nie przeszkadzam nikomu, tłukąc się po nocy i ćmiąc papierosy. Po drugie, mam blisko do kawy i jedzenia (śmiech). Czasem wychodzę na taras, ale wówczas zbyt wiele rzeczy mnie rozprasza. Ostatnio w górach pisałem też w przedsionku namiotu. Musiałem chronić laptop przed kapiącą z tropiku wodą. Niezapomniane doświadczenie.

Jako filolog na pewno przeczytałeś tony książek. Które z nich miały na ciebie największy wpływ, a które uleciały z pamięci, nie zostawiając po sobie nic poza głucho brzmiącym tytułem?

Tak, tony. Teraz czytam już mniej. Muszę się zastanowić. Zadałaś mi niby proste pytanie, ale chyba nie potrafię na nie odpowiedzieć. Bo jak zestawić Hłaskę z Mannem, Miłosza z Rilkem, Christie z Doylem, Barańczaka ze Słomczyńskim… Nie da się. Ale mam jedną książkę, która na pewno jest dla mnie ważna i do której kiedyś wracałem bardzo często. Dlatego jest „wyczytana” do imentu. Dobrze, że mi przypomniałaś, bo dawno do niej nie sięgałem. To Ulica Nadbrzeżna Steinbecka.

Dokończ zdanie: „Nie wyobrażam sobie życia bez…”

Rozmów z moją żoną.

 

5.00 avg. rating (98% score) - 1 vote

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here