PIĄTEK

To chyba jedyny dzień w tygodniu, kiedy wstaję z werwą godnej młodej łani. Jest za dziesięć ósma, dzieci właśnie wyszły do szkoły, a ja siedzę sama w tym pachnącym, wysprzątanym domu. Co robić z tak podarowanym czasem? Bo ja jestem gotowa do działania!

Piątusionieczek!

Zaraz weekend, a w weekendy nikt nie dzwoni z przykrymi wiadomościami dotyczącymi pracy i finansów. Nawet listonosz nie przyniesie korespondencji z Urzędu Skarbowego, a w skrzynce nie znajdę listu z banku. Właśnie za to najbardziej kocham weekendy. Zupełnie jakbym była zawodnikiem koszykówki i podczas trwania kosmicznego meczu z najeźdźcami z innej galaktyki poprosiłabym sędziego o przerwę trwającą 48 godzin.

Przypomina mi się, że obiecałam chłopakom, że zabiorę ich do fryzjera, zanim pojadą do taty.

No dobrze, mam mnóstwo czasu.

To wręcz bezkres bez widocznej choćby cienkiej kreski horyzontu. Może trochę poprojektuję, tak jak sobie obiecałam w Nowy Rok?

Siadam z laptopem na kolanach, na łóżku stawiam kubek z kawą i… biorę się za oglądanie beżowych sweterków w internetowej ciuchlandii. Naprawdę nietuzinkowe. O, w moim rozmiarze!

– Świetnie, przejrzę tylko do dwudziestej piątej strony i już się biorę za logo – mówię głośno, bo wydaje mi się, że słowa wymówione na głos mają większą siłę rażenia.

Po tak złożonej obietnicy oglądam w sumie osiemdziesiąt sweterków w kolorze beżowym, po dwadzieścia na stronie. Zamawiam trzy, ponieważ sklep przyznał mi bonus w wysokości piętnastu złotych za pierwsze zakupy. Przy zamówieniu klikam w opcję „przelew bankowy” i przechodzę do form dostarczania zamówienia. Proszę, za zaledwie jedenaście zeta, więc jestem i tak cztery złote do przodu.

Lubię zakupy online.

Mogę sobie siedzieć w piżamie, ziewać, drapać się po nosie, słuchać muzyki i jeść jajko na twardo rozsypując żółtko po klawiaturze. A za oknem może sobie wiać lodowaty wicher i sypać śnieg w płatkach wielkich jak podarty papier, a ja mam prawo mieć to gdzieś. Jest taki świetny sklep, który nie pobiera opłat za dostawę, wystarczy jedynie zrobić zakupy za pięćdziesiąt złotych. Pfff. Jaki problem wydać tyle na jedzenie, nie kupując rosyjskiego kawioru i francuskiego szampana? Ziemniaki, surówka, paczka mielonego, chleb słonecznikowy, zgrzewka wody mineralnej, jakieś owoce, kilka świeżych bułek. I sru i miła pięćdziesiątka znika z portfela niczym machający ogonem na pożegnanie kot z Chesire. Życie drogie, zarobki gówniane.

Piątek mija leniwie.

Chłopcy wracają ze szkoły, pirzgają plecakami gdzie popadnie (co mnie zawsze denerwuje), po czym rzucają się śmiertelnie zmęczeni na kanapę z telefonami w rękach. Nie powiem, że skacze mi ciśnienie, bo postanowiłam nie zadręczać się drobiazgami, dzielić rzeczy na bardzo ważne, dość ważne i gówno ważne. Zatem fakt, że na pół godziny znikają z realnego świata, odcięci ode mnie słuchawkami, śmiesznymi filmikami na YouTube i grami, jest gówno ważny. Tym bardziej, że zaraz muszę dać im obiad i zabrać do fryzjera.

– Chłopaki! – przykrzykuję ich do kuchni. Rozkładam na talerze pełnoziarnisty makaron z pesto i warzywami gotowanymi na parze (dzisiaj obiad węglowodanowy). – Ooooobiaaaaaaad!

Cisza.

– Halo, słychać mnie? Zapraszam na obiad! – ponawiam próbę.

Cisza.

No, właśnie dlatego nie lubię, kiedy zaszywają się tak mentalnie daleko ode mnie z tymi diabelnymi słuchawkami na uszach. Kupienie im ich w prezencie wydawało mi się świetnym pomysłem – jak się okazuje tylko w momencie zakupu.

Idę do pokoju, jak kolubryna samo tocząca się prosto ze zbocza w namioty wroga.

– Panowie! Naprawdę muszę drzeć japę czterysta razy, żebyście się ruszyli? – mówię głośno i dobitnie. – Obiad na stole.

Zawsze tak jest. Albo kiedy nawet słyszą, jak im mówię, że zapraszam do kuchni, to odpowiedź jest na przykład taka: „Teraz? Teraz nie mogę, bo jestem W RUNDZIE” albo „Ale ja muszę kupę”. A ja jestem w głębokiej depresji i muszę się napić!

Dzisiaj kluchy znikają z talerzy w okamgnieniu, bo uwielbiamy makaron. Udaje mi się ich przekonać do założenia butów podczas gdy ja zmywam i rozkładam naczynia na suszarce.

– Idziemy na dół! – krzyczą do mnie.

O żesz! Już pięć minut temu powinniśmy być u fryzjera!

Jak zwykle niechlujnie ubrana (domowa sukienka, chyba ciążowa, getry i czarny sweterek z grzebalni) zakładam buty i zbiegam na dół. Na szczęście fryzjer jest po drugiej stronie ulicy, bo cholernie nie lubię się spóźniać, mimo że zdarza mi się to notorycznie. Obawiam się nawet, że jestem królową dezorganizacji i bardzo mnie ten fakt przygnębia.

Zapadam się w czerwonej fryzjerskiej kanapie razem z Jaśkiem i jednym okiem filuję w gazetę („Jak rozbudzić jego zazdrość?”, „Seks lekarstwem na wszystko”, „Czterdzieści łatwych przepisów na potrawy z grzybów leśnych”) a drugim na tył głowy Krzysia.

Boję się powiedzieć cokolwiek, gdyż to, co fryzjerka zrobiła mu na czaszce jest kompletną katastrofą w stylu „Leonard Nimoy jako Spock”.

Zastygam nie oddychając. Nożyczki śmigają w powietrzu, na podłodze pełno włosów Krzysia… Ufff, fryzura na garnek była tylko stanem przejściowym.

– Mama zrobisz taki? – oczy Jasia lśnią jak gwiazdy kiedy podtyka mi pod nos zdjęcie czekoladowego tortu. Chyba nie umiem upiec biszkoptu, więc czas pracy nad tortem oceniam na jakieś szesnaście godzin, z dekorowaniem włącznie. – A tak w ogóle to jak mam się obciąć?

– Nie wiem ptysiu, to twoja głowa, ty się będziesz wstydził jakby co – chichoczę w gazetę.

– No mama, weź mi podpowiedz.

– Może ruda trwała? O, albo jak ta pani na plakacie – wskazuję palcem na plakat modelki reklamującej drogie farby. Zdjęcie jest w sinej tonacji, modelka ma szare usta, wystające obojczyki, łabędzią szyję i fryzurę na garnek ale nieco przekrzywiony i w kolorze fuksji. Jasiek śmieje się jak dziki.

– „A najlepsza fryzura, jeśli jeszcze nie wiecie: krótko z przodu, długo z tyłu i wąsy na przedzie” – cytuję mu Kazika.

Chichramy jak hieny.

Krzyś wstaje z fotela. Jest śliczny!

Wygląda jak metroseksualny, zarabiający miliony piłkarz za którymi sikają wszystkie kobiety w przedziale wiekowym 16 – 46. To ciacho to mój syn. Puchnę z dumy.

– No i jak? – pyta Krzyś z uśmiechem, który mówi „Wiem, że wyglądam jedwabiście”. Podnoszę kciuki w górę. Zamienia się miejscami z Jaśkiem, a ja w końcu mogę poczytać o „seksie dobrym na wszystko”, bo już wiem, że do tej fryzjerki mogę mieć zaufanie.

Nie.

Nie mogę tego czytać.

Nie mogę, bo przypomina mi o brakach w moim życiu.

Jaś też wygląda bajecznie, jak odrobinkę tylko młodsza kopia Krzysia. Mam śliczne dzieci.

Jest to dla mnie ogromne pocieszenie.

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here