Autor: wadera.grey

Wielka historia świata składa się z pozornie nieistotnych, małych historii pojedynczych ludzi, z ich splotów i wzajemnych oddziaływań. Doskonale zdaje sobie z tego sprawę Cezary Harasimowicz, bowiem taką właśnie wizję prezentuje w swojej znakomitej niemal pod każdym względem książce pt. Saga, czyli filiżanka, której nie ma.

Jest to zbiór krótkich opowiadań, do których prowokują stare zdjęcia, strzępy wspomnień matki, fragmenty zapisków dziadka, pamiątkowe przedmioty pozostawione bezpańsko tu i tam. Opowiadania te łączą się jednak ze sobą ściśle, tworząc chronologicznie ułożoną wielką gawędę o losach rodziny Cezarego Harasimowicza po kądzieli. Autor zastanawia się:

„[…] ile trzeba mieć szczęścia, ile musi być zbiegów okoliczności, by pojawić się na świecie. Ile kul musiało ominąć moich przodków, ile wyleczonych ran, przypadków, zwrotów i zwrotnic, by pociąg z bydlęcymi wagonami pojechał na zachód, a nie do Auschwitz-Birkenau, ile trzeba mieć szczęścia, by ojciec przeżył Sachsenhausen, ilu trzeba było spotkać na swej drodze dobrych, pomocnych ludzi, ale tez i złych, którzy mieli kaprys, by darować życie mojej matce, ile trzeba mieć szczęścia, by mimo wcześniejszych poronień donosić wreszcie udaną ciążę, ile trzeba mieć fartu, by pojawić się na tym pięknym nie pięknym świecie.”

Choć w centrum zainteresowania znajdują się losy jednej rodziny, nie brak w książce wyraźnego zaakcentowania tego, jak poszczególni członkowie rodu Królikiewiczów wpłynęli na losy świata oraz jak wielka historia wpłynęła na poszczególne osoby.

Cezary Harasimowicz spotyka się ze swoja matką, dziewięćdziesięciosześcioletnią staruszką, której pamięć jest już w rozsypce, po to, aby z pozostałych strzępów historii ułożyć w miarę spójną wizję przeszłości. Odwiedza ją zatem w domu, który został zbudowany z ruin warszawskiego getta.

Z murów jej mieszkania wychodzą duchy przodków oraz znanych postaci historycznych. Materializują się, prowadzą dialogi, z matką, z autorem, między sobą. Widzimy Józefa Piłsudskiego, dzielnych ułanów, a wśród nich Adama Królikiewicza – dziadka autora, Ignacego Mościckiego, Adolfa Hitlera, młodą matkę autora – „Kryśkę” łączniczkę oraz Krystynę aktorkę, Andrzeja Wajdę, Ludwika Maciąga i wielu, wielu innych. To, czego nie ma w dziennikach dziadka, to, czego nie pamięta Krystyna, dopowiada wyobraźnia pisarza.

Na szczególną uwagę zasługuje przeplatanie gawędziarskiej rodzinnej opowieści, gdzie autor nie kryje dużego niekiedy udziału wyobraźni, ze źródłowymi wycinkami z prasy oraz przemówień wielkich wodzów.

Nie zadowala się przy tym tłustymi czarną farbą drukarską nagłówkami zamieszczonymi na pierwszej stronie, ale sięga głębiej: do ogłoszeń drobnych, matrymonialnych, na stronę piątą lub szóstą przeglądu sportowego… Dzięki temu możemy sobie uświadomić, że nawet w czasie strasznej wojny ktoś szuka zagubionego szalika, oferuje sprzedaż rękawiczek lub pragnie otworzyć swe serce na życiowego partnera.

Ubi sunt? W zaskakujący sposób przedstawione zostało dwudziestolecie międzywojenne i dopiero co wyswobodzona niepodległa Polska. Szczególnie współcześnie okres ten jest charakteryzowany w samych superlatywach. My, ludzie, mamy tendencję do szybkiego idealizowania tego, co dawne, i każdy naród buduje sam dla siebie mit złotego wieku.

Cezary Harasimowicz na szczęście nie daje się sprowokować do „poprawnego”, lecz tendencyjnego opisywania tego ważnego i trudnego dla Polski czasu. Pokazuje ogromną radość z powodu odzyskania wolnego kraju, ale nie przemilcza głodu, ubóstwa, ruiny. Zwraca między wierszami uwagę na fakt, iż połączone zostały w jedno obszary, które przez ponad sto lat funkcjonowały w ramach innych struktur państwowych. Pojawiła się dysproporcja w rozwoju gospodarczym, ekonomicznym, kulturowym. Polacy wywalczyli wolną Polskę, ale nikt nie wiedział, jaka właściwie ma ona być i co z nią począć.

Pisarz jest szczery (przynajmniej pozornie) także jeśli chodzi o historię swojej rodziny – nie koloryzuje, choć zazwyczaj w autobiograficznych powieściach trudno oprzeć się pokusie autokreacji. Opowiada o wyprawie dziadka do czerwonej dzielnicy w Londynie i sugeruje jej jednoznacznie niechlubny cel. Wspomina o tym, że Adam miał przelotny romans z fiołkowooką dziewczyną, w której się zakochał. Być może pisarz jest szczery i gra z nami w otwarte karty, a może ujawnia te fakty, aby uśpić naszą czujność i zakryć co innego.

Denerwujące może być dla czytelnika nagromadzenie informacji z zakresu hippiki, czyli jeździectwa konnego. Autor stosuje także specjalistyczną terminologię, nad którą przechodzi do porządku dziennego tak, jakby były to sprawy oczywiste, których nie trzeba nikomu wyjaśniać. Nie jest to jednak próżna sztuczka erudycyjna, ale w pełni uzasadniony zabieg.

Jak się okazuje, cała historia rodziny, począwszy od dziadka Adama Królikiewicza, który był najpierw ułanem, a później jeźdźcem olimpijskim, związana jest z końmi. Każdy, kto miał konia, lub chociaż miał do czynienia z koniem, wie, że to najwspanialsze zwierzęta na świecie. Jeździec i koń to jedna dusza w dwóch ciałach.

Jak wielki wpływ na życie bohaterów miały konie? Aby to sobie uzmysłowić, wystarczy przywołać jeden epizod z 1936 roku. XI Igrzyska Olimpijskie w Berlinie. Polacy, a wśród nich Adam Królikiewicz, znakomicie prezentują swoje umiejętności jeździeckie. Oczywiście, nie mogli zdobyć pierwszego miejsca – to arbitralnie należało się Niemcom. Na zakończenie polska drużyna poznaje „jedynego wodza”, Adolfa Hitlera. Powołanie się na ten epizod uratuje w przyszłości dwukrotnie życie Tomisławie Królikiewicz oraz Krystynie.

Choć niektóre sceny nie są – jak sam autor przyznaje – zapisem autentycznych wydarzeń, ale tworem jego wyobraźni, widać ogromną dbałość o realizm odtwarzanych dialogów – dwudziestowieczny język Kresów Wschodnich.

Raz wychodzi to autorowi lepiej, raz gorzej, ale bez wątpienia na najwyższy szacunek zasługuje dostrzeżenie problemu stylizacji językowej. Poza tym cała gawęda opowiedziana jest soczyście, obrazowo, momentami zaskakująco. Szczególnie zapadła mi w pamięć scena, w której śmierć ukochanego przez dziadka konia, Jaśka, opowiedziana jest z perspektywy zwierzęcia:

„Smakuje. Tym razem ci nie nasram, chłopie. A teraz dokąd?… A pokręcę się może po Agrykoli. O, kałuża. Trochę przymarznięta, ale się może da utaplać. O, jak dobrze… Zimniutko. I byczo, bo ta grochówka trochę za ciepła była. O, tam jeszcze milej, stawek zlodowaciały. O jak dobrze… Dobrze mi, dobrze… Dokąd ja idę, dokąd galopuję, dokąd? Co oni mi każą robić? Każą skakać przez jakieś przeszkody? Głupcy, idioci, kretyni. Po co skakać, jak można to ominąć. A posłucham, skoczę sobie, a dokąd ja skaczę, dokąd ja frunę, do tego szarego jak zdechły mech nieba… Tam, tam, tam. Jeszcze raz skoczę. Ale dlaczego nie opadam na ziemię? Dokąd mnie kopyta niosą?… Trębacz trąbi na obrokowanie. Ale co mi tam trębacz.”

Ale czego innego jak nie pisarstwa na najwyższym poziomie można spodziewać się po człowieku, który nie po raz pierwszy ma do czynienia ze sztuką słowa. Cezary Harasimowicz, poza tym, że jest pisarzem, jest także scenarzystą, aktorem oraz dramaturgiem. Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że literaturę rzeźbi się w języku.

Jedyną wadą książki jest sposób umieszczenia wspaniałych, historycznych fotografii, które bez wątpienia zasługują na kredowy papier i wklejkę.

Powieść spodoba się zarówno czytelnikom starszym, lubiącym gawędy i rodzinne sagi, jak i młodszym, zainteresowanym szybką akcją oraz nieprzewidywanymi zwrotami. Jest tu miejsce na zadumę nad kondycją człowieka, nad historią, nad światem. Jest także miejsce na anegdoty i szczery śmiech.

W dziesięciopunktowej skali książka zasługuje na dziesięć punktów.

5.00 avg. rating (99% score) - 2 votes

2 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here