Swędzi mnie ręka.

Nie jest to swędzenie na miarę Edgara Freemantle’a, ale czuję, że jeśli tak na serio nie zacznę pisać, projektować, robić kolaży, przytulać i CHCIEĆ, to swędzenie nigdy mnie nie opuści. Najgorsze jest to, że dochodzi do mózgu, a tego już nie ma jak podrapać.

Niech mi ktoś wytłumaczy dlaczego przy tej ewidentnie odczuwalnej chęci, wyciskam z siebie słowa jak pryszcze?

Zupełnie jakby były ich setki, tysiące w ciasnej poczekalni, a one kłębiłą się przed jedynymi drzwiami jak bezrobotni pod tablicą ogłoszeń w urzędzie pracy. Szepczą między sobą wkurzone, włażą jedno drugiemu na plecy, żeby podejrzeć cokolwiek przez dziurkę od klucza. Nawet mnie bawią ich starania, bo wiem, że i tak zakończą się niepowodzeniem.

Przy drzwiach stoi koordynator w białym kombinezonie i bawełnianych rękawiczkach naciągniętych aż po łokcie.

Wygląda tak, jakby nawet skrawkiem swojej szlachetnej skóry nie życzył sobie dotknąć tej hołoty. Sprawia wrażenie zblazowanego pewniaka, ale w środku jest tylko małym, przerażonym koordynatorem, pisanym z małej litery. Próbuje pohukiwać na pozostałe słowa; niestety jego starania trafiają w ścianę, bo one są niczym ślepe krety z wyjątkowo obfitego miotu – łażą po sobie, depczą się, rozpychają, wprowadzają rozgardiasz i sieją chaos. I szemrzą. Ciągle słyszę ich szum i żadne z nich nie wpadnie na to, żeby się przymknąć choć na chwilę. Postanawiam zatem przywołać kilku hałaśliwych winowajców do siebie.

Telepatycznie przekazuję koordynatorowi informację.

Biedak jest śliski ze strachu w tym swoim białym kombinezonie, niczym ugotowany bób wypychany ze skórki wprost na język. Długopis co chwila wymyka mu się z rąk, jednakże jego głos brzmi całkiem pewnie, kiedy sięga po ostateczny oręż – wielki megafon w czerwone i niebieskie paski.

– Proszę o ciszę! Ciiiiiszaaaaa! – ryczy.

Co za debil! Zaraz mi głowa eksploduje, a ten drze japę jak opętany. Ponownie używając telepatii przekazuję mu promienną wizję, w której zaklejam jego buzię brązową taśmą klejącą.

– Ekhmmm… – odchrząkuje.

Słowa przez chwilę stoją jak posągi.

Orzech wsunął głowę pod pachę Pralce, która stoi okrakiem nad Sznurkiem, siedzącym na stopach Cukierkowi.

– Panowie Szczęście, Jest, Kapelusz i pani Zaraza proszeni są o podejście do drzwi.

Zalega cisza, jakby ktoś nagle zabrał ze świata powietrze. Trwa niestety nie dłużej niż drgnięcie powieki, by zamienić się w rejwach, jakiego dawno w swojej głowie nie słyszałam. Widzę jak Miłość czerwienieje ze złości, bo zazwyczaj to ona była wywoływana razem ze Szczęściem; a nie czarujmy się – Szczęście to niezłe ciacho i właściwie wszyscy na nie lecą. Zaraza posyła Miłości złośliwego całusa, ale nie słyszy jak Miłość powarkuje pod nosem.

– Yyyy…pani Sraczka i pan Kryształ także proszeni są do drzwi – koordynator wachluje się podkładką, z której wykreśla wywołane przeze mnie słowa. W jego ciasnym i ograniczonym rozumku nie mogą pomieścić się takie duety, choć do cholery powinny, bo jednak zna mnie nie od wczoraj i musi widzieć, że tego właśnie można się po mnie spodziewać.

Wybucha śmiech.

Sraczka toczy wokół nieprzytomnym, zniekształconym zezem spojrzeniem, częściowo tylko ukrytym za brudnymi szkłami okularów. Kryształ nawet nie próbuje zamaskować tego specyficznego wyrazu niezadowolenia, który zniekształca jego gładkie rysy nadając im wygląd japońskiej maski demona Akaname.

– Chyba mamy tu mały chaos myślowy – szepcze zniesmaczony do pana Silnika.

Przez tłum przebija się głos koordynatora, znowu ryczącego przez megafon (chyba go zwolnię, przysięgam!):

– Proszę ustawić się gęsiego. No już, szybciutko! To nie czas i miejsce na pogaduchy! Raz, raz! Pan, panie Szczęście, pierwszy. Reszta czeka na swoją kolej.

Otwieram drzwi na oścież.

Ciepły wiaterek rozwiewa Szczęściu włosy koloru lekko przypalonego mleka. Mimo swojej tuszy jest bardzo atrakcyjny. Pomocnicy – ochotnicy Emil i Olgierd (to wielkie słowa; przyleźli lata temu nie wiadomo skąd i zostali. Wszyscy się ich boją, odkąd poszła fama, że maczali paluchy w próbie zgładzenia Naiwności) wyglądający jak napakowane sterydami szympansy, napierają z całej siły na pana Szczęście, który – jak zwykle i jak każde słowo – utknął w drzwiach.

– Gazu, bo się uduszę! – krzyczy coraz bardziej fioletowy na twarzy.

Emil i Olgierd sapią, ich muskularne ramiona wbijają się w tłusty boczek pana Szczęście, aż w końcu z głośnym „Plop!” Szczęście wylatuje przez otwór, wrzeszcząc „Geronimoooooo!” jak opętany. A bliźniacy już przepychają kolejne słowo z kolejki. I tak cały czas, dzień i noc.

Dom wariatów. Jaki pan, taki kram.

*Akaname − duch, który wylizuje brudne łazienki.

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here