Śmierć przychodzi nieoczekiwanie. Czai się w ciemnym zaułku, stoi tuż za nami na peronie, wpycha pod koła rozpędzonego samochodu, albo skazuje na długie męczarnie w chorobie. Można ją sobie wyobrazić jako kostuchę przyobleczoną w czarne szaty, można w niej zobaczyć łagodną dziewczynę wyjętą wprost z obrazu Jacka Malczewskiego. Każdy z nas o niej myśli, ale nikt z nią nie wygrywa.

Powrót po traumie.

Komisarz policji Helena Mobacke po długiej przerwie wraca do pracy. Trauma związana ze śmiercią synka i rozstanie z partnerem unieruchomiły ją na zbyt długo; czas wrócić do obowiązków, spróbować pracować, żyć i funkcjonować jak kiedyś. Helena zdaje sobie sprawę z tego, że całe jej życie dzieli się na okresy „przed” i „po”, gdzie „przed” wypełnione było słodkim zapachem włosów dziewięcioletniego Antona, jego fascynacją dinozaurami i dniami utkanymi żywą miłością. „Po” żyje w symbiozie z pustką i strachem. A komisarz Mobacke musi dojść do siebie za wszelką cenę i udowodnić sobie i innym, że nie straciła ani grama ze swoich kompetencji i nadal potrafi pruć przed siebie z mocą lodołamacza.

Śmierć w sztokholmskim metrze.

Helena nie jest anonimowa, dlatego kiedy w poniedziałkowy poranek wchodzi do przydzielonego jej biura w nowej komendzie, przełożony i podwładni wiedzą doskonale z kim mają do czynienia i po cichu robią zakłady, czy Mobacke okaże się być nadal „kobietą z żelaznymi jajami”, czy tragedia, która ją dotknęła wpłynie na jakość i moc jej poczynań.

Pierwszy dzień, który zapowiadał się tak spokojnie, przynosi wiadomość o śmierci młodego chłopaka, wepchniętego pod rozpędzony pociąg na stacji metra. Pani komisarz i jej zespół dochodzeniowy jadą na miejsce, żeby zbadać okoliczności śmierci Erika.

Kolejne ofiary.

Czy śmierć Erika, młodego miłośnika teatru, była efektem przypadkowych działań szaleńca? Niestety nie. Podczas gdy policja rozbudowuje krąg podejrzanych, z których przynajmniej połowa mogła mieć motyw, dochodzi do kolejnego zabójstwa – pod kołami pociągu ginie pani psycholog. Helena i jej zespół podwajają wysiłki prowadzące do odnalezienia mordercy. Zdawałoby się, że śledztwo posuwa się, choć mozolnie, do przodu, gdy po kilku dniach policja dostaje informację o kolejnej ofierze; i w tym przypadku modus operandi sprawcy prowadzi Mobacke do stacji metra.

Co kieruje zabójcą? Czy wybiera przechodniów przypadkowo? Czy za jego działaniami kryje się coś więcej?

Ostatnie sekundy przed śmiercią.

Wtedy to czuje: uderzenie w plecy. Nie potrącenie w biegu, tylko silnie i wyraźnie celowe pchnięcie.

Co, do jasnej cholery…- chce się odwrócić i głośno krzyknąć, ale kozaki i ziemia pod nimi znikają. Wszystko staje się powietrzem. Uczucia przelatują przez nią, próbuje się uchwycić któregoś z nich. Złość zastępuje ochota do śmiechu. To jest tak absurdalne: że nie ma niczego, czego mogłaby się przytrzymać. Żwir. Drewniane belki. Uderza o nie z głuchym dźwiękiem. Pociąg trąbi. Nie zdążę. Teraz jest zdziwiona. Iskra z przewodów elektrycznych. Nie chcę. Wszystko wypiera głęboki smutek. I jeszcze, na samym końcu: Jonatan.

Ciasno, coraz ciaśniej.

Po trwających godzinami przesłuchaniach, Helena i jej niezawodny zespół inspektorów kryminalnych, eliminuje jednego podejrzanego za drugim. Czytelnik niemal do samego końca nie może być pewien, kto stoi za śmiercią tylu osób. Podążając za mocno zarysowanymi sugestiami autorki, można sądzić, że winnym jest ojciec dziewczyny Erika; ale nie dajcie się zwieść sprytnej Johannie Mo. Krąg mężczyzn wziętych pod lupę przez policję, zawęża się do jednego, zarejestrowanego przez kamerę monitoringu. Wychodzą na jaw nowe wątki, które zaciemniają obraz śledztwa. Czy Mobacke odkryje tożsamość zabójcy w kapturze? Jeśli chcecie dowiedzieć się, co łączy z nim panią komisarz, koniecznie sięgnijcie po „Tak sobie wyobrażałam śmierć”.

Kiedy miłość ustępuje miejsca rozpaczy.

Jeśli kocha się kogoś tak bezgranicznie, jak swoje dziecko, można dokonać dosłownie wszystkiego. Miłość do dziecka jest najsilniejszą siłą napędową, motywatorem większości naszych poczynań, współrzędnymi życia. Co jednak może zrobić rodzic, który – tak jak Helena – dziecko stracił? Oddać się pracy czy niezauważalnie przekroczyć cienką granicę, za którą czeka tylko przejmująca rozpacz i obłęd? Johanna Mo dotyka ran, które zazwyczaj nigdy się nie zabliźniają i robi to w sposób nienachalny. Utrata dziecka jest leit motivem powieści, a śmierci dorosłych w metrze zaledwie pięknie utkaną osnową.

Jestem pod wrażeniem jednoczesnej dynamiki i subtelności kryminału Johanny Mo. To książka, którą ciężko odłożyć bok, zanim nie doczyta się jej do końca.

Uwielbiam kobiety piszące opowieści z dreszczykiem, bo to babskie spojrzenie na świat drga zupełnie innymi emocjami. Uwielbiam skandynawskie kryminały – i cóż za szczęście: Johanna Mo nie dość, że jest kobietą, to jeszcze Szwedką!

Johanna Mo (ur. 1976) zadebiutowała w 2007 roku powieścią „Więcej życia, niż jestem przyzwyczajona”. Jej nowela „Niech roztargnienie się tym zajmie” była nominowana w konkursie Szwedzkiego Radia na najlepszą nowelę w 2011 roku, zaś w 2013 otrzymała nagrodę Barometern-OT’s „Gyllene Fjädern”. Na swoim koncie ma także powieść „Dokładnie tak źle jest” i każda jej publikacja jest niezwykle ciepło przyjmowana przez czytelników.

A ja się wcale, ale to wcale temu nie dziwię.

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here