Przystojny i młody, silny i delikatny, odważny i czuły. Mistrz sztuki tai-chi, trzymający na ścianie charakterystyczną dla tego sportu szablę. Elokwentny, inteligentny doktor literatury angielskiego średniowiecza, zaczytujący się książkami z zakresu teorii dramatu. Prywatny detektyw, tymczasowo bez licencji, na tropie wielkiego przekrętu w branży muzycznej. Tak, cały czas mowa o jednym człowieku. Przed Państwem chodzący ideał – Tres Navarre we własnej osobie!

Ta urzekająca postać działa na czytelnika jak magnes.

Dzięki pierwszoosobowej narracji zastosowanej w książce Ricka Riordana pt. „Taniec wdowca”, oglądamy świat przedstawiony oczyma Tresa. Mamy także możliwość prześledzenia jego motywów postępowania i metod dedukcji używanych podczas śledztwa.

Już na początku powieści przeżywamy szok – oto na jego (a więc i na naszych) oczach zastrzelona zostaje skrzypaczka, Julia Kearens. Trop wiedzie od zaginionej taśmy demo nieznanej gwiazdeczki muzyki country, Mirandy, przez zniknięcie w niewyjaśnionych okolicznościach jednej z grubych ryb w branży fonograficznej, aż do przemytu broni na skalę ogólnoświatową. Nasz bohater nie poddaje się dopóty, dopóki z zawodową precyzją i wyczuciem smaku nie dowie się prawdy. A jest ona zaskakująca nawet dla wnikliwego, uważnego czytelnika. Warto towarzyszyć Tresowi przez niemalże 500 stron narracji, od początku do końca tej zagadkowej sprawy.

Wokół Tresa kręcą się także wszystkie kobiety pojawiające się w brutalnym, męskim świecie dzikiego Teksasu.

Caroline, jego dziewczyna; Erainia, właścicielka biura detektywistycznego, w którym odbywa on praktykę; Miranda, piosenkarka country, której kaseta demo zostaje ukradziona, a także Kelli oraz Allison… Co chwilę któraś próbuje wskoczyć mu do łóżka. Niespecjalnie mnie to dziwi, bowiem co kilka stron sama łapałam się na podobnych myślach.

Kreacja głównego bohatera i zarazem narratora jest jedną z najmocniejszych stron powieści. Niemniej jednak wszystkie postaci, także drugoplanowe, są wielowymiarowe i naszkicowane z dużym wyczuciem stylu. Za każdym imieniem i nazwiskiem przywołanym w powieści kryje się niepowtarzalna historia życia, którą pragnie się odkryć. Wywołuje to wrażenie realności, pozwala wsiąknąć w atmosferę utworu.

Dynamizmu akcji dodają znakomite, liczne dialogi.

To z nich dowiadujemy się najistotniejszych informacji, pozwalających ruszyć śledztwo do przodu. To one charakteryzują postaci oraz relacje między nimi. Nie jestem pewna, czy to kwestia tłumaczenia, ale niestety język bohaterów jest dość słabo zróżnicowany. W zasadzie wszyscy mężczyźni i wszystkie kobiety mówią w ten sam sposób. Wyjątkiem są Latynosi, których mowę cechuje duża liczba wtrętów hiszpańskich.

Rick Riordan był bardzo konsekwentny w budowaniu świata przedstawionego w utworze.

Jego Teksas to dzika przestrzeń – męski, brutalny świat, pełen obskurnych klubów, z których dochodzi muzyka country. Tu i tam rozciągają się olbrzymie rancza. Każdy, kto tu się urodził i wychował, przeszedł twardą szkołę życia. Chłopacy musieli nauczyć się nieokazywania uczuć, bicia prosto w szczękę i picia tequili. Dziewczyny z konieczności stały się wewnętrznie sprzeczne: agresywne, aby bronić się przed mężczyznami, którzy próbowali zrobić im krzywdę, oraz przesłodzone, aby wkupić się w łaski tych z nich, którzy mogliby wyrwać je do lepszego świata.

Tytuł książki jest dość zagadkowy. Do niego także nawiązuje inicjalny cytat w powieści, pochodzący z piosenki o tym samym tytule, nagranej przez Brenta i Mirandę Daniels.

Tyle tylko, że Brent i Miranda Daniels to postaci fikcyjne, stworzone przez Riordana. „Taniec wdowca” to piosenka, którą słyszy Tres Navarre w wykonaniu Mirandy pierwszego wieczoru. Wtedy postanawia, że weźmie tę sprawę. Opowiada ona o ostatnim tańcu mężczyzny i kobiety, o śmierci, tęsknocie i rozłące, a także o wielkiej miłości. Wkrótce okazuje się, że autorem tekstu jest Brent, brat Mirandy, a tekst opowiada o jego życiu. Ten enigmatyczny utwór to największa zagadka, a zarazem klucz do jej rozwiązania.

Jedyne, co przeszkadzało mi w lekturze, to kiepski layout.

Minimalne marginesy zewnętrzne oraz dolny powodowały wrażenie przepełnienia strony tekstem, co męczyło oczy. Nie jest to jednak kwestia dotycząca treści, ale sposobu jej prezentacji. Gdyby jednak zwiększyć marginesy, odbiłoby się to na liczebności stron, a co za tym idzie – na wadze oraz objętości książki. Pewnie trudniej było by ją zmieścić do torebki, wziąć ze sobą do tramwaju lub spakować do podróżnej walizki.

Tres Navarre – bohater, o którym długo nie zapomnę. Po pierwsze, dlatego że skutecznie zdobył moje serce, a po drugie, ponieważ w przygotowaniu jest kolejna książka z jego przygodami – w marcu ukaże się „Ostatni król Teksasu”. Już się nie mogę doczekać!

 

5.00 avg. rating (99% score) - 2 votes

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here