Miłość w kształcie raffaello – Mateusz Wieczorek

Mateusz Wieczorek aka „Wariat z telefonem”. Znacie go jako autora „66 dusz” i „Ostatniego worka cementu”. Jego niebanalne poczucie humoru, doprawione tym specyficznym spojrzeniem na życie, zaowocowało poniższym felietonem. Serdecznie zapraszamy do lektury!

Zanim odpowiednio podejmę temat, który jest sednem tego felietonu, chciałbym przytoczyć Wam taką w stu procentach prawdziwą i nie przerysowaną historię z mojego życia


Jakiś czas temu stałem w kolejce do kasy w pobliskim supermarkecie. Przede mną wyczekiwał młody facet, który na taśmę położył paczkę prezerwatyw. Zachowywał się nerwowo, był blady, miał rozbiegany wzrok, a do tego tak jakoś blisko siebie osadzone oczy. Pomyślałem: „no jak bum cyk gwałciciel… Na pewno ma na imię Maciej”. Ale nagle jego rozklekotane spojrzenie zatrzymało się na półeczce tuż nad wspomnianą taśmą. Niepewnym ruchem ręki, jakby bał się, że to zły pomysł, zdjął z niej pasek „Raffaello”. Przyjrzał się cenie i dołożył do gum. „Aaa, nie gwałciciel – poprawiłem się w myślach patrząc na Maćka. – Gorzej. Romantyk!”

Był 14 lutego 2018 roku.

Walentynki. To właśnie o tym dniu opowiada dzisiejszy felieton

Katolickim patronem dnia zakochanych jest święty Walenty. I przy nim chciałbym zatrzymać się na moment. Jeśli spojrzymy na opis świętego, choćby do Wikipedii, dowiemy się, że atrybutami naszego katolickiego herosa są miecz i pochwa. Nie wiem w jakim stopniu orientujecie się w tematyce symboliki, ale miecz jest metaforą męskości a pochwa to… Ludzie nie podjęli nawet wysiłku, żeby zmienić jej nazwę. Ale gdyby tak uwspółcześnić tego bohatera, to bo ja wiem? Gniazdko i wtyczka? Ołówek i temperówka? Nie wiem! Kombinuję.

Na początku należy wyjaśnić, czym tak „naprawdę” są walentynki?

To taki dzień w roku, kiedy połowa mężczyzn rani się różą w dłoń, przez zaciśnięte zęby nazywa ją „p**dą” a później wręcza swej ukochanej mówiąc:

– Gdyby moja miłość mogła przybrać jakąś formę, była by tą różą.

– Kochanie, co ci się stało w dłoń?
– Weź k… kwiatka, przyjmij ode mnie i leć po plaster, bo mi słabo!

Druga połowa to prawdziwi faceci, którzy nie uznają amerykańskich świąt. Zamiast tego wieczorem siadają w fotelu przed TV, oglądają „Wykute w ogniu”, piją whiskey, palą Marlboro i jedząc chipsy upierdzielają sobie jeansy.

Dawniej była jeszcze jedna wersja i nazywała się „na jednostkę wojskową”. Dziś, w czasach gdy nie ma już obowiązku służby państwu, mało kto pamięta, jak bardzo ekonomiczna była ta opcja walentynek.

A, że Mati w wojsku był…

Robiło się to tak: przemycało się do jednostki tanie wino i świerszczyka, wchodziło się z tym do izby żołnierskiej, patrzyło na kumpli i mówiło „Panowie dzisiaj stawiam dziwki i szampana!”. No plus tysiąc punktów do respektu w oczach kumpli. Przez kolejne dwa tygodnie w trakcie obiadu oddawali mi część swoich pyrek. Jako dowód uznania i szacunku. Eh, stare dobre czasy.

Niestety po wyjściu z wojska, kiedy stare obyczaje upadły, nie potrafiłem odnaleźć się w żadnej ze wspomnianych wcześniej grup. Wtedy odkryłem, że ze mną jest jeszcze trudniej. Gdybym miał Wam opisać swoje zachowanie w walentynki, musiałbym posłużyć się następującymi słowami: „chęci”, „entuzjazm” i „atomowy grzyb”.

W jednym zdaniu. Wynika to głównie z tego, że to, co w moich oczach jest „objawieniem geniuszu”, w oczach innych jest już czymś na kształt dżumy.

Jak to dokładnie działa? Wyjaśnię Wam na przykładzie minionego Dnia Matki

Moja mama uwielbia kwiaty. Jako dobry syn pojechałem do kwiaciarni po różę tak piękną, że sam jej widok wpędzałby człowieka w szok z przerzutami do kolan. I doznałem szoku, kiedy tylko zobaczyłem jak długa jest kolejka do kasy. Zrezygnowany odwróciłem wzrok i zauważyłem, że obok kwiaciarni jest sklep ogrodniczy. I tutaj akcja się zagęszcza. Kiedy bowiem wręczałem matce paczki z nasionami kwiatów, tłumacząc jej, że to jest tak samo genialne jak meble z Ikei, dowiedziałem się, że jednak mam w sobie coś z rycerza w satynowej, lśniącej zbroi na śniadym rumaku. Zakuty łeb. Ale sami przyznajcie, że jak się samodzielnie skręci łóżko z Ikei, to się tak jakoś lepiej na nim śpi, nie? Więc zupełnie nie rozumiem tych pięciu miesięcy nieodbierania ode mnie telefonu. Nie wiem… Może nie wykiełkowały? Nie wiem!

Wiem za to coś innego

Wiem, że jakiejkolwiek rady bym Wam teraz udzielił, to nie pomoże Wam ona w zauważeniu w porę krawężnika, podczas biegu po swoje zwycięstwo. Jeśli powiem, że walentynki najlepiej obchodzi się bokiem – nie posłuchacie. Ponieważ dzień świętego Walentego, to tak naprawdę Festiwal Robienia Głupich Rzeczy. I teraz tą tezę poprę pewnym faktem. Cofnijmy się w czasie o dekadę.

Razem z kumplami siedzimy w żołnierskiej izbie, pijemy „szampana”, próbujemy rozkleić gazetę, którą wcześniej ukradł Robert, aż wpada do nas ktoś z pokoju obok i krzyczy:

– Chłopaki! Ponton chce się zabić!

No takiej atrakcji przegapić nie mogliśmy.
Ponton nie dostał swojej ksywki bez powodu. Ponad stukilowy chłop siedział w sali obok, dławiąc się własnymi łzami. Okazało się bowiem, że w walentynki postanowił pójść na przepustkę do studia tatuażu i wydziarać sobie na przedramieniu imię swojej dziewczyny. Ewa.

Nie są znane przyczyny jego zachowania, znane są natomiast konsekwencje.

Kiedy Ewa zobaczyła tatuaż na niskiej jakości zdjęciu w MMSie, natychmiast z nim zerwała. Żal nam się tego romantyka zrobiło, bo niby dzban, ale czasem też „dziwki” do pokoju sprowadził w rękawie własnej kurtki. Szybko więc poszukaliśmy w jego rodzinie innej Ewy, ku czci której nosi od tamtego czasu dziarę i pocieszyliśmy. Ciocia jego cioci to też jest chyba rodzina, nie? Niby piąte laczki po wujku dziadka, ale zadziałało. Wyściskaliśmy się z nim jak Kargul z Pawlakiem przez płot i radzi, że uratowaliśmy mu walentynki, poczęstowaliśmy szlugiem.

Ponton wziął papierosa i chcąc w pełni się uspokoić, poszedł do toalety na dymka. Zamknął się w ostatniej kabinie, tej z oknem i zajarał. Kiedy skończył chwycił za klamkę i…lipa. Drzwi nie ustąpiły. Nikt go bowiem nie ostrzegł, że trzeba je mocniej popchnąć barkiem, więc chłopak z miejsca uznał, że ktoś robi sobie z niego jaja. Zdenerwowany Ponton nadepnął na klamkę i dźwignął się, by zobaczyć nad kabiną, który kasztan przytrzymuje mu drzwi. To co wydarzyło się w sekundę później, było bardziej spektakularne, niż fanfary studia filmowego 20th Centaury Fox.

Nadepnięta klamka ustąpiła

Ponton wyrżnął brodą w drzwi, upadł do tyłu, prosto na kruchą porcelanę, która nie omieszkała pęknąć. Próbując ratować się w trakcie lotu, rozciął sobie rękę o stary grzejnik by ostatecznie, w akompaniamencie ogromnego huku, stracić przytomność.
Kiedy do toalety wbiegł zaalarmowany hałasem podoficer dyżurny i zobaczył wystające spod kabiny nogi oraz małą kałużę krwi, to my, chłopaki spod jedenastki, pomogliśmy mu rozwiązać zagadkę:

– A jednak chciał się zabić!

Przez swoją upartość w zrobieniu z walentynek czegoś wyjątkowego, Ponton dostał żółte papiery. Uznano go bowiem za niepoczytalnego. I to jeszcze nie był fakt, o którym wspominałem. To był dopiero wstęp.

Teraz będzie fakt:

Święty Walenty jest nie tylko patronem zakochanych. Jest też orędownikiem podczas ciężkich chorób, szczególnie psychicznych i epilepsji. I właśnie tak się zastanawiam, czy Ponton jednak miał te walentynki udane czy nie? Jak to punktować? Bo jeśli jednak miał to… Po c**j Maćkowi Raffaello?

Kurtyna!

– Mateusz Wieczorek

5.00 avg. rating (99% score) - 9 votes
shares