WEEKEND

Bezapelacyjny król tygodnia. Uwielbiamy! Kochamy! I to wcale nie dlatego, że wyłamujących się z uwielbienia poddanych król oddaje w ręce kata. Chłopcy się cieszą, bo kończy się szlaban na kompa (z którego konsekwentnie nie korzystają podczas roboczego tygodnia), a ja – bo nikt nie truje mi dupy urzędowymi sprawami, od których niebezpiecznie wzrasta poziom mojego A) stresu, B) niepokoju, C) smutku, D) irytacji.

Mimo takiego rozprężenia, które celebrujemy biegając po mieszkaniu w piżamach aż do popołudnia, ku swojemu zdziwieniu odczuwam presję, która potęguje we mnie chęć wyruszenia w miasto i oddaniu się niecnym rozrywkom.

Odechciewa mi się natychmiast, kiedy patrzę przez okno na kaczkę spacerującą po śniegu na ścieżce między blokami. Okej, minus sześć na termometrze, szare niebo. Ludzie nie oddychają już normalnym powietrzem, tylko błękitnymi lodowatymi obłoczkami. A tak na marginesie, skąd, u licha, wzięła się tu kaczka? Aaaaa, wiem. Przecież niedaleko jest staw, zaledwie pół godziny spacerkiem; wystarczy przedrzeć się przez chaszcze przy torach. Kaczka, śnieg i ten potworny mróz zdecydowanie nie są czynnikami zachęcającymi do wyjścia z domu. Nie, nie, nie.

Zatem laba.

Jemy niespiesznie późne śniadanie popijając organiczne kakao na średnio tłustym mleku. Jest miło, rodzinnie, tak że marzę o takim codziennym celebrowaniu poranków. Moi chłopcy uroczo potargani, jeszcze rozgrzani snem. Ja w koszulce nocnej z wiewiórką, ciepłych skarpetkach a la Lolita i z puszystymi włosami, które układają się w nienachalnie naturalny sposób, jakby były modelowane na okrągłej szczotce.

Dobra. A teraz serio.

Chłopaki siedzą przy stole. Czekają z nosami wlepionymi w telewizor, w którym Sheldon Cooper sypie swoimi ironicznymi żartami, albo Spongebob wkurza telewidzów irytującym śmiechem, o ile zdążyli przełączyć. Idąc z tacą do pokoju spoglądam w lustro i oto, co widzę: bezkształtne różowe spodnie od piżamy, t-shirt uświniony bardzo poranną kawą i górującą nad tym czerwoną, błyszczącą gębę w obramowaniu rozpirzonych na cztery strony świata włosów. Wisienką na torcie są dwa nowiutkie, świeżutkie pryszcze na brodzie, niechybnie narodzone z wczorajszej czekoladowej orgii w środku nocy. Powiedziałam czekolada? No skąd, to była tylko woda mineralna! Wyraz tępego niesmaku spowodowanego odbiciem w lustrze mówi: „Jestem pawianem po nieudanej operacji mózgu. Może i bym pobzykał, gdyby ten kamień w kącie nie był taki twardy”

Coś potwornego.

Po śniadaniu zapowiada się czas wolny w wersji de luxe.

– Nic mi się nie chce – mówię chłopakom.

– Przecież nie musisz nic robić – Jasio klepie mnie uspokajająco po dłoni. – Mogę kompa?

– Eheś – zbieram ze stołu naczynia.

– Pomóc? – Krzyś przynajmniej pomaga mi w ustawieniu wszystkiego na tacy. – Ja też mogę?

– Bosz… a idźcie – wzdycham.

I tak oto mój wolny czas de luxe zmienia się w szereg czynności, które jak wiadomo nie mają nic wspólnego z sobotnim leżakowaniem. Zmywam, biorę się za leniwe przygotowywanie obiadu, na który dzisiaj – sam wypas – kotleciki z papryką, a także rozważam załadowanie pralki. Po czym orientuję się, że nie mam kapusty na surówkę, więc czeka mnie spontaniczna wyprawa do sklepu wbrew mocnym postanowieniom nie ruszania się z domu. Ale przynajmniej żaden urząd nie psuje mi nerwów.

No. Po tym następuje orgia lepienia kotletów, siekania kapusty, tarcia warzyw. Bla, bla, bla, nuda do kwadratu. Cały blat uwalony mięsem, a podłoga tonie w warzywnych ścinkach, które umknęły tarce. A ja doprawiam, piekę, mieszam, nakładam na talerze. Jemy.

Zmywam, sprzątam, w międzyczasie wyciągam pranie.

Kiedy pół godziny temu patrzyłam na zegarek, było widno i przedpołudniowo, teraz nagle jest siedemnasta trzydzieści dwie, a za oknem czarna noc. Kuźwa. Jak to możliwe? Przecież miałam odpoczywać.

Chłopcy grają na kompach. Mówią do siebie w znanym tylko sobie slangu, z którego ja nic nie rozumiem.

– Koksisz go! Daesz!

– Ale jestem nafidowany!

Czyli, że o co chodzi? Dzieci są takie okrutne. Czuję się bardzo, bardzo niepotrzebna. Pewnie odczuliby mój brak dopiero wtedy, gdyby zaczęło im burczeć w brzuchach.

Idę pod prysznic i myję się w ciemnej łazience, a z prysznica leci raz letnia, raz ciepła woda.

Nie jestem w stanie się rozgrzać, a do tego robi mi się bardzo smutno, bo uświadamiam sobie, że jestem strasznie samotna i mimo prawie czterdziestki na karku, znowu nie wiem, co mam robić ze swoim życiem. To chore. W tym wieku powinnam mieć jasno wytyczone cele, które byłyby możliwe do zrealizowania, spłacony chociaż w połowie kredyt mieszkaniowy, nowy samochód z bajeranckim odtwarzaczem i podgrzewanymi siedzeniami oraz pewność siebie wynikającą z wiedzy i życiowych doświadczeń. A także, rzecz jasna, kilka sukcesów na koncie. Popłakuję wycierając włosy.

Kurna! Cholerny kolczyk zahaczył o ręcznik. Ałaaa! Boże. Ręcznik wisi mi na uchu, które mi się zaraz urwie, a z dziury pewnie wypłynie mózg, który zbiorę do słoiczka po dżemie, bo tak go dużo.
No, teraz to już jestem konkretnie zdołowana.

Zaryczana idę do kuchni, zrobić sobie pocieszającą herbatę z wkładką.

Krzyś, który przed chwilą buszował w lodówce, a udaje, że wcale nie, pyta:

– Mama co ci? Dlaczego płaczesz?

– Woda była ziiiimnaaaaaaa – zanoszę się rykiem.

Mój syn przez chwilę sprawia wrażenie, jakby chciał popukać się w czoło, ale litościwie odpuszcza.

W grobowym nastroju popijam herbatkę z solidną porcją wódki pomarańczowej (smakuje strasznie, co doprowadza mnie do jeszcze większej depresji i myśli pt „Jestem beznadziejna, nawet wódki nie umiem kupić dobrej”).

Udaje mi się wygonić dzieci do mycia i kiedy włączamy film nadal chlipię i pociągam nosem.

Czuję ich wzrok na sobie.

Obserwują mnie.

Muszę natychmiast przestać!

To jest ta wiekopomna chwila, w której myślę: „A może by tak skorzystać z portalu randkowego?”

Śnią mi się dziwne rzeczy…

Niedzielny poranek wyrywa mnie ze snu w czarnym pokoju.

Jest cholerna piąta rano równo jak w mordę strzelił. Już przy wstawaniu z łóżka zaczynam płakać. Bo nie mogę spać, a jest wolny dzień. Bo chcę kawy z mlekiem, a okazało się że mleko skwaśniało i teraz w mojej kawie pływają ohydne grudki. Bo kuźwa wszystko! Patrzę w kalendarz i spływa na mnie ukojenie; no przecież już wieeeeeem dlaczego jestem taka rozmazana! Trzy tygodnie temu miałam okres, więc jasne jest, że to co mnie teraz dotyka, a co ja nazywam niedelikatnie „emocjonalnym rozjebaniem” to najzwyklejszy w świecie PMS. Spokojniutka, jakbym była Hannibalem Lecterem nafaszerowanym prozakiem, z kubkiem nowej kawy BEZ mleka, wracam na paluszkach do pokoju i przy lampce nocnej zabieram się do pisania pamiętnika.

Po czterech godzinach przychodzi do mnie Jaś, przytula się swoim pyzatym policzkiem.

– Jak tam, co tam kwiecie mój? – pytam całując go w czoło. Jednak seriale są bardzo pożyteczne, tyle fajnych rzeczy można z nich wynieść. Sheldona Coopera na przykład. Jaś chichocze. Tulimy się do siebie chwilkę, bo zaraz przychodzi Krzyś, uwiesza się na mojej szyi. To takie cudowne. Już się nie czuję samotna, raczej jak parówka między połówkami bułki. Jesteśmy jak jedność, żyjemy w symbiozie, kochamy spędzać ze sobą czas, bo jesteśmy perfekcyjną trzyosobową rodzi…

– Możemy bajkę? – przerywają mi moje rozmyślania.

Wrrrr.

Idę do kuchni robić śniadanie.

A potem… no cóż – ja zmywam, ogarniam, zamiatam okruchy po śniadaniu, a oni siadają przy komputerze, bo „wiesz mama, chcemy wykorzystać ten czas na granie na maksa”. Wiem. Od tego są weekendy. Od tego one są. Zaraz się poryczę.

Chłopcy grają, ja wracam do pokoju i oglądam „Teorię wielkiego podrywu”, „Dr. House’a” i kilka starych odcinków „Archiwum X” pod rząd. To tylko takie zabijanie myśli, mącenie kijem wody. Żeby nie skupiać się na odczuwaniu tych wszystkich pieprzonych braków w moim życiu.

Uff. Dobra. Pozytywne myślenie, co nie?

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here