WTOREK

Wtorek to kalka poniedziałku, wyłączając fitness. Od samego rana powtarzam mechaniczne czynności; zamiatam, robię pranie, wywalam maile ze skrzynki, które krzyczą „Zrób zakupy za minimum 500 złotych, a oddamy ci 50 groszy w szerokim uśmiechu. Promocja ważna dzisiaj do północy! Nie zwlekaj!”

No gdzież bym śmiała.

Biorąc pod uwagę stan moich finansów, który z małej dziury w ziemi rozrósł się przez ostatni rok do rozmiarów Wielkiego Kanionu. Oszczędnie gospodaruję finansami, przestałam nawet farbować włosy. Co jest nawet dobre, bo w końcu po raz pierwszy od lat widzę naturalny kolor (zszarzały blond) na odrostach. Choć nie powiem, skusiłam się dwa czy trzy razy na manicure hybrydowy, co wspaniale wzmocniło moje zniszczone stresem paznokcie.

W ciągu ostatnich kilku miesięcy zdarzyły mi się niepokojące bóle za mostkiem.

Pierwszy raz w Tesco, kiedy snułam się między regałami przewieszona przez wózek i za każdą próbą wyprostowania czułam pod żebrami dziesiątki małych eksplozji. Dyszałam jak parowóz, ból był okropny, najgorszy przy półkach z czekoladami (omen?). Człapałam tak noga za nogą, górną połową ciała oparta o wózek w mało eleganckim zwisie i myślałam: „Umieram. Więc tak to wygląda. Boże. Nie ruszę się stąd. Tu są ludzie, monitoring. Może ktoś zauważy jak upadam”.

Nagle ból zelżał.

Bęc i już go nie było. Oczywiste jest zatem, że całe to zajście zlekceważyłam aż do następnego razu, który nastąpił mniej więcej trzy tygodnie później. Chłopcy już spali, ja zaś spokojnie leżałam pod kołdrą i kocem, zanurzona po nos w książce. I wtedy się stało – potworny ból w klatce piersiowej, nagły i rozdzierający. Z perspektywy czasu, na skali od zera do dziesięciu jego siłę rażenia opisałabym tak: „Zaraz urodzę Obcego, który już wygryza sobie drogę na świat przez moje serce. A jak wyjdzie, to zrzuci moją niepotrzebną skórę jak stary płaszcz i pójdzie zjeść moje dzieci”. Ból minął po kwadransie jak ciachnięty nożem, a ja trzęsłam się z przerażenia tak bardzo, że nazajutrz postanowiłam pójść do lekarza.

Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:

Lekarz: „Zrobimy ekagje. A potem pani do mnie wróci z wynikami.”

Ja: „Teraz?”

Lekarz: „Oczywiście, proszę pójść do zabiegowego, tam czeka pielęgniarka.”

Ja (po powrocie z zabiegowego z długim na dwa metry wydrukiem ekagje): „Wszystko w porządku panie doktorze? Bo już mnie dzisiaj nie boli…”

Lekarz (kontemplując ekagje): „Bo to nie serce. Serce ma pani jak dzwon. I ciśnienie jak niemowlę. Czy pani się czymś stresuje?”

Ja (ze wzrokiem wbitym w sufit, wyglądam zupełnie jakbym chciała sprawić wrażenie osoby myślącej. Bo faktycznie myślę o tym, jak potwornie dosrał mi poprzedni rok, zamieniając moje życie w piekło niepewności; jutra, którego wcale może nie być. Jak bardzo ostatni rok mnie skopał i dobił złymi informacjami. To było czyste zło w koncentracie): „Ja? To znaczy wie pan, trochę się martwię…różnymi rzeczami” (dorzucam koślawo)

Lekarz: „W takim razie proszę zredukować stres.”

O. Mój. Boże.

Tego mi było trzeba. To naprawdę epickie odkrycie na miarę Nobla z dziedziny medycyny panie doktorze. Proszę mi przepisać jakieś pigułki, najlepiej w kolorze różowym, bo uspokaja i dobrze działa na psychikę. I może na opakowaniu niech będzie napisane „Lek usuwający problemy”.

A jako niepożądane skutki uboczne:

– Wymiotowanie tęczą

– Niekontrolowane napady chichotu w miejscach publicznych

– Umiejętność latania w pionie

– Zonk, kretynko! Stukasz do raju bram, bo w końcu udało ci się otruć!

Z zamyślenia wyrywa mnie głos lekarza:

– Podejrzewam żołądek. Dam pani skierowanie na gastroskopię, ale najpierw pobierzemy próbki kału. Proszę wziąć naczynie z rejestracji.

– Ale mnie nie boli żołądek… – mamroczę osłupiała.

– Jednakże wszystko na niego wskazuje – mówi pan doktor i oczywiście w tym samym momencie zaczyna mnie boleć brzuch. Obawiam się, że jestem cholernie podatna na sugestie i byłabym świetnym królikiem doświadczalnym dla każdego hipnotyzera.

Zabieram swoje skierowanie, a z rejestracji fiolkę z nakrętką i szpatułką w komplecie.

Nie. To mnie przerasta.

Nigdy nie oddam kału do analizy. Nie będę w stanie grzebać tą cholerną szpatułką w muszli klozetowej, dźgając pływającego tam balaska. Bleeee. Już mi niedobrze na samą myśl. Poza tym wstydziłabym się postawić to na blacie w rejestracji, mówiąc: „Przyniosłam próbkę kału”. Raczej wyobrażam sobie siebie w kamuflażu, na który składałby się na przykład kapelusz z rondem, ruda peruka, dzwony i bluza z kapturem. I po prostu otworzyłabym szybko drzwi od przychodni i wrzuciła tam niepodpisaną fiolkę z próbką do analizy tak, jakbym rzucała odbezpieczonym granatem. A potem uciekłabym chowając się za rogiem, ale zadowolona, że tak sprytnie to wykombinowałam.

Nawet mnie samą zaskakuje to dojrzałe podejście do tematu…

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here