Fot. Renata Dąbrowska/Agencja Gazeta

Dziennikarz z zawodu. Filozof z wykształcenia. Pisarz z powołania. Autor kilkuset felietonów i reportaży. Publikował m.in. w „Polityce”, „Wprost”. Przez kilka lat był redaktorem naczelnym „Słowa Polskiego”, jednej z najstarszych gazet na Dolnym Śląsku. Autor doskonale Wam znanych i uwielbianych przez Was powieści: „Pożądanie mieszka w szafie”, „Dom tęsknot”, „Powiem Ci coś” oraz najnowszej, emocjonującej, sensacyjnej epopei rodzinnej „Fermy blond”.  Z Bookniętymi, w atmosferze wakacji, rozmawia nie tylko o książkach, Piotr Adamczyk.

Jesteś filozofem z wykształcenia. Jak to się stało, że zostałeś pisarzem? Czy wiedza ze studiów przydaje Ci się w życiu, czy wykorzystujesz ją w swojej pracy?

Gdybym rozwiązywał lub układał krzyżówki, to pewnie filozofia by mi się na co dzień przydawała. Jednak podobnie jak kulturoznawstwo, historia, socjologia i większość nauk humanistycznych, ona przede wszystkim ułatwia rozumienia kontekstów, dając przy tym wiedzę ogólną, dzięki której równie dobrze można uprawiać literaturę, jak i ziemniaki. To wiedza z umownym konkretem, bardziej wzbogaca wyobraźnię i umysł niż szanse na określony zawód.

To akurat plus, bo czasy tak galopują, że większość dzisiejszych zawodów będzie zanikać, nie dotyczy to hydraulików itp., ale po co komu za 10 lat będzie np. tylu farmaceutów, skoro już dziś są kraje, w których recepty realizuje się w automatach? Gdybym był sprytny, to powiedziałbym, że właśnie z tego powodu zostałem pisarzem, bo ludzie zawsze będą potrzebować bajek, historii, opowiadań. Na początku było słowo, jak powiada Pismo. No i na końcu też jest – „amen”. Cała przestrzeń pomiędzy to historie do opowiedzenia.

Kiedy zacząłeś pisać książki? Czy zawsze gdzieś w głębi siebie widziałeś się bardziej jako pisarza niż dziennikarza? Czy tęsknisz za pracą w redakcji?

Odkąd się nauczyłem pisać, pisałem namiętnie. Pamiętniki, opowiadania, wiersze. Gdy skończyłem 20 lat, wyrzuciłem wszystko, bo pomyślałem –  za wówczas popularnymi na uczelniach krytykami Feuerbacha i Hegla  – że nie o to chodzi, by interpretować świat, leczy by go zmieniać.

Dziennikarstwo wydawało mi się wówczas do tego idealne. Szukać i tępić złych, pokazywać dobrych. Ale to były inne czasy, każdy interwencyjny tekst można było wysłać do odpowiednich władz i w oparciu o Prawo Prasowe domagać się odpowiedzi. Nie było opcji, żeby nie nadeszła, bo zawsze ktoś do jej udzielenia wskazywany był przez prawo personalnie. Dziś nikt tego nie robi, dziennikarstwo przestało być misją, w zdecydowanej większości to propaganda i polityka, ewentualnie pogoń za plotką, a do tego nie ciągnie mnie na pewno.

Pisałem głównie reportaże i felietony, w tych pierwszych zawsze mnie zbyt literacko ponosiło, naczelni czasami rwali z tego powodu włosy z głowy, dziś wszyscy są łysi, a ja broniłem się Wańkowiczem, którego w tej materii uważałem za mistrza, nigdy do pięt, rzecz jasna, mu nie dorastając. Za atmosferą redakcji – tym wariactwem, codzienną giełdą pomysłów – tęsknię, ale niewiele jest dziś redakcji na tyle obiektywnych i nieskażonych ideologicznie, że warto by było w nich pracować.

Zapytam o Twój styl pracy. Czy to jakiś ścisły grafik? Planujesz co, kiedy i o czym napiszesz, tworząc swego rodzaju rys powieści? Zdarza Ci się obudzić w środku nocy i zasiąść do pisania, bo właśnie poczułeś natchnienie? Czy masz jakieś miejsce, gdzie pracuje Ci się najlepiej?

Nie mam ścisłego grafiku, ale cały czas obiecuję sobie, że go stworzę. Bo masę czasu ucieka mi na zbytki, lenistwo i czytanie pierdół. Lubię czytać i jak piszę, to mi żal, że nie czytam, bo przecież mogę w tym czasie przeczytać coś lepszego niż napiszę. Ale – z drugiej strony – jest na rynku tak dużo złej literatury, że z kolei żal, by nie spróbować czegoś ciut lepszego napisać.

Planowanie w tym wszystkim nie jest moją mocną stroną. Owszem, rozpisuję fabułę na rozdziały, planuję, co w każdym rozdziale się zdarzy, ale potem to i tak idzie swoją drogą, bohaterowie żyją swoim życiem, mną w ogóle się nie przejmując. Raczej oddaję się więc emocjom i idę na żywioł. Jest taki moment, że piszesz, piszesz i czujesz głód, bo pora drugiego śniadania minęła i obiadowa też, a ty masz taki skurcz w żołądku z powodu fabuły, którą właśnie wymyślasz, a może to ona ciebie wymyśla, że nie możesz nic zjeść, aż nagle jakiś fragment wspaniale ci się dopina i jesteś z tego całego przejęcia tak spocona pod pachami, że koszulka jest mokra, chociaż w reklamie dezodorantu zapewniali ci suchość przez co najmniej 24 godziny. A wtedy już wiesz, że należy ci się nagroda, możesz się udać do kuchni i otworzyć lodówkę. To są fajne chwile.

Przy łóżku zawsze mam notatnik, bo nawet w snach prześladują mnie zdania do zapisania. Niestety, noc jest histeryczna, nad ranem często okazuje się, że zdania są przewrażliwione lub zaspane i lepiej było się nie budzić. Miejsce do pracy jest dla mnie ważne jak świątynia. Ale z różnych powodów od lat tego właściwego nie mam. To moja wina. Jestem z Wrocławia, który uwielbiam, a mieszkam trochę w Gdańsku, trochę w Łodzi, trochę nigdzie.

Fot. Renata Dąbrowska/Agencja Gazeta

Kiedy zdałeś sobie sprawę, że jesteś sławny? Jakie uczucia Ci wtedy towarzyszyły?

Sławny to jest Clarkson, Natalia Siwiec i Czesław Śpiewa. Mnie rozpoznaje, zna i czyta grupka fajnych osób, którym serdecznie za to dziękuję. To fantastyczne uczucie, wiedzieć, że są ze mną. Polskie wydawnictwa stosują zmowę cenową i nie płacą autorom najlepiej właśnie dlatego, że wiedzą, iż to uczucie jest dla piszących bezcenne i wszystkie inne niedostatki rekompensuje.

Zapytam o Piotra Adamczyka, aktora. Znacie się? Czy nadal zdarzają się pomyłki, np. podczas rozmowy telefonicznej, dokonywania rezerwacji?

Nie, nie znamy się, chociaż gdy wyszło „Pożądanie mieszka w szafie”, gdzie trochę o tych pomyłkach żartobliwie piszę, był pomysł, aby odcinki w radiu właśnie on czytał. Ale przez swojego agenta przekazał, że żałuje, ale jest na wakacjach. Ostatecznie wziął to Łukasz Simlat. Początkowo zbieżność nazwisk była zabawna, teraz ciut przeszkadza, nasze profile mieszają się w mediach społecznościowych, np. na Instagramie okładki moich książek widnieją przy plakatach jego filmów, na domiar złego on jest przystojniejszy, co powoduje głębokie rozczarowanie moich czytelniczek.

Nad którą powieścią pracowałeś najdłużej? Jesteś z którąś najbardziej emocjonalnie związany?

„Pożądanie mieszka w szafie” miało początek w blogu, który prowadziłem przez wiele lat, pewnego dnia usiadłem nad tym i spisałem w pół roku. Z „Powiem ci coś” było podobnie. Do „Domu tęsknot” robiłem notatki przez trzy lata, napisałem w rok. Pomysł na „Fermę blond” dorastał we mnie przez pięć lat, zanim odważyłem się zacząć. Każda z tych książek fermentowała we mnie długo, potem następował moment, w którym czułem, że zaczyn jest wystarczająco mocny i po prosu zacząłem pisać. Samo pisanie idzie mi w miarę szybko, fermentacja trwa dłużej. To tak jak z butelką wina. Dojrzewa przez parę lat, a wypijasz w jeden wieczór. Tak samo jest teraz. Mam pomysły na trzy kolejne książki, zbieram do nich materiały, robię notatki. Czekam, która pierwsza będzie gotowa do tego, by przyjść na świat, da mi o tym znać, a ja będę jej posłuszny, usiądę i ją napiszę.

Co Cię mobilizuje do pracy w momentach, gdy masz wszystkiego dość (o ile takowe się zdarzają)?

Najbardziej mobilizuje mnie właśnie to, że gdy mam wszystkiego dość, to mogę uciec do świata, który sam sobie ze swoich wyobrażeń tworzę. To jest wspaniałe uczucie. Mogę się wcielić w swojego bohatera i polecić z nim w kosmos. Obaj w fabule możemy mieć wszystko. Piękne kobiety, fascynujące przygody, a jak mi kiedyś przyjdzie do głowy, to nawet prezydenturę naszego kraju. W „Powiem ci coś” napisałem: „Strzeżcie się pisarzy, mogą was zamknąć w jednym zdaniu”.  Cały rząd wraz z całą opozycją, za to, co robią w naszym kraju, mogę sprawiedliwie zamknąć w jednej celi i do ostatniej kropki nikogo nie wypuścić.

Jesteś świetnym psychologiem kobiecej natury. Wynika to tylko z doświadczeń, obserwacji, czy może zdobywasz wiedzę z jakiś poradników?

Oj, ani świetnym, ani psychologiem. Ciut je tylko znam. Mam swoje lata, miałem szczęście kochać się i przyjaźnić z fantastycznymi kobietami. Dużo mi dały, także sporą wiedzę o sobie. A poradniki? Dobre są w przypadku uprawiania ogródka, walki z mszycami, ale na pewno nie w zrozumieniu drugiego człowieka. Może już prędzej literatura.

Jaka jest Twoja definicja miłości?

Odpowiem cytatem z „Fermy blond”, mojej najnowszej książki: „Miłość jest środkiem stylistycznym, który prozę życia zamienia w inne gatunki literackie: poezję, komedię, dramat.” I drugim z tej samej książki: „Jest ona potrzebą bezwzględną – nieokiełznaną chciwością posiadania drugiego człowieka, przejęcia na własność jego ciała i duszy, a nawet jeśli są ludzie niewierzący w istnienie duszy, to i tak nie potrafią się powstrzymać od zajęcia miejsca, które na nią przeznaczono. Pod tym względem miłość niczym nie różni się od pospolitego złodziejstwa, piractwa, a także od zuchwałej kradzieży z włamaniem.” A jeśli to za mało romantyczne, to dla odmiany cytat z „Pożądania mieszka w szafie”, mojej pierwszej książki: „Jestem uzależniony od wielbienia tej dziewczyny i pisania dla niej wierszy. Od kupowania jej świeżego chleba, gdy jeszcze śpi, a potem podawania ręcznika, gdy wychodzi spod prysznica, od parzenia jej kawy i przyjmowania za to uśmiechu, od chowania jej pod parasolem i od odganiania jej natrętnej myśli o bliźnie po wyrostku, od niewidzenia pryszcza i od zabicia komara, od wspólnego słuchania muzyki i pokazywania palcem księżyca, że taki dziś duży i brzuch ma pełen snów.”

Co Cię interesuje jeśli chodzi o spędzanie wolnego czasu? Może coś kolekcjonujesz, masz jakieś ekstremalne hobby?

Lubię film, książki, piasek pod stopami. Kilka razy mocno się połamałem, więc mój ekstermalizm fizyczny jest już dość zachowawczy i dziś głównie sprowadza się do rolek, chociaż marzy mi się też w Alpach, najlepiej włoskich, na południowych stokach pełnych słońca, szalony carving, bardzo to lubię.

Twoje wymarzone wakacje to…

Byłem prawie wszędzie w Europie, objechałem dookoła całe Stany, Karaiby, część Afryki i Mauritius, moje wakacyjne marzenia zostały spełnione po wielokroć. Żal mi, że z powodu polityki tak przepięknie turystyczna Turcja zaczyna nam umykać. Chciałbym ponownie zobaczyć Mont Saint Michel, Luwr i Barcelonę. Ale równie mocno cieszyłyby mnie dwa tygodnie w Karkonoszach, Bieszczadach lub na Mazurach, poza ludźmi i Internetem. Lubię się lenić na kanapie z książką, w tym zestawie wszędzie czuję się dobrze.

Co zabrałbyś do czytania na bezludną wyspę?

W pierwszej chwili pomyślałem, że „Fenomenologię ducha” Hegla, bo to trzeba czytać miesiącami, by cokolwiek zrozumieć. Byłoby więc zajęcie. Ale jednak może coś bardziej praktycznego? Np. „Podręcznik początkującego internisty”. Albo „ABC ginekologii i położnictwa”, bo może przypłynęłaby stosowna do bezludnej wyspy Piętaszka. Ale tak najbardziej, to tysiącstronicowy zbiór poezji, bo wiersze się nigdy nie nudzą i można je czytać po wielokroć. Aż  mnie dziwi, że takiego zbioru nikt jeszcze nie wydał. No więc jak wyda, to pojadę.

Z czego jesteś dumny?

Z córek. Jedna ma wspaniałego syna o oczach tak czarnych jak u tego przybysza z „Mistrza i Małgorzaty”, druga kończy właśnie uczyć angielskiego we włoskim parlamencie i chyba wraca do Madrytu, a trzecia, osiemnastolatka z międzynarodowym certyfikatem, jest jedną z najmłodszych instruktorek windsurfingu na Helu. Tak, z córek najbardziej. Są lepsze ode mnie.

Dziękuję za rozmowę.

Ja też. Dzięki.

5.00 avg. rating (99% score) - 2 votes

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here