… z kopyta do roboty.

Zawsze, ale to zawsze robię postanowienia noworoczne. Chyba właściwie tylko po to, żebym wciąż mogła mniemać, że mam jakąkolwiek kontrolę nad swoim życiem. Wydaje mi się, że jak się tak dobrze i z pomysłem „zaprogramuję” i w chwili kiedy stary rok będzie odchodził w agonii, a nowy rodził się bez bólu jak mogłyby się rodzić dzieci Adama i Ewy, gdyby ta ciekawska franca nie zerwała owocu z zakazanego drzewa, to moje postanowienia zamienią się w coś totalnie realnego.

Oczywiście sztampowym klasykiem jest „forsa, fura, facet”.

Dobra, żarty na bok. Przecież to jasne, że pieniądze zawsze są mile widziane, a najlepiej te zdobyte bez potu, głodu i pochylania pleców. W końcu co komu szkodzi, żeby trzy razy splunąć przez lewe ramię i podczas pełni księżyca z twarzą skierowaną na południe wypełnić kupon lotto? Próbowałam, nie działa. Spanie z kuponem pod poduszką również daje mierne efekty, bo zazwyczaj o nim zapominam i znajduję dopiero podczas tak zwanego przetrzepywania pościeli, żeby prezentowała się gładko i świeżo.

Podczas Sylwestra, którego świętowałam hucznie, bo w błyskach co chwila wybuchających petard i dziesiątek cudownych fajerwerków obserwowanych na górce w tłumie obcych ludzi (oraz przede wszystkim moich synów, rzecz jasna) postanowiłam, co następuje.

Uwaga:

1) mieć mnóstwo zleceń dotyczących ściśle sfery mojego pierwotnego wykształcenia, tj projektowania graficznego a także mieć w dupie tych, którzy śmieją się z przekąsem, kiedy mówię, że pracuję na Corelu. „He he he, hi hi hi, Korel… dać małpie ołówek”. Bujajcie się, ok? Liczy się efekt końcowy, tak jak wiosną zeszłego roku, kiedy zaprojektowałam świetny katalog dla zagranicznego producenta rajstop. W Corelu!

A także:

2) mieć mnóstwo forsy z powyższego mnóstwa zleceń, a przynajmniej tyle, żebym nie zastanawiała się pięćdziesiąt razy, czy mogę sobie pozwolić na lampkę nocną za 19,90 zeta, czy może dopiero w przyszłym miesiącu, jak mi wejdzie kasa za fakturę.

Oraz:

3) osiągnąć bardzo duże dochody, poprzez profesjonalny pijar mojej firmy, która powinna jawić się przyszłym klientom jako zapracowane bóstwo z ośmioma rękami i łagodnym uśmiechem, do którego modlą się bezzębni wieśniacy z nadzieją na otrzymanie choć odrobiny światła, którym owe bóstwo emanuje. Za tym oczywiście powinna stać dizajnerska www, jako wizytówka moich możliwości, logo (och, zaprojektowanie go było prawdziwym bólem tyłka i trwało ty-god-nia-mi!), portfolio pokazujące całą moją kreatywną zarąbistość, fanpejdż na Facebooku, niechybnie konto na Instagramie. I koniec, bo nie umiem tweetować, nie wiem co to Snapchat i w kwestii promowania się rzeszom jestem absolutnie i do granic paniki wycofana.

Jak również:

4) napisać książkę

5) dużo szkicować, wracając jakby do podstaw projektowania, bo zazwyczaj najlepsze rzeczy powstają dzięki sprawnemu machaniu nadgarstkiem. Hi hi hi. Nie o to mi chodziło.

6) robić dużo kolaży i używać ich jako czytelnej formy komunikowania moich frustracji. Plan JUŻ spalił na panewce, bo po opublikowaniu jednego z nich na Facebooku nikt nie kliknął „lubię to”, acz jedna osoba skomentowała „WTF?”

(Teraz będzie najlepsze):

7) schudnąć dwadzieścia kilo. Obawiam się, że to niemożliwe, więc akurat do tego punktu nie przywiązuję aż takiej wagi. Hmm… głupia wyobraźnia podsuwa mi taki oto nagłówek wrzeszczący na czerwono z pierwszych stron gazet: „Kolejna ofiara nie przynoszącej efektów diety! PRZYWIĄZAŁA WAGĘ i skoczyła z dachu. Czy mamy do czynienia z falą symbolicznych samobójstw?”

8) przemawiać do dzieci z pozycji matki, ucząc ich w ten sposób szacunku do starszych i poznawania swojego miejsca w hierarchii, zamiast mówić „kopsnij łyżkę stary, okej?”

Nierealne:

9) zakochać się z wzajemnością w niesprawiającym problemów facecie. W sumie równie dobrze mogłabym rozłożyć ramiona, zanucić „I believe i can fly” i polecieć na księżyc w mojej czerwonej koszuli nocnej i bamboszach w serduszka…

10) Myśleć, do cholery, wyłącznie pozytywnie. Nie mówię o huraoptymizmie spod znaku „Jakoś to będzie”, ale cieszenia się z cienia, bo wiadomo że gdzie cień, tam musi być i światło

Konieczne:

11) nauczyć się raz a dobrze, co mój samochód ma pod maską, bo nawet ja uważam za kompletny obciach telefon do taty z pytaniem „Tato, ten pojemnik z różowym płynem w moim samochodzie, to od czego jest? Bo mało, to bym dolała…”

12) zrobić rzetelny porządek w szafie. Serio. Łososiowy róż do mnie nie pasuje, oczojebny pomarańczowy też nie, odblaskowa zieleń tym bardziej. Koniec tego chaosu, nie mam piętnastu lat.

13) zapisywać w kalendarzu rzeczy do zrobienia tylko i wyłącznie w tym jednym konkretnym dniu, w którym powinny być zrobione, żeby nie było, że dostaję sms od mojego operatora sieci komórkowej „Prosimy od dokonanie wpłaty za (tu okres za poprzedni miesiąc i groźba, że odetną mnie od świata na czas nieokreślony, tyrania i zamordyzm!)”

14) nie przejmować się rzeczami, które nie są warte mojej uwagi.

Amen.

A oto jak moja praca wygląda w praktyce:

Ponieważ od lat prowadzę firmę w domu i jestem przyzwyczajona do bardzo płynnego czasu pracy, zazwyczaj wstaję, robię chłopcom śniadanie, budzę ich itede. A jak już wyjdą do szkoły, to w dni, w które nie chodzę na fitness, niespiesznie robię sobie kawę z przyprawą do piernika (taka tam naleciałość poświąteczna) i sadzam tyłek na fotelu z myślą „Wypiję i biorę się do roboty” po czym oglądam dwa odcinki „Dr. House’a” jeden za drugim.

To koszmar jakiś jest!

Dźgnięta wyrzutami sumienia po takim przebimbaniu prawie dwóch godzin, rzucam się na laptopa (nadal siedzę na fotelu, telewizor cicho gra robiąc mi tło do pracy) i wchodzę na Facebooka, bo muszę skontrolować co się dzieje na fanpejdżu klienta, który prowadzę. Odpisuję na komentarze, przeglądam posty, zaglądam na swój profil… i znikam na kolejne trzy kwadranse. A potem chłopcy wracają ze szkoły, więc podgrzewam im obiad, pytam jak było i co mają zadane i w końcu zabieram się do pracy. Jest czternasta trzydzieści. Niewiarykuźwagodne.

Czasami wydaje mi się, że powinnam być przykuta do komputera jak galernik, a wielki facet w masce kata oblewałby mnie wodą z cebrzyka, gdybym zaczęła mdleć. Może wtedy osiągnęłabym sukces, który powinnam osiągnąć dobrą dekadę temu!

A tak w ogóle to w Sylwestra oberwałam odłamkiem petardy w nos…

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here