“Trzeba mieć kawał odwagi w sobie, żeby w ogóle przelewać myśli na papier” – Anna Ciarkowska

Kawiarnia w centrum Łodzi. Wchodzę, a wśród zabieganych ludzi siedzi Anna Ciarkowska – piękna, uśmiechnięta, pisząca na komputerze w słuchawkach. Zawodowo pisarka, autorka książek, które stały się niesamowicie popularne – „Chłopcy, których kocham” i „Pestki. Potem zaczęła się nasza długa i fascynująca rozmowa.

Skąd pomysł na pisanie?

Już od dziecka miałam to w krwi. Zawsze byłam przekonana, że tak jest, tak się po prostu robi. To było bardzo intuicyjne. Nie jest tak, że jako 7-letnie dziecko czytałam poezję i od razu zaczęłam pisać. To po prostu wypływało ze mnie. Nie potrafię wyhaczyć takiego momentu pierwszego impulsu. Później zaczęło to być coraz bardziej świadome. W szkole miałam polonistki, które we mnie wierzyły i jakoś tak… poszło.

Bardzo często słyszy się, że Twoja bohaterka „Pestek” to osoba fikcyjna i nie ma w niej nic z Ciebie. Czy tak jest naprawdę?

To jest fikcja literacka. Bohaterkami nie jest moja prawdziwa mama czy babcia. Nie mam żadnej przyjaciółki Malinki. Są to czysto fikcyjne konstrukcje. Natomiast mnie z główną bohaterką łączą pewne doświadczenia. W ogóle wierzę trochę to, choć to być może się nie odnosi do całej prozy, ale do wielu tekstów prozatorskich, że przeżycia autobiograficzne są w jakimś sensie podstawą. Są one potem przekształcane w taki sposób, że po drodze mogą zaniknąć, ale jednak jakiś biograficzny impuls jest taki pierwszy. Tutaj też on się pojawia, aczkolwiek nie jest to historia o mnie.

Metafory i poetyckie opisy, które wcześniej pojawiały się w „Chłopcach…”, a teraz w „Pestkach”… Skąd to się u Ciebie bierze? Jest tak, że wsiadasz w tramwaj, masz wenę, więc piszesz na gorąco w telefonie czy wolisz wszystko zaplanować?

W moim wypadku działa to dwutorowo. Ja generalnie bardzo dużo piszę. Czasem jest tak, że coś sobie pomyślę, coś mi wpada i piszę taki tekst od A do Z. Właśnie w ten sposób powstają felietony, których czasem nie mogę napisać przez ileś dni, a potem nagle się udaje. Następnie to tylko czyszczę i mi się podoba. Natomiast drugi tor jest niestety częstszy. Jest taki, gdzie ja po prostu siedzę i piszę, piszę, piszę, nie podoba mi się i z 10 tekstów nie pozostaje nic albo raptem dwa zdania. Bardzo wierzę w pracę. Uważam, że nie ma czegoś takiego, że sam talent wystarczy. Bez pracy ciężko jest cokolwiek stworzyć. Z pisaniem jest tak samo. Nie chcę powiedzieć, że to kwestia zmuszania się, ale bardziej praktyki twórczej, która polega na tym, że się siedzi, pisze i cykl się powtarza. Najgorsze jest to, że ciężko się zmobilizować. Bardzo dużo osób ma przecież powieści w głowach, ale w momencie, kiedy zaczyna się pisać, może się okazać, że to, co masz w głowie, wcale nie jest tym, co widać na komputerze. Ta konfrontacja bywa bardzo bolesna, ale trzeba się zmusić i przejść przez trudy pierwszych stron.

Co w sytuacji, gdy łapie Cię kryzys twórczy? Zdarza Ci się w ogóle coś takiego?

Nie wiem czy właśnie tak bym to nazwała. Ja to nazywam „brakiem miejsca w mózgu”. Właśnie w tym momencie mam tak, że mam na głowie bardzo dużo rzeczy, więc nie mam możliwości, żeby się zajmować rzeczami, które nie są pilne. Aktualnie bardzo mało piszę, głównie dziennik, ponieważ nie mam w sobie przestrzeni. Jak nie wiem, co powinnam napisać czy zrobić, to oglądam filmy albo czytam książkę. Staram się zrobić trochę miejsca w życiu, pojechać na wakacje. Mam jeszcze jeden patent. W trakcie pisania „Pestek” był taki moment, że miałam już sporo tekstów, ale nie do końca wiedziałam, jak to zebrać. Postanowiłam pierwszy raz od 10 lat pojechać na wakacje bez komputera. Pojechałam do Palermo, nie napisałam tam ani słowa. Gdy już mnie korciło, żeby coś napisać, bo coś wpadło mi do głowy, nie pozwoliłam sobie na to. Czytałam głównie książki niezwiązane z moją pracą i pisaniem. Gdy wróciłam, miałam w sobie taki głód pisania. Takie detoksy są potrzebne, dlatego właśnie teraz się do niczego nie zmuszam.

Ile powstawały „Chłopcy, których kocham” i „Pestki”?

Chłopcy” powstawali w innym trybie, ponieważ prowadziłam bloga i miałam gotowy materiał. Gdy pracowałam z moją redaktorką nad „Chłopcami…”, powiedziałam jej wtedy, że myślę o takim tekście, ale to był tylko zarys. To były wakacje zeszłego roku czyli 2017. Potem pod koniec roku, gdy wiedziałam, co chcę napisać i o czym to ma być, zaczęłam działać bardziej. Liczę, że czas powstawania „Pestek” to taki rok.

Ten blog, o którym wspomniałaś… On otworzył trochę furtkę do tego większego pisarskiego świata?

Tak i nie. Mój pierwszy blog powstał, kiedy miałam 15 lat. Sama go napisałam, bo wtedy nie było żadnych pomocnych platform. Nie pisałam dla innych. Naprawdę, z ręką na sercu, przez tyle lat mojego świadomego pisania nie sądziłam, że cokolwiek wydam, nie interesowało mnie to w ogóle, ponieważ nie było to moim celem. Gdy zobaczyłam, że wyszła Rupi Kaur, byłam z moim przyjacielem w księgarni. Powiedział mi: „ej, zobacz! podobna forma!”. Przyznałam mu rację, bo rzeczywiście tak było. Wcześniej była jeszcze taka sytuacja, że pewne stowarzyszenie ze mną rozmawiało, żeby coś wydać, bo widzieli te teksty. No i stwierdziłam, że skoro oni dają mi sygnał, Rupi widzę w księgarni, to może trzeba rzeczywiście wysłać coś swojego. Książka powstała pośrednio właśnie przez bloga, bo te teksty były, natomiast ja nigdy nie prowadziłam bloga po to, żeby cokolwiek komukolwiek pokazywać. Miałam małe grono czytelników. Chodziło mi głównie o to, żeby być w miarę systematycznym i żeby się zmuszać do pracowania nad tekstami. Jeśli to szło w świat, to musiało być jakoś dopracowane, nie mogło być lanym tekstem, tylko mieć jakąś formę. To było motywujące.

Spodziewałaś się takiej popularności po wydaniu „Chłopców, których kocham”? Właściwie to jeszcze przed ich premierą sporo się działo…

Pamiętam taką rozmowę z moją redaktorką, która zaczęła mi opowiadać o jakichś spotkaniach autorskich, a ja sobie pomyślałam „Boże, chyba przesadzają!”, ale rzeczywiście tak trochę jest. Wszystko ładnie się rozwinęło na Instagramie i na Facebooku. Nie sądziłam też, że „Pestki” będą tak popularne – to trochę inna forma, może nawet trudniejsza.

Skąd się wziął tytuł? To nawiązanie do tej „pestki w brzuchu”?

Roboczym tytułem „Pestek” było „Nie przesadzaj”. Śmialiśmy się wszyscy, że to powinna być nazwa sklepu ogrodniczego. Konsultowałam z przyjaciółmi, że jednak się nam to nie podoba. Wtedy powstała moja lista nowych tytułów i druga – mojej redaktorki. W pewnym momencie wpadłam na „Pestki” i stwierdziłam, że idealnie mi pasuje. Bardzo mi się podobają, są takie płodne metaforycznie, mają wiele znaczeń. One kiełkują, rosną, padają na ziemię… To mi się podoba.

Kto Cię wspiera w pisaniu?

Od dłuższego czasu staram się tak konstruować swój świat, żeby mieć wokół siebie tylko dobrych ludzi. Może to brzmi trochę banalnie, ale tak działam. W związku z tym mam bardzo wspierających przyjaciół i rodziców.

Lubisz muzykę? Często pracujesz w jej towarzystwie?

W domu zawsze pracuję w absolutnej ciszy. Wtedy też jestem w stanie dojść do najgłębszych pisarskich pokładów twórczych. Jak wychodzę z domu to najczęściej biegam w słuchawkach. Często zapętlam milion razy jeden utwór, więc mój spotify bywa żenująco monotematyczny. Słucham sporo indie, jakichś elektronicznych dziwactw, ale zdarza się i hard core. A i od jakiegoś czasu techno, przy którym dobrze mi się jakoś myśli.

Rady dla przyszłych pisarzy?

Miałabym całą masę, ale ograniczę się tu do jednej, moim zdaniem najważniejszej – pisać najpierw dla siebie, z potrzeby, z wewnętrznej konieczności. Pisać nie myśląc, kto to będzie czytał, kupował, ile można zarobić, czy można siedzieć pod palmami i z tego żyć. W moim odczuciu pierwszym impulsem powinna być potrzeba „napisania się”, wypisania, przelania siebie na papier – tego, co nam w głowie wrze. Trzeba mieć kawał odwagi w sobie, żeby w ogóle przelewać myśli na papier, żeby zmierzyć się z tym, że nie umie się przekroczyć trudnej bariery myśl-pismo. A potrzeba powinna być moim zdaniem silniejsza niż obawa przez porażką.

Jakie masz plany na przyszłość?

Najgorsze pytanie świata! Powiedziałabym, że mój zasadniczy plan na przyszłość to a) żyć b) być dobrym człowiekiem  Jeśli zaś pytasz o plany pisarskie to staram się nie mieć planu. Planuję sobie różne rzeczy, ale zdecydowanie nie jestem w stanie planować pisania. Zostawiam sobie w tej kwestii wolna rękę… tfu, wolną głowę, bo do pisania potrzebuję i wolnych rąk i wolnej głowy.

5.00 avg. rating (98% score) - 1 vote

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Comment *






shares