Pisać z porywów serca czy pod publiczkę

Każdy z początkujących autorów musi zadać sobie jedno ważne pytanie: czy moja powieść trafi do czytelnika?

Nie jest to kwestią jedynie nabywców książek, ale także jednostek opiniotwórczych w wydawnictwach, do których nieopierzony jeszcze autor nieśmiało wysyła swoje teksty.

Jestem debiutującą autorką, zgnębioną dylematem – pisać ku zadowoleniu redaktorów, znających od podszewki rynek wydawniczy czy dać się ponieść fali emocji? Problem utknął na półce z rozterkami i nie zdjęła go stamtąd nawet rozmowa z panią redaktor.

Pewnego pięknego jesiennego dnia pojechałam do stolicy, w duchu licząc na konstruktywną pogawędkę z redaktor prowadzącą; niestety do domu wróciłam nieco ogłupiała, acz nastawiona bojowo.

Udzieliła mi ona (wydawałoby się, że cennych) wskazówek, wedle których powinnam tak poprawić tekst powieści, aby stał się zgodny z obowiązującymi aktualnie trendami. I tu dochodzimy do sedna: książkę napisałam z egoistycznej potrzeby, nie zastanawiając się nad modą panującą w literaturze. Zawsze wydawało mi się, że pisarz powinien mówić, nawet krzyczeć swoim głosem i nie robić ze swojej powieści kalki, która odpowiadałaby nurtowi preferowanemu przez wydawców.

Pani redaktor powiedziała, że mogliby wydać książkę w okrojonej wersji.

Mniej gagów, mniej wątków, mniej postaci, mniej sitcomowego humoru. Wszystkiego mniej. Spowolniona akcja, prostota głównych bohaterów i jeden lejtmotiw miały zapewnić powieści dobrą sprzedaż, a co za tym idzie – dochód wydawnictwu.

Jest to oczywiście zrozumiałe, tylko że poczułam się jak ciężarna, której zasugerowano, że powinna urodzić słodką blondwłosą dziewczynkę z błękitnymi oczami, ponieważ czarnooki chłopczyk mógłby nie wpasować się w estetyczne oczekiwania społeczeństwa.

Co do gagów i humoru, to była książka terapeutyczna. Pisałam, żeby nie wsadzić głowy do piekarnika na trzy zdrowaśki. Pisałam wbrew myślom samobójczym. Dlatego książka była kompletnie przeciwnym biegunem do mojego samopoczucia.

Mogę śmiało rzec, że uratowała mi życie.

Wtedy, podczas spotkania w małej, opustoszałej sali konferencyjnej, dowiedziałam się o eskapizmie i good feelingu. W literaturze kobiecej rządzi taka tendencja. Chodzi o to, aby zmęczona szarzyzną dnia kobieta, jak już wypierze, wyprasuje, pozmywa, naszykuje dzieciom ubrania do szkoły, odrobi z nimi lekcje, zrobi inspekcje plecaków, przeczyta im bajkę na dobranoc i odbębni z mężem stosunek, zagłębiła się w literacki świat lepszego życia. Koc, kakao w kubku, kot owijający ogon wokół łydki i książka, dzięki której odpłynie. Najlepiej z dobrą historią miłosną i happy endem.

Zastosowałam się do instrukcji pani redaktor, zmotywowana jak nigdy.

Z pierwotnej wersji powieści pozostało niewiele, za to książka łagodnie wkleiła się w eskapizm. Niestety, przestała być moja. Nie polubiłam jej, ponieważ dobijała mnie świadomość, że zasznurowała mi usta; nie mogłam już krzyczeć swoim głosem.

Dwa miesiące nanosiłam poprawki, czując się jak sprzedajna małpa pisząca „pod komercję”. Na szczęście bądź nieszczęście, pani redaktor po przeczytaniu pierwszych siedemdziesięciu stron znowu kręciła nosem. Przyniosłam sobie zatem szklankę wody, żeby łatwiej mi było przełknąć tę gorzką pigułkę.

Znalazłam inne wydawnictwo, które zachwycone faktem, iż moja powieść jest mocno nacechowana emocjami i idealnie wpasowuje się w nurt literatury kobiecej, zdecydowało się na publikację.

Pani redaktor chciałabym przekazać jedno moje małe, drobniutkie przemyślenie: są co najmniej dwie grupy czytelników – jedni chcą lizać lizaka przez szybkę, drudzy wolą poczuć szorstkość bryłki soli na języku.

Nie negujmy ich potrzeb, nie wrzucajmy wszystkich miłośników książek do jednego wora. Pozwalajmy im na ucieczki od rzeczywistości, ale nie odbierajmy im chęci dotknięcia życiowej prawdy, tej gorzkiej, bez lukru.

Przyznaję bez bicia, że w gorszych chwilach sama sięgam po Dom nad rozlewiskiem czy Pod słońcem Toskanii, po powieści Moniki Szwai, po nieśmiertelną Anię z Zielonego Wzgórza, która jest absolutną apoteozą good feelingu i eskapizmu.

Jednakże nie mogłabym żyć bez przeciwstawnego bieguna, na którym tłoczą się skandynawskie kryminały, Charles Bukowski, Woody Allen, Godziny Michaela Cunningahma, Fabryka Oficerów, Jerzy Kosiński i setki moich ukochanych autorów. Może dlatego, że ze wszystkich smaków świata najbardziej lubię ten słodko-słony, idealnie zrównoważony?

Drogie, kochane Czytelniczki!

Wiem, że powieść, w której główna bohaterka po uroczych perypetiach znajduje miłość życia, buduje dom, ma fikcyjnie grzeczne dzieci i świetną pracę, chciałybyście czasami wyrzucić ze złością przez balkon.

Bo czytając takie rzeczy, czujecie się jak brzydsze klony Kopciuszka. Bo dobrze wiecie, że życie to rachunki, kredyty, choroby, kłótnie i pieprzenie dla sportu. Samotność, Facebook, Snapchat i sweet focie z dzióbkiem wstawiane codziennie na Instagram. Wieczory z rumem w kubku, obstrukcje, gorączki, nierefundowane leki. Deszcz, śnieg, uciekający autobus, dziurawe buty. Cynizm, introwertyzm, siłownia, niedzielne włóczęgi po galeriach handlowych.

Wiem, że chciałybyście wziąć do ręki książkę, po przeczytaniu której westchniecie: „Boże, to o mnie. Nie jestem sama, ktoś w końcu napisał to, czego sama nie potrafię wyartykułować. Ktoś przeżywa to, co ja”.

Jesteście tam?

Wierzę, że tak.

Zawsze będę pisać z porywów serca – dla Was i dla siebie.

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Comment *






shares