Jak zniechęcić do siebie faceta?

Trzeba się zastanowić, PO CO w ogóle go zniechęcać? Jeśli jesteśmy wzrokowcami (wzrokowczyniami?), to odpada ktoś o wyglądzie dzwonnika z Notre Dame. Jeśli zaś materialistkami, niech spada ten, który każe nam płacić za siebie w restauracji. Choć nie, niech spada w każdym przypadku, niezależnie od sytuacji. Bo z góry wiadomo, że to wygodnicki cwaniak.

Załóżmy zatem, że mamy absztyfikanta, którego z różnych powodów nie chcemy.

I to nie chcemy tak bardzo, że zrobimy wszystko, aby się od nas odczepił. Powiedzmy, że ów nieszczęśliwie zakochany osobnik zaprasza nas na randkę. Kręcimy nosem, pochrząkujemy ze zniechęceniem, wertujemy kalendarz mamrocząc dość głośno: „We wtorek… hmm… no nie mogę, bo idę na depilację bikini, sobota w ogóle odpada, bo śpię wtedy do czternastej minimum… Może czwartek w przyszłym tygodniu? Nie, sorry, idę na kurs robienia łańcuchów choinkowych z kapsli po „tymbarku”. Czekaj, czekaj, mam wolny termin! Mogę cię upchnąć w poniedziałek, szesnastego listopada (a jest luty, na przykład), między masażem uszu, a wieczorem panieńskim mojej kuzynki Jolki. Jak się wyrobimy w czterdzieści pięć minut, to jesteśmy umówieni”.

Zgroza!

Powiedzmy, że absztyfikant zupełnie nie zrażony, a wręcz ubawiony naszym kombinowaniem, tak długo dulczy, wywiera na nas nacisk oraz bobruje nam w żołądku, że owszem, zgadzamy się na randkę i to nazajutrz. Oczywiście nie omieszkamy dodać, że musimy być w domu na tyle wcześnie, aby zdążyć na „M jak Miłość – kulisy”. Ku naszemu zdziwieniu on uroczyście obiecuje odprowadzić nas pod same drzwi, a nawet poświęcić się na tyle, żeby obejrzeć to ustrojstwo (w jego mniemaniu, rzecz jasna) z nami. I cóż my wtedy robimy, drogie panie? No oczywiście, że jesteśmy wściekłe! Przecież miał się odczepić od nas po pierwszej wzmiance o „M jak Miłość”!

Choć pomyślmy; przecież to się świetnie składa.

Przyjdziemy z nim do domu, po niechybnie nudnej randce, przebierzemy się bezceremonialnie w szary dres wyświechtany na kolanach i wypuczoną bułą w miejscu, w którym nasze nogi tracą swą szlachetną nazwę, a bluza jest tak duża, że obszarpane rękawy zwisają niemal do kostek. A nich nas zobaczy taką saute, a co! Może w końcu da sobie spokój! No przecież nie będzie chciał nas przelecieć…chyba? Dobra, zaproponujemy mu kawę, a co tam. Damy mu ją w wyszczerbionym różowym kubku z „hello kitty”, który towarzyszy nam od czasów liceum. Uspokojone opracowaniem niezawodnego planu pozbycia się absztyfikanta, idziemy spać.

Pierwsze, co robimy tuż po przebudzeniu, to kompletowanie garderoby.

Musimy dobrać ją niezwykle starannie, żeby już sam nasz wygląd pobudził kochasia do ucieczki. Grzebiemy w szafie, aż do uzyskania siódmych potów. Wysiłek się opłaca, ponieważ na jej dnie znajdujemy nylonową bluzkę w kwiatki i sweterek w serek, niemożebnie cuchnący naftaliną. Mgliście przypominamy sobie, że ostatnio miałyśmy to na sobie podczas zeszłorocznego karnawału, a kiedy wracałyśmy z imprezy przebierankowej, jakiś facet w tramwaju wziął nas za swoją zmarłą babcię i wrzeszczał jak opętany. Całości dopełni fioletowa spódnica non-iron, którą mamy po swojej chrzestnej matce, a zakładamy tylko na bal przebierańców.

Pięknie.

Lekko niedomyte, stając się obiektem kpin i pełnych niedowierzania gwizdów przechodniów, idziemy na randkę z absztyfikantem. Już na dzień dobry mówi nam, że wyglądamy przepięknie i szarmancko cmoka w naszą dłoń, aktualnie cuchnącą rybą. Między zębami mamy szpinak i natkę pietruszki, na co nasz książę patrzy i tylko uśmiecha się z czułością. No co za oporny człowiek! Zamawiamy. Karta dań prezentuje się wspaniale i aż nam ślinka leci na myśl o delikatnej sałatce i makaronie z grzybami, jednak zamawiamy setkę wódki, wielki kotlet z karkówki i mizerię. Wraz z frytkami, oczywiście. Amant jest zachwycony! Się pytamy: czym, do cholery? Że trafiła mu się randka z Królową Obciachu i Bezguścia, tak? Że ma przed sobą nienasyconego żarłoka, który nie dba o konwenanse i zachowuje się poniżej krytyki? (bo bekamy soczyście).

Na każde jego pytanie odpowiadamy: „tak”, „nie” i „może być”.

Wskazane jest dłubanie w zębach wykałaczką, przerywane soczystymi cmoknięciami języka o dziąsło. Kochaś nabiera oddechu, bo jest wyraźnie skonsternowany, wówczas my zaczynamy tyradę o ciężkim PMSie, bolesnych miesiączkach i regulacji brwi. Co dziwne, absztyfikant okazuje duże zainteresowanie tematem, a my mamy ochotę walnąć z całej siły czołem w stolik. Musimy przyznać, choć niechętnie, że jego odporność nam imponuje i w głębi serca nawet się cieszymy, że nie odpuszcza, choć widział już chyba wszystko, co najgorsze.

W związku z czym zaczynamy się ponownie zastanawiać, dlaczego tak właściwie go NIE CHCEMY?

Nie jest taki najgorszy. Nawet dość przystojny (choć mógłby być wyższy), wykształcony, łebski (prowadzi firmę). I co z tego, że o wiele starszy czy młodszy od nas? Z jakiś dziwnych powodów upodobał nas sobie. Wyraźnie na nas leci, bawią go nasze żarty, w czułość wprawia nasza nieporadność, brak orientacji w terenie i zaawansowana tępota natury matematyczno-fizycznej. Fakt, że ten całkiem fajny facet nas chce, sprawia, że zaczynamy wymiękać. Prawdopodobnie dowodzi to tylko tego, że jesteśmy A) głupie B) zdesperowane C) bardzo samotne D) po prostu cholernie wyposzczone. Potrząsamy tylko głową na znak wewnętrznego protestu i dalej, konsekwentnie idziemy w zaparte.

Kwękając na niewygodę w jego samochodzie, w odorach potu z naszej nylonowej bluzki, dajemy się zawieźć do domu.

Zapraszamy amanta do kuchni, gdzie w zlewie piętrzą się brudne talerze, a na stole leży kawałek lusterka, rureczka i kreska koki. Choć oczywiście jest to cukier puder, ale niech sobie kochaś myśli, że trafił na ciężki przypadek. Przez chwilę wygląda na naprawdę przerażonego, ale szybko dochodzi do pionu, kiedy proponujemy mu kawę. Jeśli jest poddenerwowany, to dzielnie to ukrywa, choć głos mu się łamie, gdy krzyczy: „Nieee, to sól” patrząc jak balansujemy z łyżeczką nad kubkiem „hello kitty”. Szczęśliwie w kawie ląduje cukier, w powalającej na kolana ilości czterech łyżeczek.

Amant pije, uśmiechem pokrywając nagłe skrzywienie szczęk.

Prowadzimy go zatem na wspólne oglądanie kulisów serialu „M jak miłość”, po czym amant nie wytrzymuje i jednym sprawnym ruchem nurkuje dłonią pod naszą, jakże stylową, spódnicę non-iron. Tego się nie spodziewałyśmy, drogie panie, nieprawdaż? Co gorsza nasz opór również słabnie wprost proporcjonalnie do zagłębiania się jego palca w… Ciiii. Przecież my go nie chcemy! Chcemy go zniechęcić! Żeby poszedł w cholerę, zniknął z naszego fajowego, poukładanego życia singielki i nigdy już nie wracał. Tego chcemy! Ale skoro sprawy zaszły tak daleko, czas wyłożyć kawę na ławę.

Zatem zaciągamy się powietrzem i na jednym wydechu recytujemy:

Słuchaj, mam strasznie brzydkie, stare i obwisłe ciało. Moje piersi przypominają uszy spaniela, a jak podskakuję, to raz lądują pod pachami, raz okręcają się wokół szyi. Mam cellulit, wiesz, takie głębokie bruzdy, jak Wielki Kanion, a wczoraj na tyłku zrobiły mi się potówki. Ponadto nie ogoliłam się i jestem owłosiona jak samica goryla, i nie mówię tu wyłącznie o nogach. Rano mam nieprzyjemny oddech z ust i w ogóle wyglądam jak coś, co wyszło z odbytu psu choremu na biegunkę. Chrapię. Lubię spać sama. Nie znoszę tłoku w łazience, więc sikać będziesz musiał przez balkon, a potem tłumaczyć się z tego mojej sąsiadce”. Amant używa tylko dwóch palców, żeby nas uciszyć, w tym jednego kładzie na naszych ustach. Drugim robi naprawdę cudowne rzeczy. Cuuuudooowneee.

Kiedy już jesteśmy ciche, potulne i rozluźnione, mówi do nas tak:

Kotku (prawie mdlejemy) doceniam twoje wysiłki, ale nic z tego. Ja ciebie chcę, rozumiesz? Nie ma dla mnie znaczenia to, jak wyglądasz, ile ważysz, czy przypominasz pajęczycę, czy nosorożca. Kocham twoją kreatywność, twoją autoironię. Powiedz, która kobieta odstawiłaby taki cyrk jak ty? Żadna. Bo nie miałaby na to odwagi. Jesteś cudowna, wspaniała, jedyna, która dla mnie istnieje…”.

Słabym głosem każemy mu się zamknąć.

Zamilknąć strasznie, na wieki i do końca świata. Nie odzywać się, tylko działać. A my… no cóż drogie panie, czas w końcu spojrzeć prawdzie w oczy – to TEN. Mister Right. The one and only. Na drugiego takiego w życiu nie trafimy. Akceptuje nas. Bierze z całym inwentarzem, na który składa się bagaż nie zawsze fajnych doświadczeń, uprzedzenia, lęki, fobie, humorki, nieumiejętność prowadzenia samochodu, to potworne ciało i przepocona bluzka z nylonu. Widać wyraźnie, że czas na skok w przepaść, bez spadochronu.

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Comment *






shares