„Kalendarz z Dziewuchami” – Ada Johnson

Dziewuchy. Dziewczyny, przyjaciółki, najbliższe kobiety. Każda z nas ma jakieś Dziewuchy w swoim życiu. Mogą nas dzielić setki, a nawet tysiące kilometrów, a i tak jesteśmy blisko. Bo przecież przyjaźni nie mierzy się odległością, ale sercem.

Zaskakujący debiut

Ada Johnson jest żywym dowodem na to, że miłość do książek może przerodzić się w prawdziwą literacką pasję. Bo zawsze zaczyna się niewinnie. Od TEJ książki, która nas albo ugłaskała, albo zmieliła nasze emocje na miazgę. Rozbudziła pulsującą ciekawość, kazała wchodzić do księgarni i wąchać książki i dotykać je, kartkować. I czytać, czytać, czytać. Ada pokazała, że od miłości do czytania krok do napisania własnej książki jest naprawdę niewielki. Dlaczego uznaję debiut Ady Johnson za zaskakująco dobry? Z kilku powodów. „Kalendarz z Dziewuchami” to powieść napisana z lekkością, niewymuszona, świadoma i bardzo dowcipna. Ada zaserwowała czytelnikom wyjątkowo uroczą, rozgrzewającą serce historię, którą wchłania się z przyjemnością porównywalną do jedzenia maślanej bułeczki.

Podobno kobiety dzielą się na dwie kategorie.

Na roztrzepane, które zawsze gubią rękawiczki, i na uważne, które zawsze jedną przynoszą do domu. Ja byłam z tych roztrzepanych. Miałam tak od dziecka i nic nie wskazywało na to, że się kiedykolwiek zmienię. Zawsze czegoś szukałam i zapominałam, gdzie co położyłam. Szłam do sklepu po jedną, jedyną rzecz, a wracałam z dziesiątką innych, oczywiście z wyjątkiem tej, po którą poszłam. Byłam żywym dowodem na to, że warto mieć telefon domowy, aby do siebie zadzwonić i zlokalizować własną komórkę. Namiętnie wsiadałam do obcych samochodów i gubiłam się w centrach handlowych.

Angielski mąż, dziewuchy i messenger

Kalendarz z Dziewuchami” zaczyna się niezwykle optymistycznym trzęsieniem ziemi, a potem napięcie tylko rośnie. Główną bohaterkę poznajemy w wielki, piękny dzień – dzień jej ślubu. Niezawodne przyjaciółki, czyli Dziewuchy, kuzynka, wspaniali sąsiedzi, syn Adams, pasierbowie Eric i Joanna i on, ukochany, wymarzony przyszły mąż, Ross, tworzą żywy kolorowy obraz. Wyjątkowo podoba mi się ciepło miłości gorejące w małżonkach. Naprawdę, jest wyczuwalne z każdą stroną, cudownie grzeje i budzi nadzieję, że może i mnie takie uczucie dotknie? Dziewuchy, mimo tego, że na co dzień rozdzielone kilometrami, rozsiane po Europie, są ze sobą bardzo blisko. No bo od czego jest Facebook? Od czego messenger, na którym można prowadzić niekończące się rozmowy i składać codziennie raporty o sprawach ważnych i mniej ważnych?

Tajemniczy A.M.

Wśród kopert i kartek ze ślubnymi życzeniami, Ada i Rosiek znajdują jedną, enigmatycznie podpisaną inicjałem A.M. Natychmiast pojawia się temat tajemniczego wielbiciela, względnie byłego kochanka, jako, że ów A.M. przecież wspomniał o tym, że nie mógł napatrzeć się na promienny uśmiech Ady. Czy A.M. naprawdę jest zakochany w Adzie, świeżo poślubionej Rosiowi? Czy może to jakiś psychol, albo stalker? Żałuję, ale nie mogę zdradzić, musicie same nacieszyć oczy lekturą i odkrywać ją kawałek po kawałku. Uwaga, spoiler: wątek A.M prowadzi do Szkocji, opisanej w taki sposób, że człowiek ma ochotę od razu kupić bilet do Edynburga, założyć wygodne buty i przejść Szkocję wzdłuż i wszerz. Po lekturze „Kalendarza z Dziewuchami” pomyślałam „Chrzanić Barcelonę. Chrzanić Gaudiego. Chcę zobaczyć Glasgow, wyspę Skye, Loch Ness!”. Droga Autorko, cożeś uczyniła z moim mózgiem?

Dziewuchy rządzą!

Kalendarz z Dziewuchami” to bardzo kobieca książka. Wszak przede wszystkim kobiet ona dotyczy, ale nie zapominajmy, jak bardzo ważną rolę w życiu Dziewuch (choć nie wszystkich) odgrywają mężczyźni. Ada Johnson zdecydowanie stawia na miłość, przyjaźń, wsparcie, lojalność i szacunek. Nie tylko między przyjaciółkami i w małżeństwie, ale wszystkich relacjach międzyludzkich. Podaje czytelnikowi ważność tej materii jak na tacy. „Kalendarz..” jest emocjonalnie wykrojonym tortem z życia bohaterów. Ada, Ana, Angie, Kasia, Madzia, kuzynka Marta – każda z nich ma swoje babskie sprawy, każdą czasami przygniatają problemy, ale mają siebie. A jedna za drugą wskoczyłaby w ogień. I tak potrafią się zorganizować, aby choć raz na jakiś czas spotkać się na żywo, bo dbają o siebie i wzajemne relacje.

Cudne emocjonalne uroczysko!

Zazwyczaj debiutanci popełniają jeden kardynalny błąd – są tak spięci, że dialogi ich postaci wydają się rozmową robotów. Co gorsza, debiutujący autorzy nie potrafią rozwijać wielu istotnych dla powieści wątków. Ada Johnson poradziła sobie z „Dziewuchami” znakomicie. Czy ta książka wygląda jak debiut? Do licha, nie! Jest żywa, urocza, autentyczna. Jest żywym ucieleśnieniem tak uwielbianego eksapizmu i good feelingu. Te wykpiwane przeze mnie określenia, po lekturze „Kalendarza z Dziewuchami” (dobra, „Dom nad rozlewiskiem” też się do tego przyczynił, ale ciii) musiałam odłożyć do lamusa. Bo ja chcę więcej good feelingu w wykonaniu Ady. Chcę więcej – póki co tylko czytelniczych – wycieczek i ucieczek do Szkocji. Chcę więcej szkockich historii miłosnych. I mówię to ja, zagorzała miłośniczka kryminałów! Chcę kolejnych dwunastu miesięcy z „Kalendarza z Dziewuchami”!

Czy polecam tę książkę? Tak! Z czystym sumieniem.

Magdalena Czmochowska

5.00 avg. rating (97% score) - 1 vote
shares