Depresja i poetycka samoterapia. Czy to w ogóle działa?

Depresja

Depresja w XXI wieku stała się coraz bardziej widoczna nie tylko u dorosłych, ale również u dzieci. Sporo się o tym mówiło, chociaż nie każdy patrzył jeszcze na to realnie albo chociaż poważnie.

Czym jest depresja? Niestety, w moim życiu pojawił się taki moment, kiedy ziarenko mojej depresji zaczęło kiełkować. Ja się w ogóle to tego nie przyznawałam, a może nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. Przestałam żyć swoim tempem, wszystko zwalniało, jednak wciąż się uczyłam, chodziłam do swojego ówczesnego liceum i spełniałam przykładnie obowiązki. Niestety, natłok myśli powodował, że pewne rzeczy przelatywały mi przez ręce, a mój przyjaciel coraz częściej wspominał o depresji czy jakimś zaburzeniu, patrząc na moje zachowanie.

Depresja czy nademocje?

Nie zwracałam uwagi na słowa, coś ruszyło i zachciało mi się pisać. Gdy byłam młodsza pisałam sporo pamiętników, a wieku 10 lat próbowałam pisać swoje pierwsze teksty, na wzór wierszy. W wieku 16-17 lat uznałam, że może uda mi się wylać nieco negatywnych emocji na kartki, a potem to po prostu spalę. Czytałam gdzieś o takim sposobie w jakiejś książce, lecz mało wierzyłam w realną moc tego sposobu. Ostatecznie założyłam anonimowego bloga. Przez pierwszą klasę liceum świetnie go kryłam, nikt, dosłownie nikt nie wiedział o nim, a ja powoli zbierałam małą publikę. Mimo wszystko, w 2 klasie na angielskim przyznałam się, ujawniając to w e-mailu i czytając go na głos przy klasie. Moje ówczesne opowiadania podobały się ludziom z klasy, a ja postanowiłam założyć fanpage na facebooku.

Pierwsza krytyka i pierwsze zachwyty

Zebrałam masę osób, które czytały moje teksty. Ale uznałam, że chcę spróbować czegoś wyżej. Wtedy zaczął się moment zwrotny w moim pisaniu. Napisałam kilkuwersowy wiersz, który był napisany pod wpływem impulsu. Początkowo wrzuciłam go tylko na grupę poetycką, a tam… Tam zrobiło się gorąco. Pierwsze komentarze pozytywne. Pierwsza krytyka. Wiersz dostał ponad 100 reakcji. Nie sądziłam, że odbiór może być tak dobry, bez większego nakładu pracy. Dlatego też wrzuciłam go na fanpage, gdzie również (w nieco mniejszych ilościach) ludzie się nim zainteresowali.

depresja

W moim największym dole, w największym dnie psychicznym brakowało mi miłości. Co prawda, byłam młoda, ale odrzucenia z różnych stron powodowały, że lgnęłam do miłości, której nigdzie nie było. W mojej głowie narodziła się chęć przedstawienia tego uczucia słowami, ale zrobić to tak delikatnie i niepozornie. Wyszło jednak inaczej, tekst został okrzyknięty erotykiem i wtedy zrozumiałam, że faktycznie „Ci którzy nie znają miłości, piszą o niej najpiękniej”, a to wszystko napędziło moje pragnienia, by pisać więcej, dalej, mocniej.

“Czuję się świetnie, ach jak wspaniale”

Zachwycenie tym, co piszę, to jedno. Mój przyjaciel zwracał uwagę, że jednak dzieje się ze mną coś niedobrego (depresja) i że wszystko widać w tym, co piszę. Mocno zaprzeczałam wszystkim tym „oskarżeniom”, trzymałam bajeczkę, że czuję się doskonale.

depresja

To wiersze mnie trzymały

Niestety, prawda była taka, że w środku umierałam, a wiersze trzymały mnie przy życiu. Bo taka jest depresja. Zdarzały się dni, kiedy nie wstawałam z łóżka, przesypiałam ważne momenty, a w nocy budziłam się na chwilę, by zapisać ciekawe myśli, z których później tworzyłam teksty. Nie wszystko było idealne, piękne, czy po prostu wierszem, ale nie znałam jakichkolwiek zasad dobrego pisania, jednak przynosiło to efekty. Nie było już negatywnych zachowań czy samo -destrukcyjnych czynności. Wylewałam wszystko na papier, a potem w internet, dzieliłam się swoimi emocjami nie mówiąc o nich wprost. Dlaczego? Bo nie chciałam się dzielić emocjami, a poza tym nie chciałam, by ktokolwiek wiedział, co się dzieje w mojej głowie (ciekawa sprzeczność). Żyłam w swoim małym świecie smutku i poezji, która trzymała mnie przy życiu.

Byle nie do lekarza

Wiele razy mój przyjaciel namawiał mnie na pomoc psychologiczną czy psychiatryczną, a ja odmawiałam. Uznałam, że tam chodzą osoby serio chore, a ja taka nie jestem. Leczyłam się własną poezją, brnęłam w to dalej, trzymałam bloga przy życiu. Zaczęło coś ruszać, jedna youtuberka udostępniła mój wpis, potem wygrałam jeszcze casting na sesję zdjęciową, przez co wszystko żyło, ja żyłam i miałam nowe materiały na posty na blog.

Obojętność i udawanie

Niestety, trzy lata samodzielnej terapii poprzez wiersze w bardzo złym stanie psychicznym to za mało. Wsparcie przyjaciela, który jedyny rozumiał mój stan (depresja) oraz pisanie pozwalało mi w jakiś sposób funkcjonować. Jednak pojawiały się coraz to nowsze problemy, a pisanie nie potrafiło tego objąć. Byłam całkowicie obojętna, a emocje pojawiały się w tekstach, które powoli się dublowały – tematyka samobójstw, śmierci, smutku, rozwalenia emocjonalnego i wreszcie – miłość i erotyki. Tego pojawiało się sporo na moim blogu i fanpage, miałam wrażenie, że to wszystko jest takie samo. Nie przyznawałam sama przed sobą, że coś jest nie tak, że potrzebuję pomocy. Udawałam przed wszystkimi i okłamywałam siebie, że jest świetnie.

Umarłam. Umarłam psychicznie, wiersze nie pomogły, sama sobie nie pomogłam w całości.

Zaczęłam żyć

Dwa tygodnie przed maturą zaciągnięto mnie do psychiatry. Dostałam leki, diagnozę. Zaczęłam się leczyć czymś więcej niż słowami.  Zaczęłam żyć. Uczucie szczęścia, bezpieczeństwa zaczęło otaczać mnie z każdej strony. Poznałam miłość swojego życia. Rzuciłam studia, udając się do pracy i zaczynając inny kierunek. Zaczęłam tworzyć bujo, wszelkiego rodzaju artyzm i dzielić się tym na Instagramie. To było dziwne. Klaudia, zawsze skryta, nieśmiała, tzw. „zosia samosia” była wszędzie i wszędzie było jej pełno.

Charakter wierszy

A co z poezją? Przepełniona była miłością, radością. Była zabawa formą i próbowanie. Były nowości i były ciekawe porównania. Erotyzm kipiał z każdej strony.  Mimo wszystko, obecnie nie piszę takiej ilości wierszy, jaką kiedyś. Mój blog umarł, jednak zaczęłam działać na Instagramie, który jest jednocześnie poetrygramem, studygramem, artgramem, bujogramem. Wiersze piszę rzadko, bo nie piszę na ilość, tylko jakość. Jak już chcę coś przekazać, to dając 100% wszystkiego, nie tylko emocji, które się we mnie kłębią.

“Coś za coś?”

Szczerze mówiąc, myślę, że gdyby nie leczenie, wierszy nadal byłoby sporo. Pisałabym na ścianach, wrzucała je do internetu. Ale czy miałoby to większy sens? Wątpię. I może trochę brakuje mi tej ilości wierszy i tego, że wena była 24/7. Jednak to było chwilowe uciekanie od rzeczywistości, a od rzeczywistości nie mogę uciekać całe życie. Piszę mniej, ale wiem, że to zapłata za to, że udało mi się wyjść z depresji i męczę się jedynie z nerwicą i częstymi spadkami nastroju. Poezja to nie wszystko, zajęłam się innymi dziedzinami i jestem wdzięczna, że miałam i mam okazję zasmakować młodości.

Nie żałuję niczego.

No dobra, może tego, że tak późno podjęłam się leczenia, bo ominęło mnie sporo rzeczy. Lecz samodzielna terapia wierszami, to też ciekawe przeżycie.

Dziękuję Wam za przeczytanie tej historii. Pamiętajcie, że nie jesteście sami, a kiedy możecie, to idźcie do lekarza. Nie traćcie życia.

Żyjcie.

P.S. Żadnego wiersza nigdy nie spaliłam.

depresja

Autorka: Klaudia Ceyrowska

5.00 avg. rating (98% score) - 2 votes

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Comment *






shares