Mam naprawdę fajne życie, tyle że czasem o tym zapominam – wywiad z Wiktorem Krajewskim

Wiktor Krajewski, niezwykle utalentowany młody człowiek, który bardzo pięknie wydeptał sobie ścieżkę swojej kariery. W jego zawodowym „pięcioboju” z pewnością znajdzie się miejsce na nowe wyzwania. A czego już dokonał? Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Wiktorem.

Wiktorze jawisz mi się jako młody człowiek z wieloma sukcesami na koncie. Dziennikarz, pisarz, menedżer. Planujesz na tym poprzestać?

To, że wykonuje się kilka prac na raz, wcale nie oznacza sukcesu. Ja mam w swoim życiu duże szczęście do ludzi i bycia w odpowiednim miejscu tu i teraz. Tak było w przypadku pracy w magazynie kobiecym, z wydaniem pierwszej książki, czy z moim obecnym zajęciem. Tak szczerze mówiąc, to nigdy nie musiałem pisać resume, czy odbyć miliona rozmów rekrutacyjnych, w trakcie których musiałbym się silić i udowadniać, że jestem kandydatem idealnym na dane stanowisko. Nawet ostatnio zastanawiałem się, co byłoby, gdybym musiał się z tym zmierzyć. Chyba bym nie umiał bić się o posadę. Na pewno chciałbym zajmować się w przyszłości tym, czym zajmuję się teraz. A czy tak będzie? Szczerze mówiąc, to nie wiem.

Długa była Twoja droga z Łodzi do Warszawy? Pamiętasz jeszcze swoje warszawskie początki?

Warszawskie początki polegały na tym, że miałem najgorszą pracę na świecie w jednej z agencji informacyjnych. Pracowało się tam na zmiany siedem dni w tygodniu. Byłeś prawie przykuty do biurka, bo cały czas musiałeś tworzyć materiały, które nie interesowały nikogo. W tym samym czasie robiłem z obecnym kierownikiem Katedry Mody na warszawskiej ASP, Januszem Noniewiczem, wywiady do „K Maga” Janusz był niegdyś sekretarzem redakcji w magazynie „Party”. Kilka razy powiedziałem przy nim, że chciałbym tam pracować. Te nasze wspólne wywiady były dla mnie dużą odskocznią od tego, czym zajmowałem się na co dzień. I przyszedł taki dzień, że wstałem i powiedziałem sobie, że jestem zbyt młody, żeby robić rzeczy, których nienawidzę i zrezygnowałem ze znienawidzonej pracy.

I co było potem?

Spakowałem walizki i wróciłem do mojej rodzinnej Łodzi. Jednak nie minęło wiele czasu, gdy dostałem pracę w wydawnictwie wydającym customy. To też była straszna praca. I znowu pojawiło się we mnie uczucie, że jakoś mi w tej Warszawie nie idzie i że może to nie jest miejsce dla mnie. I że nie ma sensu pchać się gdzieś, gdzie chyba tak do końca nie jesteś mile widziany. I nagle niespodziewanie dostałem maila od Sylwii Olech, która była wówczas vice naczelną magazynu „Party”, czy może byłbym zainteresowany pracą u nich. Wiedziałem, kto zarekomendował mnie wtedy na to stanowisko i mimo że Janusz do dziś się tego wypiera, jestem mu za to bardzo wdzięczny. I tak się to wszystko jakoś samo potoczyło.

„Łączniczki. Wspomnienia z Powstania Warszawskiego”, „Pocztówki z powstania”. Wiktorze, skąd fascynacja tą tematyką?

To dzięki mojej babci Zosi, która w trakcie Powstania działała w podziemiu. Kiedy byłem dzieckiem, dużo mi o tym opowiadała, a ja traktowałem to niczym prawdziwe przygody. I to trwało tak przez całe moje dzieciństwo. Moja babcia co wieczór przychodziła do mnie do pokoju, bo ją o to prosiłem. Kładła się obok mnie i opowiadała kolejny rozdział ze swojego życia. I tak ją męczyłem i dręczyłem, żeby opowiadała mi wkoło to samo. To był mi najbliższy przyjaciel. Gdy babcia umarła, miałem 25 lat. Wtedy też pomyślałem, że chciałbym zrobić coś, żeby jej historia została zapamiętana. Rzuciłem kiedyś na spotkaniu z Moniką Błasikiewicz, że mam pomysł na książkę o łączniczkach, bo chciałbym uhonorować w niej pamięć o mojej babci.

Zwalczyłeś stereotyp chłopca z gazety o celebrytach

Za tydzień miałem umowę z wydawnictwem na biurku, bo Monika współpracowała wtedy z jednym z dużych wydawnictw. To też świadczy o moim szczęściu, bo nie musiałem wysyłać książki do setek wydawnictw, licząc, że któreś się odezwie. Prawdą jest też, że pracując w magazynie dla kobiet o tematyce life-stylowej, odnosiłem wrażenie, że wiele osób traktuje mnie jak ćwierćinteligenta. Bo jak to? Ktoś, kto pracuje w gazecie z różową winietą, może wiedzieć cokolwiek na temat wojny? Kiedyś obiecałem sobie, że przed trzydziestką wydam książkę, która będzie bestsellerem i pokaże niektórym, że mimo iż silą się na inteligentnych i oceniają innych, jakoś nie mogą popisać się wyjątkowymi dokonaniami. Mnie wyszło. Im jakoś dalej nie idzie.

Pierwsze pochlebne recenzje, pierwsza krytyka. Patrzyłeś na to z przymrużeniem oka, pewien wartości książki, czy gdzieś tam w środku było jednak przykro?

Przykro mi nigdy nie było. Trochę mnie nie obchodzi, co myśli osoba, która mnie nie zna i z której zdaniem się nie liczę. Jeśli ktoś wygłasza niepochlebne opinie, niech sam pokaże, jak napisać książkę idealną. A z tymi pochlebnymi recenzjami… To jest tak, że zawsze uważam, że albo ktoś chce być miły wobec mnie, albo kompletnie się nie zna na literaturze. Widzisz chyba, że to jest lekko schizofreniczne spojrzenie na sprawę.

Książka, od której nie mogłeś się oderwać, to…?

Oskarżona Wiera Gran” Agaty Tuszyńskiej. Śniła mi się po nocach. Uwielbiam też wszystko, co napisała Dorota Masłowska. Bardzo zazdroszczę jej talentu, a książka „Między nami dobrze jest” jest, moim zdaniem, arcydziełem.

Którą z ekranizacji książkowych uważasz za absolutne arcydzieło?

Ekranizacja… Chyba nie mam takiej. Ale uwielbiam spektakl w TR Warszawa na podstawie Masłowskiej, który wyreżyserował Grzegorz Jarzyna. Pani Magdalena Kuta jako „Halina” i pani Maria Maj jako „Bożena” to moje idolki.

Od dziennikarza do menedżera. Łatwo przyszła Ci zmiana profilu zawodowego?

Bardzo łatwo. Wiedziałem, że praca w magazynie papierowym w którymś momencie się skończy, a nie wyobrażam sobie, żeby pisać do Internetu, bo jest to praca 24/7. Poza tym zauważyłem, że pracuję już bardzo mechanicznie i nic mi to nie daje nowego. I tak też pewnego dnia moja przyjaciółka Małgorzata powiedziała: „Ja już tego nie mogę słuchać. Chodzisz tylko i jęczysz, że twoja praca cię nudzi. Chcesz? Pracuj dla mnie.” I tu przez dwa miesiące miałem w głowie mętlik. Bo z jednej strony chciałem, a z drugiej bałem się podjąć tego wyzwania.

A jednak zebrałeś się na odwagę 🙂

Po którymś z kolegium redakcyjnym wiedziałem, że to już jest mój koniec pracy w tej redakcji. Że doszedłem do ściany. Wstałem od biurka, poszedłem do mojej naczelnej i powiedziałem, że jeżeli jeszcze raz napiszę tekst o kimś znanym, to uderzę głową o ścianę i chciałbym zrezygnować. Wiesz, prawie sześć lat w jednym miejscu, spoko pieniądze, czułem się tam doceniony. Jednak w życiu trzeba wychodzić ze swojej strefy komfortu. Aneta Wikariak zapytała mnie, czy mam już jakąś inną pracę. Odpowiedziałem, że tak. Zapytała mnie jeszcze, czy to inna gazeta, Gdy usłyszała, że nie, powiedziała, że w takim razie mnie nie będzie zatrzymywać i żebym próbował w życiu nowych rzeczy. I spróbowałem.

Sądzisz, że trzeba mieć predyspozycje, jakieś wyjątkowe cechy charakteru, żeby stać się takim „mistrzem drugiego planu”?

Trzeba mieć jedną cechę. Nie chcieć dorównać sławą i blichtrem osobie, z którą pracujesz. A ja jednak czasem mam wrażenie, że agenci i menadżerowie chcieliby być tacy, jak ich podopieczni. Trochę to smutne, ale…

Czujesz się odpowiedzialny za sukces swoich podopiecznych?

Nie. Absolutnie. Bo charyzma to cecha wrodzona, której nie możesz się nauczyć, czy zdobyć na szkoleniach. A Małgorzata jest jedną wielką charyzmą. I potrafi rozmawiać z każdym. Za to ją podziwiam.

Wiktorze zdradzisz naszym czytelnikom kulisy swojego zawodu? Jak zazwyczaj wygląda Twój dzień, tydzień?

Nie chodzę na imprezy showbiznesowe, nie wstawiam miliona selfie i nie udaję, że mam życie rodem z serialu „Dynastia”. To bardzo zależy od tego, nad czym obecnie pracuję. Bo czasem dzień spędzam na spotkaniach z różnymi osobami, które chcą współpracować z Małgorzatą, czasem, ale bardzo rzadko jestem na planie jej programu, etc. Fajne jest w tej pracy to, że masz ciągły płodozmian. I nagłe zwroty akcji Gdy pracuję nad książką, dużo czasu ślęczę nad komputerem, ale wcześniej chodzę jak w amoku i denerwuję się, że po jaką cholerę znowu wymyśliłem sobie, że coś napiszę. Ale w końcu siadam do komputera. I piszę. Taka praca to trochę życie w dwóch paralelnych rzeczywistościach, mających ze sobą mało stycznego.

Jacy są prywatnie pani Małgosia Rozenek–Majdan i pan Radek Majdan? Mógłbyś określić siebie mianem ich przyjaciela, prawej ręki?

Mam nadzieję, że mogę powiedzieć o sobie, że jestem ich przyjacielem. Oni moimi są. Małgorzata jest osobą, do której zawsze dzwonię, gdy dzieje się coś dla mnie ważnego. A Radosław to prawdziwa oaza spokoju, a rozmawiając z nim masz poczucie, że bardzo twardo stąpa po ziemi i patrzy na wszystko niezwykle racjonalnie. Ja mogę zawsze na nich polegać. I liczę, że oni również mają takie poczucie w stosunku do mnie.

Co napędza Cię do działania?

Jak jest ciepło i świeci słońce. Wtedy chce mi się działać. Nienawidzę zimy, bo odbiera mi siłę. Cieszę się, że już prawie się kończy.

Najlepszy sposób na relaks po całym dniu pracy?

Spotkania z moim trenerem Marcinem Gąsińskim na siłowni. Po pierwsze ma wyjątkową wiedzę, po drugie jest genialnym kucharzem, jeżeli chodzi o zdrowe ciasta, a po trzecie wytrzymuje moje narzekanie. I za to go podziwiam, bo od samego progu, gdy przekraczam siłownie, zaczynam jęczeć, że nienawidzę ćwiczeń, że jestem zmęczony, że wszystko mnie boli, że nie mam już sił. Szacun za to, że znosi mnie od prawie dwóch lat. I to codziennie.

Opowiedz nam, proszę o swojej najnowszej książce „Wiem jak wygląda piekło”. Jak bardzo ważna jest dla Ciebie?

Jest to dla mnie najważniejsza książka, którą do tej pory napisałem. Po pierwsze dlatego, że ma ona kompletnie inną formę od poprzednich, a po drugie, że ja bardzo polubiłem moją bohaterkę, czyli Panią Alinę Dąbrowską. Pani Alina jest prawie trzy razy starsza ode mnie, ale ma w sobie coś niezwykłego i uroczego. Poza tym, cały czas zastanawiam się nad tym, że mając na swoim koncie dramatyczne przeżycia: aresztowanie przez gestapo, pięć obozów koncentracyjnych, dwa marsze śmierci, Pani Alina nie utraciła optymizmu i bardzo trzeźwo patrzy na to, w jaki sposób doświadczyło ją życie. W książce opowiada o tym, jak w piekle, które stworzył dla człowieka na ziemi drugi człowiek, ona stworzyła swój świat, który był jaśniejszy, niż otaczająca ją rzeczywistość. W książce Dąbrowska pokazuje zupełnie inny obraz Auschwitz, niż ten, który wszyscy mieliśmy okazję poznać. Poza tym dodatkową wartością książki jest korespondencja, którą Pani Alina wymieniała ze swoimi rodzicami, bratem, siostrami i wojenną sympatią. W książce jest kilkadziesiąt niepublikowanych dotąd listów, z których możemy dowiedzieć się wiele informacji na temat więziennej oraz obozowej rzeczywistości.

Gdybyś nie był tym, kim jesteś, to zostałbyś…?

Cały czas liczę, że albo odziedziczę kiedyś duży spadek, albo wygram mnóstwo pieniędzy 😉

Jesteś szczęśliwym człowiekiem?

Chyba jestem. Mam naprawdę fajne życie, tyle że czasem o tym zapominam. Ale tak słuchając mojego narzekania, sam pukam się w głowę. Mam duże szczęście do ludzi. I mam przyjaciół. Prawdziwych przyjaciół. A to jest dla mnie najważniejsze w życiu. Nie miłość. Bo w nią akurat nie wierzę.

Przepytywała i męczyła: Magda Czmochowska

5.00 avg. rating (98% score) - 2 votes

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Comment *






shares