Taka młoda miłość…

Nie wiem czy da się jednoznacznie określić i zdefiniować miłość. Każdy rozumie, odczuwa i przeżywa ją inaczej. Wiem za to, że jest lepszym nauczycielem niż większość emocji, które przeżywamy. Nawet, gdy się kończy. Może nawet zwłaszcza, gdy się kończy.

Sądzę, że większość z nas przeżyła kiedyś miłość romantyczną. Nieważne czy opierała się na platonicznych westchnieniach czy namiętnych porywach. Nie ma znaczenia czy była hetero, homo czy bi seksualna.

Miłość jako stan zakochania nie zważa na płeć, wiek czy na to jak jest okazywana. Po prostu pojawia się między dwojgiem ludźmi i zmienia całe ich życie. Gdybym jednak miała spróbować ją określić, uznałabym, że jest kapryśna. Nie zawsze pozwala nam kochać tych, którzy byliby dla nas najlepszym wyborem. Czasem zabrania innym kochać nas, nieważne jak bardzo nas to boli.

Jej najgorszą zbrodnią jest jednak rozbudzanie nadziei między dwojgiem ludzi i sprawianie, że zaczynają kochać się nawzajem, tylko po to, by niedługo potem się rozstać.

Rozstać przez zdradę, nieporozumienie, kłótnie lub w momencie, gdy jedna strona przestaje kochać drugą. Rozstania zazwyczaj są bolesne. Trzeba zmierzyć się z nową rzeczywistością bez partnera, niezależnie od tego, jakie to trudne. Kiedy kogoś kochamy i jesteśmy z nim szczęśliwi, zawsze wydaje nam się, że to trwa niedługo. Mamy wrażenie, że to dopiero, co się zaczęło, a już musi się kończyć.

Choć miłość ma datę ważności, to czego się nauczyliśmy jest wieczne. Z każdej relacji, nawet najbardziej toksycznej, da się wynieść potrzebne lekcje.

Miłość, która jest wyłącznie piękna, może nauczyć nas na jakie traktowanie zasługujemy. Uczy nas szacunku do siebie i tego jak mocno powinniśmy być kochani. Dzięki niej wiemy też jak należy kochać innych w każdej następnej relacji. Toksyczna relacja z kolei pokazuje nam, że nasza wartość nie jest zależna od nikogo poza nami. Pokazuje, że zasługujemy na więcej i powinniśmy zgadzać się wyłącznie na dobre traktowanie.

Skąd o tym wiem? Bo kiedyś kochałam.

Kiedy ma się osiemnaście lat i dookoła widzi się szczęśliwe pary, pojawia się ukłucie w sercu. Jeśli dodatkowo ma się obok siebie osobę, która czuje się podobnie, może pojawić się problem. Obydwoje byliśmy młodzi i zagubieni. Wydawało nam się, że będziemy nieśmiertelni, możemy wszystko, a świat tylko czeka, aż ruszymy go podbić. Całe godziny potrafiliśmy rozmawiać, śmiać się i pocieszać nawzajem. Zawsze też byliśmy z siebie nawzajem dumni.

Kiedy dwoje młodych, samotnych ludzi spędza ze sobą za dużo czasu, łatwo im pomylić przyjaźń z miłością, a potrzebę miłości ze złudzeniem, że już się ją znalazło.

Na tyle łatwo, że my też się pomyliliśmy. Zaskakująco szybko żartobliwe określenia typu „słoneczko” czy „moja przyszła dziewczyna” nabrały dziwnej powagi. Przytulenia na powitanie i pożegnanie stawały się coraz dłuższe, tak samo jak wieczorne rozmowy telefoniczne. Z czasem opowiadaliśmy sobie coraz więcej tajemnic. Moje „Nie mów mi takich miłych rzeczy, bo będziesz się musiał ze mną ożenić”, pewnego razu nie spotkało się z „Daj spokój”. Jego „Chciałbym się dowiedzieć jak całujesz” nie otrzymało w zamian „Daruj sobie te kiepskie teksty”. I stało się.

Pewnie jak wiele młodych ludzi myślałam, że związek opiera się na tym, że człowiek całkowicie przepada. Wydawało mi się, że od tej pory nie muszę już mierzyć się z moimi problemami, bo ktoś zrobi to za mnie.

Jak się jednak okazało: byłam w błędzie. Nie pozwalałam sobie w pełni zaufać, bojąc się, że gdy tylko to zrobię, znowu zostanę zraniona. Nie wierzyłam w obietnice, których zresztą kazałam mu nie składać. Starałam się i patrzyłam jak on też się stara. Chociaż zakładaliśmy nasze najlepsze ubrania i używaliśmy najdroższych perfum, motylki w naszych brzuchach zaczęły umierać. Nawzajem obarczaliśmy się swoimi problemami, zrzucając odpowiedzialność na drugą stronę. Tak jakbyśmy liczyli, że choć my nie potrafimy czegoś pokonać, ktoś zrobi to za nas.

Miłość. Mówiliśmy „kocham”, choć czułam, że używam tego zwrotu, by nie usłyszeć „To koniec”. Ale kochałam.

Kochałam go jak najlepszego przyjaciela, którym był. Bo kochać go jak partnera, którym być próbował, zaczęłam dopiero, gdy zdecydował się odejść. Ale to nic wyjątkowego. A moja historia jest historią setek tysięcy ludzi z całego świata. Porzuconych z rozbudzoną nadzieją albo zdenerwowanych, że kiedy wreszcie zaczynali czuć miłość, ktoś przestał. Moja opowieść o miłości może być głosem wszystkich pokoleń zagubionych młodych ludzi, którzy tak bardzo pragną być kochani, że ulegają iluzji, by tylko to osiągnąć.

Nie mamy wpływu na to czy będziemy kogoś szczerze kochać. Mnie się to do końca nie udało. Nie możemy też sprawić, że ktoś pokocha nas. Mamy za to wpływ na to, co zrobimy w obydwu tych sytuacjach.

Wielu ludzi po rozstaniu rozpacza. Nie umie się pozbierać, popada w nałogi. Skupiają się na tym, co stracili, zamiast na tym, co zyskali. Każde rozstanie, choć zabiera nam cudzą miłość, może przynieść taką do siebie. Tracimy człowieka, którego kochamy, ale zyskujemy nieporównywalnie więcej. Owszem, nie decydujemy kto i czy w ogóle złamie nam serce. Ale możemy wpłynąć na to jak długo będziemy mieć złamane serce.

Jeśli będziemy w nieskończoność oglądać wspólne zdjęcia i rozmyślać co z nami nie tak, nigdy nam się nie uda wyciągnąć z tego lekcji. Każde rozstanie jest przede wszystkim nauką, nieważne jak bolesną.

Zamiast obarczać winą siebie lub dawnego partnera, powinniśmy zastanowić się, co wynieśliśmy z tego związku. Co udało nam się osiągnąć dzięki tej relacji. Moja nie do końca miłość, nauczyła mnie, żeby nigdy nie angażować się w nic tylko dlatego, że jest się samotnym. Odkryłam też, że jeśli nie jestem w stanie radzić sobie z własnymi problemami, to ani nie mogę obarczać nimi innych, ani nie powinnam dźwigać cudzych kłopotów. Zdecydowałam się wejść w następny związek tylko jeśli połączy mnie z kimś uczucie i prawdziwa chemia, a nie samotność i rozpacz.

To moje wnioski. Każdy może wyciągnąć własne.

Najłatwiej jest obwiniać siebie lub byłego partnera. Pogrążać się w rozpaczy i zapętlać w żalu. To nie wymaga starań, przychodzi samoistnie. Ale najłatwiejsza droga, wcale nie jest tą najlepszą. Zbyt długie skupianie się na stracie może prowadzić do stanów depresyjnych, spadku poczucia własnej wartości i do izolacji. Nasz żal, gniew czy nawet nienawiść, nie szkodzą temu, wobec kogo je żywimy. Tylko nam samym. Im dłużej w tym tkwimy, tym więcej życia marnujemy na negatywne emocje i na coś, co już nie wróci. Tracimy kolejne szanse na szczęście, bo wolimy pławić się w swoim nieszczęściu.

Tak naprawdę jedynymi osobami, które może nas uwolnić od tego uczucia oraz od wszystkich negatywnych emocji z nim związanych – jesteśmy my.

Zamiast obarczać kogoś złością za wszystko, co nas spotkało, zastanówmy się. Nie wyrządził nam przecież wszystkich naszych życiowych krzywd! Spiszmy to, co naprawdę zrobił źle. I wybaczmy to, bo my przecież też popełniamy błędy! A potem wypiszmy wszystko, co wniosła do naszego życia nie tylko ta osoba i związek z nią, ale przede wszystkim rozstanie. Poczujmy wdzięczność. Nie rozbudzajmy w sobie kolejnej fali miłości romantycznej. Zdobądźmy się na miłość do bliźniego. Na wybaczenie i wdzięczność. A na końcu na wypuszczenie tej osoby wolno. Bo wtedy my też się tacy staniemy.

Oczywiście, że miłość nie minie nam od razu. Ale w końcu przejdzie. A to, czego nas nauczyła wcale nie. Z czasem zaczniemy być gotowi na kolejne uczucie.

A gdy się pojawi, nie powtórzymy starych błędów. Nasz kolejny związek stanie się lepszy od poprzedniego, ale tylko jeśli nauczymy się wynosić nauki z każdej nieudanej miłości. Nieudane związki uświadamiają jakie typy relacji i ludzi nam nie odpowiadają. Ukonkretniają nasze oczekiwania i pozbawiają nas złudzeń. Sprawiają, że doskonalimy siebie. Ale tylko jeśli to, że mieliśmy kiedyś miłość, będzie dla nas powodem do wdzięczności. Kiedy zrzucimy bagaż żalu i gniewu, a zamiast niego poczujemy radość, że mogliśmy być szczęśliwi i otrzymać tyle cennych lekcji. Gdy w końcu dotrze do nas, że nie mamy wpływu na kogoś, za to mamy na siebie. I pora wykorzystać ten wpływ, by zrobić dla siebie coś dobrego.

Kiedy tylko go zobaczyłam, wiedziałam, że będzie mój. Po drodze weszłam w związek, o którym pisałam wyżej. On także był w średnio udanej relacji.

Ale wreszcie trafiliśmy na siebie. Zamiast złościć się na chłopaka, który mnie opuścił, jestem mu wdzięczna. Jego odejście zrobiło miejsce na kogoś, z kim mam prawdziwą chemię. Po raz pierwszy w życiu mówię „Kocham cię”, dlatego, że naprawdę to czuję. Nie dlatego, że czuję się coś komuś winna. Nie oczekuję, że mój mężczyzna udźwignie moje problemy. Ale dźwigamy je razem. I jego, i moje. Przestałam też ograniczać siebie tylko dlatego, żeby nikt nie czuł się poszkodowany. Człowiek, z którym jestem wspiera mnie nie tylko w pisaniu, ale też w działalności teatralnej i w moich studiach. Nie oczekuję już, że związek mnie naprawi. Mam za to nadzieję, że staniemy się lepsi dzięki wzajemnej pomocy. Umiem chodzić na kompromisy i nie chcę zero jedynkowych decyzji.

Jednak najważniejszą rzeczą jakiej się nauczyłam jest to, że nieważne czy ktoś odejdzie, czy ze mną zostanie. Liczy się tylko to, czego mnie nauczył i, że kiedyś dzięki tej osobie, czułam się najszczęśliwsza na świecie.

Sparzyłam się na nieokreślonej relacji. A tym razem doskonale wiedziałam, czego chcę. Teraz jestem z kimś, kto otwarcie mówi „Nie obiecam ci tego. Zrobię wszystko, żeby ci pokazać”. Z kimś, kto jeśli składa obietnice, to tylko te realne. Nie potrzebujemy perfum czy ładnych ubrań, żeby motylki nie umarły. Dbamy o nie, tak jak o związek i o siebie nawzajem. Nie oznacza to, że się nie staramy i skupiamy się tylko na chwilowych, za to silnych emocjach. Dzięki tej relacji czujemy spokój. Jesteśmy ze sobą bezpieczni. Mamy plany, które stopniowo realizujemy. I cały czas dajemy z siebie wszystko. Bo lekcje z poprzednich relacji mają zastosowanie praktyczne.

Nigdy jednak nie wiedziałabym, czego oczekuję od relacji i kogo szukam. Żeby to odkryć, najpierw musiałam odkryć czego i kogo absolutnie nie chcę.

Moja miłość nauczyła mnie bardzo dużo. A Was?. A co teraz? Teraz macie okazję mieć kolejną. Nie gwarantuję, że będzie trwać wiecznie. Nikt nie może tego zagwarantować. Mogę Wam jedynie powiedzieć, że jeśli odpuścicie, to poczujecie wolność. Jeśli wybaczycie, minie gniew. Gdy przestaniecie obwiniań, przyjdzie spokój. To od Was zależy, czy Wasze wspomnienia o miłości będą wywoływać smutek czy raczej nostalgiczny uśmiech. Moja nie do końca miłość to dłuższa historia, która później malowała się tylko w ciemnych barwach. Ale kiedy myślę o naszym związku, czasem nawet się uśmiecham. Z politowaniem, bo nie był udany. Z kpiną z dwojga młodych ludzi, którzy myśleli, że mogą oszukać swoje uczucia. I z wdzięcznością. Bo choć była to bolesna lekcja, to bardzo jej potrzebowałam. Wszyscy jej potrzebujemy. Bo miłości, które mieliśmy, kształtują te, które mieć będziemy.

5.00 avg. rating (98% score) - 2 votes

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Comment *






shares