„Nazywają mnie śmierć” – Klester Cavalcanti

Nazywają mnie śmierć” jest historią działającego na zlecenie zabójcy, Julia Santany. Santana ma na swoim koncie niemal 500 ofiar, w tym prawie 60 kobiet i nawet kilkoro nastolatków. Prawdopodobnie wciąż żyje (dane sprzed trzynastu lat) i ma się całkiem dobrze.

„Teraz” – zdecydował kolejny raz.

Przymknął lewe oko i wycelował w serce rybaka siedzącego w łódce wprost niego. Zanim pociągnął za spust, poprosił Boga o wybaczenie. Wiedział, że z tej odległości – nie więcej niż czterdzieści metrów – nie chybi. Był tak skoncentrowany i spięty, że nie usłyszał wystrzału. Zobaczył tylko, jak jego ofiara podnosi ręce do piersi i z przerażeniem na twarzy pada powoli na dno łodzi. Poczuł coś, czego nigdy nie zapomni: dziwne poczucie mocy. Udało mu się pokonać lęk i zrobić to, co należało. Poza wszystkim zabicie człowieka wymagało więcej odwagi i zimnej krwi, niż zabicie zwierzęcia. Ale praca nie była jeszcze skończona. Musiał uporać się z ciałem.

Klester Cavalcanti

Klester Cavalcanti jest jednym z najlepszych dziennikarzy śledczych w Brazylii. W 1999 roku podczas pracy nad reportażem o pracy niewolniczej, po praz pierwszy zetknął się z nazwiskiem Santany. Pragnął po prostu poznać jednego z zabójców, wykonujących brudną robotę na rzecz właścicieli majątków. Zazwyczaj ziemscy rewolwerowcy zabijali krewnych takich uciekinierów, aby „zmobilizować” ich do pracy. Ponieważ policja i żandarmeria przymykały oko na takie praktyki (zadziwiające, prawda?), jeden z przedstawicieli prawa obiecał Klesterowi załatwić kontakt z płatnym zabójcą. Tak zaczęła się siedmioletnia przygoda dziennikarza. Siedem lat rozmów z Santaną i namawiania go na ujawnienie prawdziwego nazwiska na łamach książki. Jak widać zwieńczona sukcesem.

A mógł zostać rybakiem

Jak doszło do tego, że młody chłopak w tak krótkim czasie przepoczwarzył się w zabójcę na zlecenie? Mógł przecież zostać rybakiem, łowić ryby w Rio Tocantis i prowadzić spokojne życie z matką, ojcem i młodszymi braćmi. Julio umiał polować, a to wykształciło w nim skupienie, spostrzegawczość i spokojną rękę. Był chyba na dobrej drodze, żeby stać się strzelcem wyborowym. Podczas jednej z wizyt stryja, żandarma Cicero, jego życie wywróciło się do góry nogami. Cicero wyznał bratankowi, że do pensji dorabia sobie przyjmowaniem zleceń na morderstwa.

Zabił, kiedy miał 17 lat

To zachwiało Juliem, kłóciło się z jego wiarą w Boga i dopełnianiem dziesięciu przykazań. Jednak, po namowach chorującego na malarię Cicero i odrzuceniu moralnych dylematów, zgodził się wykonać za wuja to, po co przyjechał do osady w muniucipio (odpowiednik powiatu) Porto Franco. To morderstwo było pierwszym z niemal pół tysiąca w trzydziestopięcioletniej „karierze” Santany. Odmówił „zdrowaś Mario” i „Ojcze nasz” dwadzieścia razy, szukając rozgrzeszenia, zaś stryjowi rzekł, że nigdy więcej, że nie chce zabijać ludzi. Trwał w tym przekonaniu jeszcze jakiś czas, do chwili, kiedy Cicero nie zaproponował mu współpracy z wojskiem przy „polowaniu” na komunistów w amazońskiej dżungli. Obiecał, że nie poleje się krew, a Julio… no cóż, zgodził się, wszak miał ich tylko tropić i dostać za to godziwe wynagrodzenie.

Życie w dżungli

Domyślam się, że na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych życie w osadzie tuż przy jednej z odnóg rzeki Tocantis, nie było łatwe. Jednoizbowy dom, hamaki zamiast łóżek, brak prądu, wyprawy do szkoły łodzią, wyjątkowo skromne życie i jedzenie tego, co się upolowało (jelonki, małpy, zdarzały się leniwce, ryby) zapewne roztaczały przed Santaną wizje innego życia. Propozycja stryja miała silny podtekst finansowy, bo kto nie chciałby zarobić sześć razy więcej niż wynosiła średnia krajowa i to tylko za dwa miesiące pracy? Jednakże ta niespieszność, spokój i bliskość dziewczyny, w której Julio się zakochał, sprawiały, że podczas tropienia komunistów bardzo tęsknił za domem. A mimo to dał porwać się w wir życia płatnego zabójcy. Oliwy do ognia dolała kwestia ukochanej, którą zostawił na osiem tygodni; tak naprawdę nie miał do czego wracać. Aż chciałoby się powiedzieć, że życie to dość ciekawy splot okoliczności, prawda?

Cóż za zachęcający tytuł!

Nazywają mnie Śmierć” i ostrze noża spływającego krwią na okładce sugerują, że na łamach książki czytelnik spotka się z brutalnością i wyrazistym, działającym na wyobraźnię opisem (wielu!) zabójstw. Sugerują także, że poznamy schemat myślenia zabójcy, to, czy sam siebie postrzega jako maszynę do zabijania, a może marionetkę kierowaną chęcią zysku. A może nawet kogoś, kto każdą z tych śmierci przeżywa, dźwigając na barkach brzemię tego, co zrobił. Spodziewałam się dynamicznej, porywającej narracji, jednak się rozczarowałam. Chyba za mało obeszło mnie, że Julio zjadł na śniadanie ryż z jajkami i popił coca-colą, zanim ruszył „w miasto” z pistoletem w ręku. Tego typu nic-nie-wnoszących opisów było zbyt dużo. A motywacja do odbierania życia? Jakże prozaiczna: pieniądze. Poza tym przecież nie umiał robić nic innego, czyż nie?

Podsumowanie

To, co uderzyło mnie w historii Santany, to swawolność wykonywania wyroków śmierci rękami płatnego zabójcy. Przedstawiciele prawa patrzyli przez palce na takie załatwianie spraw. Zabójcy pozbawiali życia z błahych powodów – bo ktoś na kogoś krzywo spojrzał, bo był winien pieniądze, bo próbował oszukać, bo zdradzał, bo „oddychał tym samym powietrzem”. Oczywiście zdarzały się konkretne powody, jak w przypadku pierwszego zabójstwa dokonanego przez Julia; tutaj chodziło o zemstę ojca na gwałcicielu jego córki. W książce Klestera Cavalcanti widać wyraźnie, że ludzie woleli załatwiać sprawy na własną rękę, bez dochodzenia sprawiedliwości w sądach, po swojemu. Trzeba jednak zauważyć, że jak Santana odpuścił sobie piąte przykazanie, tak i jego ofiary odpuszczały sobie wszystkie pozostałe.

Dziękuję wydawnictwu MUZA za możliwość przeczytania książki.

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Comment *






shares