O 365 DNI… za długo? Recenzja okiem zboka.

365 dni

Tytuł filmu: 365 dni

Autor: Barbara Białowąs, Tomasz Mandes

Gatunek: dramat, erotyczny, obyczajowy

Wydawnictwo: Next Film

Czas trwania: 116 minut

Ocena: 5/10

Nie szedłem do kina na ekranizację „365 dni”, bestselleru Blanki Lipińskiej podminowany jakimiś specjalnymi oczekiwaniami. W zasadzie zgodziłem się towarzyszyć swojej połowicy podczas seansu i tyle. Nie liczyłem na jakieś specjalne fajerwerki. Cóż… Nie zostałem zaskoczony, nie próbowano wyprowadzić mnie z błędu. Film „365 dni” jest. Na tym można by skończyć. Są wśród nas jednak fani tego typu opowieści, filmowych jak i książkowych. Jednak pamiętajmy – nie będę w tym momencie oceniał jakości pióra Pani Lipińskiej. Recenzja tyczy się tylko i wyłącznie formy filmowej. Mimo że bazuje ona na twórczości wyżej wymienionej, jest dziełem większej liczby osób. I to ich pracy poświęcam swoją pisaninę.

365 DNI z kim i kto kogo „ten tego”?

Całość historii opiera się na seksualno-uczuciowych relacjach Polki Laury i Włocha Massimo. Ona – atrakcyjna, lecz nienachalna swoją urodą kobieta przed trzydziestką, doświadczona dużą dawką rutyny. On – rzeźbiony ręką boga przystojniak o ordynarnym wyrazie twarzy i despotycznych zapędach. Brzmi znajomo? Nie do końca. Na myśl przychodzą pewne “szare” wątki z innych z daleka podobnych historii, prawda? Spokojnie, mimo podobieństw są to dość różne twory.

Kto ponosi odpowiedzialność?

Za ekranizację „365 dni” odpowiadają Barbara Białowąs i Tomasz Mandes. Pierwsze nazwisko kojarzyć możemy z listy płac filmów “Big Love” czy “Moja nowa droga”. Zaś druga osoba dramatu najczęściej udziela się jako aktor – “Dywizjon 303 – historia prawdziwa” czy “Tajemnica Westerplatte”. W filmie “365 dni” możemy go zobaczyć w roli kuzyna głównego bohatera.

Spokojnie, to tylko zabawa

Powróćmy jednak do meritum – film NIE JEST ZŁY. Narosło w naszym kraju dziwne przekonanie. Głosi ono, że jeśli nie jest się przeciętną panią domu, zmęczoną codziennością i rzeczywistością to okołotwórczość Blanki Lipińskiej nie może się nam podobać. Nic bardziej mylnego! Żeby nie było: sam nie generalizuję, wyciągam wnioski z eteru.

Zdecydujcie się, ludzie!

Oglądając ten film miałem wrażenie, że mam przed oczami dość chaotyczny mix form filmowych. Od teledysku muzycznego, reklamy telewizyjnej po dość ordynarny film erotyczny. Tak, film erotyczny. Jako fan fikołków wszelkiego rodzaju uważam, że sceny mogły mieć wymiar zdecydowanie bardziej ginekologiczny. Jakimś dziwnym trafem twórcy nie lubią romansować z elementami pornograficznymi #sosad. Muzyka towarzysząca ujęciom potraktowanym szybkimi cięciami może się podobać, ma to swój urok, a realizacja – światło, praca kamery, niema gra aktorska – wygląda całkiem w porządku. Od strony operatorskiej film naprawdę się broni. Całości dopełniają plenery, które natychmiastowo kojarzą się ze specyficznym klimatem włoskich przestrzeni.

365 dni

Nie rezygnujcie z poprzednich zajęć

Sprawa wygląda gorzej, gdy poruszymy kwestię pełni gry aktorskiej. Sieklucka i Morrone zdawali się być chyba zestresowani swoim towarzystwem, gdyż każdy ich dialog brzmiał wyjątkowo sztucznie. Możliwe, że to problem języka angielskiego, który dla żadnego z nich nie jest natywnym, a na płaszczyźnie którego toczą się wszystkie ich dyskusje. W przeważającej większości brzmią dość nieautentycznie i wymuszenie. To tak, jak gdyby żadne z nich nie mogło dołożyć natężenia emocjonalnego odpowiedniego dla swojego języka. Podejrzewam, że efekt byłby dużo łatwiejszy do strawienia.

Kim ty jesteś?

Dużym problemem filmu (aczkolwiek tutaj pewnie zastrzeżenia można najpewniej kierować do książki) jest pewien bałagan w “wątkach z krągłego końca pleców”. Nic nie wiem o historii głównych bohaterów, o ich wcześniejszych losach, o pierdołach, które jakoś ubrałyby ich w jakieś ludzkie emocje. Oni po prostu są. Tylko są. W sumie szkoda, że tylko tak są, bo chciałbym zastanowić się nad losem zimnokrwistego przystojniaka czy zapłakać nad sytuacją nieszczęśliwej kierowniczki/menedżerki hotelu. Nie zobaczyłem nic, co sprawiłoby, że chciałbym zostać z tymi ludźmi na dłużej. Na osłodę dodam, że mają ładne tyłki. Oboje.

Długo jeszcze…?

Creme de la creme, moi drodzy! Film jest ZA DŁUGI. Cierpi na syndrom nadmiernego rozwleczenia. Przez cały seans miałem nieodparte wrażenie, że ktoś na siłę trzyma mnie w fotelu, by uczciwie zarobić te parę złotych z biletu. „365 dni” zdecydowanie bardziej pasuje na pretendenta do nagrody jakiegoś festiwalu filmowego, ale np. w kategorii „film do 30 minut”. Przydługie sceny obcowania płciowego bohaterów sztucznie wydłużają już i tak przydługie perypetie przypadkowych kochanków. Oczy ani uszy nie krwawiły, ale całość mogłaby być zdecydowanie bardziej lekkostrawna, przyjemniejsza dla oka i łaskawsza dla uszu, mimo że akcenty głównych postaci nie były całkiem tragiczne.

Bywało lepiej

Wszystko to sprawia, że film Białowąs i Mandesa sprawia wrażenie filmu o łatce najgorszej, jaką można mu przypiąć – jest filmem przeciętnym. Ma słabsze i mocniejsze momenty, jeden aspekt może w jakiś sposób podciągnąć następny, ale nie wybija się w żaden sposób ponad produkcje rodzime czy zagraniczne. Co z tego, że strona techniczna filmu jest bardzo w porządku, jeśli tego samego nie możemy powiedzieć o grze aktorskiej Siekluckiej i Morrona? Sprawę odrobinę polepszają dialogi pomiędzy Laurą a jej przyjaciółką Olgą, jednak są one tylko przybraniem całości. Zjadliwe jako łazanki. Kiepskie jako carbonara.

5.00 avg. rating (99% score) - 3 votes

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Comment *






shares