O niej, dla niej i w związku z nią, czyli kilka słów o samomiłości

Przede wszystkim w związku. Nie Radzieckim. Nie łowieckim, wioślarskim ani zawodowym. I nie partnerskim. W związku osobistym! Ze sobą samym, swoim ciałem, psychiką, wadami i zaletami, z każdym uśmiechem i zażenowaniem, każdym naszym wstydem i dumą.

Coraz częściej słyszymy dookoła “samoakceptacja”

I równie często wrzucamy to słowo do worka, który tytułujemy “pieprzenie zdesperowanych hipokrytów” uzasadniając, ze przecież ci psychologowie, terapeuci, filozofowie i inni badacze to banda kretynów, którzy wypijając hektolitry wina topią się wieczorami we własnych łzach. Dlaczego tak trudno nam uwierzyć, że jest inaczej? Bo bardzo trudno nam jest siebie kochać. Nie ma przecież na to gotowego przepisu. A świat nam wciąż pokazuje jacy jesteśmy nieidealni.

Ale przecież nie musimy być idealni!

Nie. Przecież chcemy być sobą. Nie udawaną wyidealizowaną wersją perfekcyjnego selfie. Czyż nie? Pierwszym krokiem do wykształcenia w sobie samoakceptacji jest dystans. Prawdziwy dystans do tego, co dyktują nam środki masowego przekazu na czele z mediami społecznościowymi. Bo przecież każdy z nas jest wyjątkowy, niepowtarzalny i nie musimy się do kogoś upodabniać, żeby czuć się lepszymi. Czujmy się najlepsi z własnym “ja”.

Następny krok – świadomość

Każdy z nas ma trupy w szafie, własne niewygodne obszary, o których wolimy nie myśleć. Najlepiej jest upchać je w nieświadomości, nie dotykać i przykryć gęstą warstwą kłamstewek. Ale hola, hola! Jak chcemy kochać innych i być przez nich kochani, ufać i być obdarzani zaufaniem, skoro ranimy własną uczciwość? Trzeba więc otworzyć szafę, porozmawiać z własnymi trupami i się sobie przyznać.

Zaakceptujmy swoje wady

Dobra. Czasem bywam rozmemłaną ciapą. Wrażliwcem, który pozwala ludziom wchodzić sobie na głowę. No i sama też czasem komuś na głowę wpełznę. Czasem jestem nieproporcjonalnie optymistyczna, potrafię buchnąć śmiechem, kiedy trzeba zachować powagę. Niekiedy reaguję płaczem w sytuacji, w której żaden z moich małych światów przecież się nie kończy. Cóż. Taka jestem. To jest kilka moich wad. Jestem tego świadoma. Każdy z nas ma ich kilka(naście/dziesiąt) mniejszych i większych, bardziej lub mniej widocznych i złożonych. Jednak najważniejszym jest je poznać, przywitać ciepło i zrozumieć, że to… nasze pole manewru!

Wady to szanse

Można się doskonalić w czymś, w czym jest się dobrym. Ale czy nie lepiej popracować nad czymś, co nam utrudnia życie? Właśnie dlatego musimy być świadomi własnych wad, bo przecież skoro nazywamy coś wadą, a nie cechą charakteru czy usposobieniem, to znaczy, że nie jest to dla nas pozytywny aspekt naszej egzystencji. Jest to zatem szansa. Chyba lepiej powiedzieć „jestem ch*jowa w lepieniu pierogów, ale wciąż się uczę” niż „jestem ch*jowa w lepieniu pierogów”. Widzicie różnice? Musimy mieć możliwość ewoluowania, podobnie jak w każdym innym związku, w związku z samym sobą do miłości potrzeba nie tylko szczerości, ale i możliwości rozwoju. A rozwijać się możemy poprzez niwelowanie czy ograniczanie wpływu wad, ale i poprzez uświadamianie sobie własnych zalet.

Trzeba siebie chwalić

Kto z nas nie lubi pochwał, komplementów, słów uznania? A wiecie, że często zbyt zachłannie pragniemy ich od innych dlatego, że sami siebie nie doceniamy? Dlatego świadomość własnych zalet jest tak samo ważna, jak świadomość wad. Ale sama świadomość nie wystarczy. Trzeba siebie chwalić. Nagrodzić dobrą myślą, pozytywnym nastawieniem. Pomyśleć „jestem z siebie dumna/y”. Naprawdę. Trzeba sobie powiedzieć, dopuścić siebie do wewnętrznego monologu, ubierać w słowa sukcesy, nawet najdrobniejsze. Bo musisz ze sobą rozmawiać. I nie tylko mówić, ale i słuchać.

Słuchaj własnych potrzeb

Tak. W nas jest wszystko, a ciało z umysłem koegzystuje w taki sposób, żeby dawać nam wyraźnie do zrozumienia, czego pragniemy. Musimy się nauczyć tych sygnałów słuchać, rozumieć je i wykorzystywać. I bardzo ważne – nie zagłuszać. Kiedy ośrodek sytości daje ci znak, że nie zmieścisz kolejnej kanapki, to dlaczego ją jesz? Inaczej. Czemu mówiąc „już nigdy więcej się z nią/nim nie spotkam”, lecisz jak na skrzydłach na kolejne spotkanie, by znów za kilka dni/tygodni/lat powiedzieć „już nigdy się z nią/nim nie spotkam”. Bo się nie słuchasz! Kanapkę zjesz, najwyżej zwymiotujesz. A co jeśli na lata utkwisz w małżeństwie, w którym nie będziesz szczęśliwy/a czy w pracy, która nie będzie Ci przynosić satysfakcji? I to wszystko przez niesłuchanie siebie, przez niekochanie siebie.

Ta miłość nie jest prosta

Żadna nie jest. Każda miłość jest na swój sposób skomplikowana. Ale samomiłość (nie, nie ma takiego słowa w słowniku, ale bardzo je sobie ulubiłam) jest cholernie, za przeproszeniem, ciężka. W siebie trzeba włożyć tyle energii i pracy, doceniać się, rozmawiać ze sobą, zadawać sobie pytania, udzielać odpowiedzi, słyszeć i słuchać, patrzeć i widzieć. Ale czy opisane przeze mnie procesy nie są czasem elementami każdej miłości? Oczywiście, że są. Jaki związek tworzysz sam/a ze sobą, taki stworzysz z drugą osobą. Dlatego właśnie kochajmy siebie mądrze, żeby móc kochać się mądrze.

Autor: Magdalena Janikowska

4.43 avg. rating (89% score) - 7 votes

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Comment *






shares