„Oczy wojownika” – Anna Bimer

Oczy wojownika” to absolutnie piękne epitafium spisane przez Annę Bimer dla jej wielkiej miłości, fotografa Macieja Macierzyńskiego. Nie wyryte w nagrobnej płycie, lecz w jej sercu.

„I choć nie ma Cię tutaj, JESTEŚ”.

Nawet dramat związany z chorobą i ze śmiercią ukochanego człowieka pozwala – jak się okazuje – odebrać niechcianą, lecz jednak ważną lekcję. Bycie przy Tobie w tych chwilach, bycie – na ile to możliwe – z Tobą traktuję nie tylko jako nasz wspólny ból i koszmar, ale także jako przywilej, jakim zostałam obdarzona. Mogłam obserwować fundamentalną przemianę, jaka dokonała się w Tobie na finiszu. Po czasie widzę wiele zmian we mnie. Patrzę dziś na wszystko z punktu widzenia mety. Strasznie? Nie. Memento mori – to cenna i, wbrew pozorom, uwalniająca perspektywa. Znacznie szersza niż spostrzeżenie, że nie jest ważne ile kto ma lat, liczy się, ile ich ma jeszcze przed sobą.

Zdjęcie profilowe nie mówiło o nim prawie nic.

Z tej znajomości finalnie też mogło wyjść „prawie nic”. Anna i Maciej poznali się dzięki portalowi randkowemu. Już od dawna nie nastolatkowie, a jeszcze przecież nie staruszkowie (no gdzieżby tam!), po przejściach, po związkach, trochę rozjechani przez życie i niespełnione dotychczas oczekiwania. A jednak wyłuskali się wzajemnie z internetowego tłumu, odważyli się wymienić numerami telefonów i… spotkać. Ona przyszła pełna ekscytacji, on niedbały, na lekkim rauszu, rozwiewając wokół nie aromat cedrowej wody kolońskiej, ale alkoholu. Anna już na dzień dobry postawiła mu ultimatum, któremu on posłusznie przyklasnął. „Zero picia”, zagroziła. A Maciej nie tknął już ani kropli do końca życia. Czy to było dobre preludium do wielkiej miłości? Ależ tak!

Odważny jak wojownik

Maciej Macierzyński był uznanym fotografem, współpracował z agencją Reuters. Jego zdjęcia ukazywały się na łamach prasy zagranicznej (między innymi „The Guardian”, „The New York Times”, „El Pais” czy „International Herald Tribune”). Foto relacje Macieja dawały świadectwo temu, co działo się na przełomie lat 80-tych i 90-tych, czyli wtedy, kiedy, jak z emfazą ogłaszała Joanna Szczepkowska, upadał w Polsce komunizm. Oraz, oczywiście, temu, co poprzedziło jego upadek. Dzięki zdjęciom Macierzyńskiego ludzie na całym świecie dowiadywali się o strajku w stoczni gdańskiej, „pacyfikowaniu” ludzi przez milicję w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego. Maciej fotografował i Lecha Wałęsę i księdza Jerzego Popiełuszko. Fotografował premiera Mazowieckiego, Marka Edelmana, bo z aparatem na szyi był świadkiem tego, co najważniejsze. Bo był. I to był w epicentrum zdarzeń. W Kosowie, w Iraku, w Sarajewie, wszędzie tam, gdzie coś się działo.

„Kojarzysz mi się ze spokojem, z bezpieczeństwem, błogością”.

Dziwne, jak książki mogą rozbudzić nostalgię. Ten krótki, bo niespełna dwustustronicowy pean na cześć miłości, zupełnie niechcący rozpuścił we mnie twardy, ohydny kłębek waty utkanej z nieszczęścia. I ja doznałam miłości grzejącej serce. I ja patrzyłam na powolne, męczeńskie odchodzenie bliskiej osoby. Wiem, jako obserwator, czym jest umieranie na raty, ból, bezsilność, wściekłość na lekarzy, pretensje do losu, życia i Najwyższego. Doświadczyłam tego na własnej skórze, tak jak autorka. Dlatego jej słowa wdzierają się we mnie naprawdę głęboko. Błądzą we mnie cienie wspomnień, bo nawet nie wspomnienia, te wyparłam. Cenię, tak jak pani Anna, wielbię, wynoszę na piedestały i przede wszystkim odczuwam wdzięczność za miłość, która mnie otuliła. Zupełnie tak, jak panią Annę otulały ramiona Macieja Macierzyńskiego.

Niesprawiedliwe…

…że ich wspólne życie trwało tak krótko. Że tak mało było posiadówek na balkonie, śniadań, obiadów, nocy. Macieja Macierzyńskiego zabrał rak, ten znienawidzony potwór. Za wcześnie, zdecydowanie za wcześnie. „Oczy wojownika” to piękne, ciepłe, czułe wspomnienie dobrego człowieka, który umiał wyszywać paciorkami indiańskie suknie, który także postawił swoje ultimatum – „Bierzesz mnie razem z psem”, który miał pasje, ale przede wszystkim ogrom miłości, okazywanej Annie Bimer na wszystkie sposoby. Ja wiem, że autorka głównym bohaterem wspomnień (co logiczne) uczyniła swojego ukochanego. Jednakże dla mnie to ona jest postacią pierwszoplanową. Dlaczego? Bo przeżyła śmierć Macieja, ale wcisnęła we mnie przekonanie, że ta prawdziwa miłość nie jest terminalna, ale ponadczasowa. I trwać będzie wiecznie.

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes
shares